
Glen Drover - Metalusion
Wydawca: Magna Carta Records
Rok wydania: 2011
- Ground Zero
- Frozen Dream
- Egyptian Danza
- Colors Of Infinity
- Illusions Of Starlight
- Don't Let The World Pass You By
- Mirage
- Ascension
- The Purple Lagoon
- Filthy Habits
Skład: Glen Drover - gitary; Jim Gilmour - instrumenty klawiszowe; Paul Yee - gitara basowa; Chris Sutherland - perkusja
Gościnnie: Chris Poland - gitarowe solo w [1]; Vinnie Moore - gitarowe solo w [1]; Steve Smyth - gitarowe solo w [2]; Fredrik Åkesson - gitarowe solo w [6]; Jeff Loomis - gitarowe solo w [7]
Produkcja: Glen Drover
Skąd u niektórych artystów taki pociąg do nagrywania albumów solowych? Czasem muzyk pragnie zrealizować jakieś pomysły niezbyt pasujące do tego, co tworzy w swoim codziennym zespole, innym razem po prost musi się wyszaleć. Chyba oba te przypadki pasują do wirtuoza gitary Glena Drovera, którego nazwisko musiało obić się gdzieś o uszy fana metalowego grania.
Kanadyjski gitarzysta dość wcześnie zajął się "wiosłowaniem" i już w wieku 10 lat muzykował ze swoim bratem Shawnem. W 1993 r. wraz z bratem założył power metalowy zespół Eidolon, do dnia dzisiejszego nagrywając pod tym szyldem osiem albumów. Glen ma też za sobą sporą liczbę przygód z bardziej znanymi w branży wykonawcami. Wsławił się jako swego rodzaju zastępca innych gitarzystów, jego grę można usłyszeć chociażby na krążku House Of God Kinga Diamonda (2000 r.), czy na płycie United Abominations Megadeth. Talent Drovera doceniła też grupa Testament, kiedy to poszukiwała koncertowego zastępcy dla Alexa Skolnicka, zajętego wówczas trasą koncertową z Trans-Siberian Orchestra. Jednak już od 2008 r. muzyk myślał nad swym solowym dziełem instrumentalnym, jakże odmiennym stylistycznie od dotychczasowych poczynań, gdzie mógłby połączyć ze sobą takie wydawałoby się dość odległe od siebie gatunki muzyczne jak metal, jazz i fusion. Kilku artystom udawały się już takie eksperymenty w przeszłości (choćby Bluesowi Saraceno), czemu nie miałoby się powieść i Glenowi? Płyta o tytule Metalusion wreszcie ukazała się w 2011 r., a w realizacji kilku kompozycji własnych i kilku coverów pomogli Droverowi zaproszeni goście. Album otwiera apetycznie brzmiący kawałek o tytule Ground Zero i już tutaj pojawia się nie byle kto, bo weteran wśród wymiataczy Vinnie Moore i Chris Poland (ex- Megadeth). Mamy więc dopracowane w szczegółach nagranie, w którym ciężko o jakąś nieprzemyślaną nutkę. Aranżacyjnie sporo tu nawiązań do starych płyt Tony'ego MacAlpine'a i są tu takie momenty, że dałbym głowę, iż słyszę Tony'ego. W kilku miejscach na siłę można dosłyszeć się i Satrianiego. Wspaniały kawałek, którego mogę słuchać na okrągło. Klimat zmienia się w ścieżce opatrzonej tytułem Frozen Dream, skomponowanej wspólnie z Jimem Gilmourem (Saga). Wstęp do utworu jest raczej wolny i bardzo nastrojowy, dalej już mamy interesujące pojedynki gitar i instrumentów klawiszowych. Gościnnie pojawił się tutaj Steve Smyth z zespołu Forbidden. Trochę improwizacji, trochę grania progresywnego, ale uwierzcie mi, wszystko tutaj do siebie pasuje. Kto oczekuje od muzyki czegoś więcej niż tylko prostej jazdy do przodu, zawiedziony nie będzie. Na pozycji trzeciej mamy pierwszy cover w zestawie, czyli Egyptian Danza z repertuaru Ala DiMeoli. Na "dzień dobry" podziwiam odwagę Glena, że poważył się na coś takiego, bo to nie jest wcale taki łatwy do zagrania utworek. Gdyby położył ten numer, niesława spadłaby na jego głowę. Ale spokojnie, poszło mu cholernie dobrze. Jego wersja kawałka jest bardziej metalowa, a artykulacyjnie raz jeszcze więcej podobieństw do MacAlpine'a. Po tych karkołomnych bądź co bądź wywijasach przyszła pora na coś spokojniejszego i mamy Colors Of Infinity. Prawdopodobnie spora część tutejszych nutek to improwizacje, ale tak czy inaczej przemyślane. Kiedy gra się wolniej, jest i czas na myślenie. Kawałek powinien spodobać się fanom muzyki fusion, a z racji dużej wagi przykładanej do melodyki i sympatycy rocka mogą tu znaleźć coś dla siebie (a miłośnicy MacAlpine'a to już w ogóle bez dwóch zdań powinni być ścieżką oczarowani). Illusions Of Starlight też raczej stroni od galopad. Pierwsza część kompozycji bardzo ilustracyjna, przestrzenna, zdominowana przez klarowne brzmienia, drugiej z kolei bliżej do dokonań Dream Theater z czasów płyty Images And Words (albo do nagrań Liquid Tension Experiment). Chyba ciężko byłoby o lepszą rekomendację. Do klimatu krążka pasuje też Don't Let The World Pass You By, gustowna przeróbka nagrania skrzypka Jeana-Luca Ponty'ego. Do współpracy Drover zaprosił tym razem Fredrika Åkessona, gitarzystę znanego z występów w Talisman i Opeth. Panowie ciekawie wymieniają się solówkami, szykownie serwując elementy raz to malownicze, raz to shredderskie. Widocznie jeden pojedynek z twórczością Ponty'ego Droverowi nie wystarczył, bo oto zmaga się z Mirage, a pomaga mu w tym Jeff Loomis (były wioślarz z Nevermore. Oryginał chyba nie do pobicia, niestety; ale i plamy też metalowcy tym razem nie dali. Po prostu mamy tu inną interpretację owego dzieła, wyróżniającą się choćby samym brzmieniem. Potem następuje autorska kompozycja Glena o tytule Ascension, która jakoś mnie nie ujmuje, może dlatego iż wydaje mi się słabsza od wszystkiego, co do tej pory na tym krążku usłyszałem. Mimo iż trwa tylko cztery i pół minuty, zdaje się być trochę rozwlekła. Podejrzewam, że całościowo lepiej ocenią ją jazzmani. Brawurowych wyczynów na solowym wydawnictwie Drovera nie brakowało, lecz by wpaść na pomysł przerabiania The Purple Lagoon Franka Zappy, to z pewnością trzeba mieć nie lada odwagę. Ten numer nawet w oryginale jest ciężko strawny, no chyba że jest się zapalonym jazzmanem, albo dało się ostro w żyłę ;). Wersja w wykonaniu Glena Drovera jest bardzo krótka, jednak w jakiś tam sposób oddaje ducha oryginału. Ogólnie wydaje się być chyba mniej chaotyczna, można ją przy tym potraktować jako swego rodzaju ciekawostkę. Zappowskie Filthy Habits w pierwowzorze było "narkotyczno-transowe" (na marginesie, zawsze kojarzyło mi się jakoś z zaklinaczami węży). W ostatnim utworze na swej płycie Drover potraktował ścieżkę Wielkiego Franka dość luźno, zapożyczył po prostu niektóre tematy, lecz raczej po to, by na ich podstawie stworzyć własne wariacje, chcąc trochę poimprowizować. W kazdym bądź razie klimat pierwowzoru jest mimo wszystko wyczuwalny.
Słuchając Metalusion dochodzę do wniosku, że dopiero na tej płycie Glen Drover pokazał, na co tak naprawdę go stać. Tutaj od razu słychać, że to niesamowicie utalentowany gitarzysta. Jak do tej pory najlepszy gitarowy album instrumentalny wydany w roku 2011. Polecam go fanom Tony'ego MacAlpine'a, Ala DiMeoli oraz wszystkim tym, którzy nie boją się zetknięcia z "jazz metalem".
Oficjalna strona artysty: www.glendroverband.com