
Goodbye Thrill - Outrageous
Wydawca: Kivel Records
Rok wydania: 2010
- Black Book
- Bride To Be
- Scumbag
- Talk About It
- Disposable
- Dont Want To Miss A Thing
- Outrageous
- Case Of Mondays
- So Unpredictable
- Work It Out
- You're My Cure
Skład: Marco Ferreira - śpiew, gitary; Chuck Beckman - gitary, chórki; Dario Seixas - gitara basowa, chórki; Alex Ferreira - perkusja, chórki
Produkcja: Marco Ferreira
Goodbye Thrill to projekt pochodzący z okolic Nowego Jorku, skupiony wokół osoby brazylijskiego wokalisty Marca Ferreiry. Ferreira występował wcześniej firmując swój materiał własnym nazwiskiem, udzielał się też w takich grupach jak Venturia czy Cartoon. Muzycznie pod szyldem Goodbye Thrill proponuje się słuchaczowi melodyjnego rocka zahaczającego okazyjnie o AOR i hard rock.
Outrageous nie jest pierwszą płytą zespołu, a konkretniej rzecz ujmując jest to już trzecia pozycja z jego katalogu. Grupa zadebiutowała w 2007 r. swym eponimicznie zatytułowanym albumem, w jej szeregach udzielał się wówczas na gitarze Dean Cramer, muzyk który grywał wspólnie ze Stevem Whitemanem (Kix) w formacji Funny Money. W bieżącym roku ukazał się jeszcze krążek o tytule Keepsakes, zawierający cztery nowe, niedostępne wcześniej kompozycje, utwory koncertowe i nagrania akustyczne. Na Outrageous z pierwotnego składu pozostał tylko sam Marco, reszta składu zmieniła się całkowicie. Warto odnotować występ Dario Seixasa, którego znamy z późnego składu Firehouse. No właśnie, już słuchając pierwszego numeru o tytule Black Book doszukać się można podobieństw do tego nowocześniejszego wcielenia Firehouse, a najwięcej podobieństw jest akurat w liniach wokalnych. Głos Ferreiry w pewnych rejestrach brzmi podobnie do pana Snare'a, innym razem znów nieco podobieństw do wokalisty Jona Bon Jovi. Pod względem gitarowym i aranżacyjnym mamy natomiast mieszankę modern rockowego brzmienia (które jest chyba wynikiem niskobudżetowej produkcji) oraz w riffach Van Halena, z tego okresu z Hagarem na pokładzie. W inne klimaty wędruje Bride To Be, tu już bliżej do AOR-u, choć wciąż mocno doskwiera "nowoczesne" brzmienie. Granie kompletnie nie w moim typie, za mało przebojowe i za mało się tu dzieje. Numer wypada naprawdę bardzo przeciętnie, cieszyć ucho może tylko radosna solówka. Za to warto posłuchać kolejnego, tym razem czysto hard rockowego kawałka opatrzonego tytułem Scumbag. Ostre, wyraźne gitary, dużo większa dynamika i rock'n'rollowa osnowa czynią to nagranie nadzwyczaj przebojowym. Fakt, rzecz to osłuchana tysiące razy, ale zawsze rajcuje i nie pogniewałbym się na większą ilość takich pozycji na tym wydawnictwie. Ale nie ma tak dobrze, bo zaraz grupa serwuje AOR-owego przeciętniaka Talk About It. Można to potraktować jako balladę, bo tempo jest znacznie wolniejsze, także wokale mniej energetyczne. Przypomina mi to trochę co słabsze pościelówki z repertuaru Def Leppard gdzieś z połowy lat '90. Jeśli nie wymagamy dużo od muzyki, może się spodobać. Zespół przyspiesza w Disposable, pojawiają się raz jeszcze nieco bardziej zadziorne gitary, tyle że dominują partie rytmiczne, riffów ciężko tu uświadczyć. Gdyby coś takiego leciało w radiu, pewnie spodobałoby się większości neutralnie nastawionych słuchaczy. Jakieś echa po nowoczesnym Firehouse dają się tu wysłyszeć. Kolejna ballada w postaci Dont Want To Miss A Thing (można się było domyślić nastroju już po samym tytule). Ballada jak ballada, znajdzie swoich odbiorców, ja bym tylko zwrócił uwagę na tutejsze linie wokalne. W wysokich rejestrach głos Ferreiry brzmi bardzo kobieco i ciężko poznać, że jednak za mikrofonem stoi facet. Tytułowe Outrageous wyróżnia się z zestawu swoim niemal heavy metalowym klimatem. Już sam początek z partiami perkusji galopującymi na dwie centralki i charakterystyczne zagrywki gitary muszą kojarzyć się z europejskim power metalem. Znajdziemy tu coś i z Edguy i coś z Kissin' Dynamite. Case Of Mondays przywodzi mi na myśl KISS, zwłaszcza jego wcielenie z lat '70 i w dużej mierze jest to zasługa specyficznie pogrywającej perkusji. Pojawia się też nuta modern rockowa, tak więc mamy tutaj taki miks starego i nowego. Najwyraźniej muzykom było mało ballad, bo dorzucili jeszcze So Unpredictable. W sumie to dobry chwyt marketingowy, jeśli przyjąć, że krążek kierowany jest zapewne do przedstawicielek płci pięknej (wpisy na profilu MySpace sugerowałyby, że to głównie kobiety są zainteresowane zespołem). Po takim sobie wstępie numer rozkręca się w typowym dla Firehouse stylu. Work It Out to też właściwie ballada. Znów trzeba by było wskazać zapożyczenia od znanych Strażaków. W sumie całkiem miły dla ucha numer, bez rewelacji, ale poprawnie zagrany i nie ma się co czepiać. No i całkiem niezła solówka, bez wymiatania niestety, za to pasująca do kompozycji. Album zamyka nieco leppardowe w podkładach You're My Cure, chociaż na tym kończą się podobieństwa do ekipy Joe Elliotta. W liniach wokalnych gdzieniegdzie elementy nawiązujące do glam rocka z lat '70, względnie do... Firehouse. Nie moje klimaty, posłuchać jednak można.
Początkowo płyta wydawała mi się słabiutka, zniechęcała ponadto do odsłuchów kiczowata okładka. Po kilku przesłuchaniach album może jednak zacząć się podobać. Kto może po niego sięgnąć? Na pewno fani nowszej odsłony Firehouse, być może sympatycy Harem Scarem, sporadycznie miłośnicy Def Leppard i Bon Jovi, również w ich bardziej współczesnym wcieleniu.
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/goodbyethrill