Gotthard - Bang!

Gotthard - Bang!

Wydawca: G. Records / PIAS
Rok wydania: 2014

  1. Let Me In Katie (intro)
  2. Bang!
  3. Get Up 'n Move
  4. Feel What I Feel
  5. C'est La Vie
  6. Jump The Gun
  7. Sread Your Wings
  8. I Won't Look Down
  9. My Belief
  10. Maybe
  11. Red On A Sleeve
  12. What You Get
  13. Mr. Ticket Man
  14. Thank You
  15. I Want It All [japoński bonus track]
  16. You Can't Stop Me [japoński bonus track]
  17. My Daddy Told Me [europejski bonus track]

Skład: Nic Maeder - śpiew; Leo Leoni - gitary; Marc Lynn - gitara basowa; Hena Habegger - perkusja; Freddy Scherer - instrumenty klawiszowe
Gościnnie: Melody Tibbits - śpiew w [10]; Nicolo Fragile - organy Hammonda

Produkcja: Leo Leoni i Charlie Bauerfeind

Bang! to drugi studyjny krążek tego szwajcarskiego zespołu z Niciem Maederem za mikrofonem (zastąpił nieodżałowanego wokalistę Steve'a Lee, który zginął w wypadku przygnieciony motorem w 2010 r.), a zarazem jedenasty w karierze Gottharda. Poprzedni album Szwajcarów, może poza 3 kompozycjami, jakoś nie bardzo przypadł mi do gustu. Z jednej strony podświadomie chciałem, by tam śpiewał Steve, z drugiej same utwory były nie za ciekawe. Na szczęście tutaj Maeder śpiewa lepiej, a i nagrania są wyborne.

Zanim przejdę do recenzowania poszczególnych ścieżek, muszę wspomnieć nieco o produkcji wydawnictwa. Jednym z producentów jest Charlie Bauerfeind, który współpracował wcześniej m. in. z Saxon, Helloween i Blind Guardian, co prawdopodobnie sprawiło, że brzmienie płyty jest ogólnie dość ostre. Miksowaniem zajął się z kolei Ronald Prent mający wcześniej do czynienia z takimi grupami jak Scorpions, Def Leppard, 3 Doors Down i Within Temptation. Sama muzyka to już dzieło wielokrotnie wypróbowanej ekipy, od wielu lat tworzącej szeregi Gottharda. Wstęp do krążka to króciutkie, zabawne intro w postaci Let Me In Katie. Ot, mamy trochę odgłosów dochodzących z pomieszczenia, w którym niejaka Kasia ogląda sobie telewizję i podśpiewuje pod nosem, aż tu nagle do drzwi zaczyna dobijać się jakiś facet i dostaje ciekawą odpowiedź ;). Wszystko utrzymane w stylu bardzo starych komedii z czasów, gdy kino nie miało jeszcze kolorów. Potem od razu startuje tytułowe Bang! z rytmem dość charakterystycznym dla kilku kompozycji Gottharda z przeszłości. Numer bez jakichś szczególnych fajerwerków, za to z dobrym refrenem i dobrze spisującym się wokalistą, plus całkiem zgrabna solóweczka. Get Up 'n Move jest jeszcze lepsze od poprzednika, bo całe obsadzone dynamicznym rock'n'rollem. Utwór ma u mnie jeszcze jednego plusa za partie wokalne, które mianowicie brzmią tak, jakby śpiewał w nim Steeve Lee. Na myśl przychodzą też szybsze kawałki Whitesnake z końca lat '80. Na czwartej pozycji zamieszczono singlowe Feel What I Feel. Wprawdzie sam początek ścieżki jest fajny, zresztą dalsze podkłady też, jednak kompletnie nie podobają mi się tu zbytnio aranżacje wokali. Ta nieco balladowa piosenka zaczęła do mnie trafiać dopiero po kilku przesłuchaniach. Już lepsza jest ballada sensu stricto C'est La Vie. Tutaj nie mogę się przyczepić do niczego, wokale pasują do muzyki (refreny to już w ogóle bajka), słowa też nie są banalne jak w większości pościelówek, miło dla ucha pogrywają gitary akustyczne, a dodatkowego smaczku dodają delikatne partie akordeonu. Coś pięknego. Miłą niespodzianką jest Jump The Gun, cięższy, gitarowy rocker utrzymany w średnim tempie. To nagranie w pewnym stopniu przypomina mi utwór Lifestyle Satrianiego. Podoba mi się tu dosłownie wszystko, zdecydowanie jedna z najlepszych kompozycji w tym zestawie. Solidny kawałek hard rocka podbarwionego pod koniec Hammondami. Ciekawie wypada również klasycznie hard rockowe jak z lat '70, a chwilami zarazem nieco bluesowe Sread Your Wings, które z kolei przywodzi mi na myśl dokonania choćby Richiego Kotzena, w tym także ostatnie z The Winery Dogs oraz co nieco z Hendriksa. Siłę rażenia numeru podnosi dodatkowo melodyjny refren i tereny okołosolówkowe, że nie wspomnę o chórkach i progresywnych klawiszach w drugiej połowie nagrania. Dobrą passę kontynuuje I Won't Look Down, gdzie łatwo doszukać można się inspiracji zespołami takimi jak Led Zeppelin i Whitesnake. Tutaj warto przy okazji pochwalić Maedera za to, że tak dobrze wczuł się w rolę Steve'a Lee - jestem pewien, że gdyby to on tu śpiewał, zabrzmiałoby to bardzo podobnie. W My Belief mamty trochę starego Gottharda z czasów debiutu czy nawet cholernie dobrego G., wymieszanego z Shakrą (też szwajcarska ekipa, notabene). Numer jest utrzymany w średnim tempie, gitary grają dość ostro, ale linie wokalne trzymają nader wysoki poziom melodyjności. Bardzo miła niespodzianka i głęboki ukłon ku fanom starszych dokonań Gottharda. Drastyczna zmiana klimatu następuje wraz z balladą Maybe, gdzie pojawia się dodatkowy damski głos. Perkusja wygrywa marszowe rytmy, ale same podkłady są bardzo delikatne, okraszone syntezatorowo brzmiącymi smyczkami. Zabieg ciekawy, choć bardziej pasowałby mi na płytę AOR-owej formacji Silence. Znowuż Red On A Sleeve wieści powrót zespołu do stylistyki stricte rockowej. Bazą jest tu ciężki country blues połączony z melodyjnymi partiami wokalnymi i wychodzi to naprawdę super. Gdzieś tam w tle pobrzmiewają motywy jak z krążków The Cult (słychać to zwłaszcza w głównym riffie), ale wokale są już bardziej w stylu Coverdale/Lee. Raz jeszcze bardzo miłe zaskoczenie. Takiego Gottharda mi brakowało od wielu już lat i cholernie mi się to podoba. What You Get to szybszy rocker z odpowiednio dobranymi smyczkowymi orkiestracjami i bardzo melodyjnymi refrenami. Raz jeszcze fajne hammondowe wstawki pod koniec ścieżki. Kapitalnie się jej słucha, aczkolwiek nie ma ona już takiej siły rażenia jak kilka poprzednich kompozycji - po prostu były to bardzo silne numery, stąd trudno z nimi konkurować. Słabiej wypada już kolejne Mr. Ticket Man, gdyż w starciu z wcześniejszymi perłami wydaje się nagraniem znacznie uboższym. Nie jest złe, ale rewelacji też nie ma. W górę ciągną go okolice solówki. Ostatnia pozycją w secie jest balladowe Thank You, znów okraszone licznymi smaczkami. Tę prawie 11-minutową balladową piosenkę Leo Leoni zadedykował swojej niedawno zmarłej matce. Urzekają partie orkiestry, zmiany nastrojów, gra gitar akustycznych, delikatne i ostrzejsze (zarazem podniosłe) solówki, damskie chóry, dosłownie wszystko. Czegoś takiego nie było chyba od czasów November Rain Gun N' Roses. Można z pewnością uronić łezkę.

Zdaję sobie sprawę, że na kilku wcześniejszych płytach Gottharda zdarzały się kawałki-killery, ale zaryzykuję stwierdzenie, że Bang! to najlepsza płyta Szwajcarów od czasów G.. Dużo wspaniałych rockerów i do tego kilka przejmujących ballad. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się tak dobrego krążka, co było efektem poprzedniej płyty. Bang! to zdecydowanie album, obok którego nie może przejść w tym roku obojętnie żaden sympatyk hard rocka, a już tym bardziej fan Gottharda. W zasadzie krążek można kupić w ciemno.

Oficjalna strona zespołu: www.gotthard.com