
Black Stone Cherry - Folklore And Superstition
Wydawca: Warner / Roadrunner
Rok wydania: 2008
- Blind Man
- Please Come In
- Reverend Wrinkle
- Soulcreek
- Things My Father Said
- The Bitter End
- Long Sleeves
- Peace Is Free
- Devil's Queen
- The Key
- You
- Sunrise
- Ghost Of Floyd Collins
- Cowboys [japoński bonus track]
- Junkman [iTunes bonus track]
- Stranger [iTunes bonus track]
- Bulldozer [iTunes bonus track]
Skład: Chris Robertson - śpiew, gitary; Ben Wells - gitary, chórki; Jon Lawhon - gitara basowa, chórki; John Fred Young - perkusja, instrumenty perkusyjne, chórki
Produkcja: Bob Marlette
Folklore And Superstition może być dobrym przykładem na to, jak zbyt wysoko postawiona poprzeczka w przypadku debiutu może zabić kolejną płytę. Pierwszy album Black Stone Cherry pełen był spontanicznie genialnego materiału, biła z niego pewna młodzieńcza energia, a zarazem nie zabrakło wysokiego poziomu technicznego. W takich warunkach zespół stanął przed zadaniem nagrania czegoś równie dobrego, bo lepszego chyba by się nie dało. Bez wątpienia cały sztab ludzi przyłożył się i słychać to głównie w produkcji, którą zajął się Bob Marlette znany ze współpracy z Alice Cooperem czy Ozzym Osbournem, tak więc krążek ma bardzo dobre brzmienie. Materiał niestety nie jest już tak może nie tyle przebojowy co zaskakujący jak poprzednio, nadal natomiast mamy do czynienia z bardzo dobrą płytą.
Owszem, tutaj też znajdziemy kilka ciekawych kompozycji, ale liczba różnych smaczków i urozmaiceń zdecydowanie zmalała. Płyta wydaje się zwyczajnie prostsza w strukturach od poprzedniczki. Pierwszy w zestawie Blind Man nie zawodzi, daleko od debiutu nie odbiega, to potężny brzmieniowo numer, który musi robić silne wrażenie na koncertach. Nic dziwnego, że wybrano go na singiel promujący wydawnictwo. Please Come In uzbrojony został w riff przywodzący na myśl Aerosmith z czasów Get A Grip i ta zagrywka bardzo mi się podoba, reszta kawałka to już bardziej typowe southernowe granie. Całościowo bomba i chyba mój ulubiony utwór z tego krążka. Inne patenty grupa prezentuje w Reverend Wrinkle. Piosenka rozpoczyna się balladowo, ale to zmyłka, bo treść reszty to znów southern rock, bardzo bliski klasykom gatunku, nawet brzmieniowo, choć są tu i ostrzejsze, bardziej nowoczesne momenty. Kolejne Soulcreek kojarzy mi się z Pride & Glory, do którego jakby ktoś na siłę dodał chórki pół na pół z ostatniego Def Leppard i KISS z lat '80. Sam numer bardzo udany, ale nie jestem pewien, czy aby te chórki go trochę nie szpecą. Nie powiem, bym miał coś przeciwko takim przyśpiewkom, ale wolę je w innym repertuarze, wolę, jak południowa stylistyka zachowuje swoją gatunkową czystość. Ballad zespół konsekwentnie unikał, jednak i taka kompozycja musiała się kiedyś trafić w dyskografii. Things My Father Said ze swoim sugestywnym tytułem jest właśnie ballada i to nie byle jaką, chłopaki nie mają się czego wstydzić. Eltonowsko zaaranżowane klawisze, symfoniczno ilustracyjne podkłady, głos wokalisty pozbawiony drapieżności, lecz nie pozbawiony emocji, czyli wszystkie cechy, które poprockowa balladka powinna mieć, by się dobrze sprzedać. I kapela zmienia się jak kameleon zapodając dalej rozpędzone The Bitter End. Nic oryginalnego, ale wypada nadzwyczaj dobrze, gdzieś słyszałem już podobne nuty, niekoniecznie na hard rockowych wydawnictwach. Jest w tym energia, jest pomysł, wykonanie więcej niż zadowalające. No dobra, podoba mi się. Odmienną stylistykę mamy w Long Sleeves, to już bardziej odbiega od mojego gustu, jest ciut za wolne, w dodatku wplecione są jakieś "chore" dźwięki bardziej pasujące do industrialu. Myślę, ze ten kawałek mógłby się spodobać tym, którzy lubią wczesne Black Sabbath czy np. Black Label Society z tych wolniejszych numerów. Peace Is Free to jeszcze jedna ballada, inna klimatycznie od poprzedniczki, ale również nic zarzucić jej nie mozna. W zasadzie jest to southernowa klasyka z dużymi wpływami country, słychać to i w partiach gitar i w głosie wokalisty. Monstrualne chórki powodują, że piosenka nadaje się nei tylko do kameralnego odśpiewania przy ognisku, ale i gromadnie na większym stadionie. W Devil's Queen naszło muzyków na rock'n'rolla plasującego się gdzieś między Slaughterem, The Black Crowes i The Cult. Ogólnie bardzo lekko strawna kompozycja, bez większych ambicji, ale dająca rozrywkę i o to chyba chodzi. Uwagę na nią powinni zwrócić też fani organ Hammonda, które powplatano zgrabnie tu i ówdzie, jest też bluesowa harmonijka (lub coś, co ją przypomina, może gitara slide, ciężko rozpoznać w ścianie dźwięku). Jednym z mniej zapamiętywalnych kawałkow jest The Key, ale tylko jako całość, bo w środku kilka ciekawych smaczków z zakresu country i bluesa, taka "przyprawa z delty Mississipi". Takie wstawki miewały też zespoły z kręgu hair metalu, chociażby Cinderella (na Long Cold Winter), Warrant (Uncle Tom's Cabin), czy Gotthard (Sister Moon), komu się to podobało, powinien polubić też i ten utwór. Jeszcze jedna lekkostrawna ballada w stylu country w postaci You. Bardzo delikatna kompozycja, "radio-friendly", nie wyrózniająca się z tysięcy podobnych, przeznaczona dla publiczności poza rockowej, która i tak pewnie tej płyty nie kupi. Miłe dla ucha, ale ma się tę świadomość, że to nic ambitnego. Powiedzmy, że taka komercja z przeznaczeniem na rynek amerykański, względnie na piknik w Mrągowie. Najsłabszą pozycją w zestawie jest kolejne Sunrise, gdzie grupa pokusiła się nawet o wstawki reggae, w sumie nie mam nic przeciwko temu, ale do tego krążka to po prostu nie pasuje. W rezultacie wyszło coś na kształt mieszanki grunge (taki sposób śpiewania obrał tu sobie wokalista) ze wspomnianym reggae i z dodatkiem brzmienia modern rockowego. Na szczęście Ghost Of Floyd Collins trzyma klasę utworów z początku wydawnictwa. Bardzo fajny wstęp przywodzący na myśl jakiś wieczór nad bagnami Luizjany, z odgłosami nocnego ptactwa i szeleszczących gdzieś w pobliskim lesie insektów, dalej dobry, choć typowy dla kapeli riff napędowy i southernowe linie wokalne.
Krążek docenili krytycy i fani, przynajmniej w niektórych krajach. Dla przykładu płyta w Wielkiej Brytanii dotarła do pierwszego miejsca w zestawieniu najlepszych płyt rockowych. Pomimo dość podobnej zawartości ciężko jest porównać ten album z debiutem Black Stone Cherry. Jedynka spodobała mi się już przy pierwszym przesłuchaniu, do dwójki przekonałem się dopiero przy trzecim przesłuchaniu. Bilans tego jest taki, że nadal chętniej sięgam po debiut, ale i Folklore And Superstition lubię sobię czasem zapodać. W zasadzie płyta bez większych problemów powinna się spodobać wszystkim tym, których serca podbiło debiutanckie wydawnictwo grupy, powinna też umocnić pozycję kapeli na rockowym rynku muzycznym.
Oficjalna strona zespołu: www.blackstonecherry.com