
Fates Warning - Inside Out
Wydawca: Metal Blade / Priority Records / Massacre Records
Rok wydania: 1994
- Outside Looking In
- Pale Fire
- The Strand
- Shelter Me
- Island In The Stream
- Down To The Wire
- Face The Fear
- Inward Bound
- Monument
- Afterglow
Skład: Ray Alder - śpiew; Jim Matheos - gitary; Joe DiBiase- gitara basowa; Mark Zonder - perkusja; Frank Aresti - gitary
Gościnnie: George Hideous, Fidel Horrendous, Sal Mortadelli, Arthur Letsgoberg i Mike White
Produkcja: Bill Metoyer i Fates Warning
Wydając płytę Parallels amerykańska formacja Fates Warning bardzo wysoko ustawiła sobie poprzeczkę i byłoby to wręcz niemożliwe, by nagrali dzieło lepsze od swego genialnego zaiste poprzednika. A jednak, kilka lat później nagrali album, który w moim mniemaniu jest równie dobry. Początkowo ten stan świadomości do mnie nie docierał, Insde Out wydawało mi się pozycją słabszą, ale była to tylko kwestia osłuchania się z materiałem. Z pewnością nie jest to krążek tak łatwo strawny jak Parallels, mniej tu hard rocka, a więcej progresu.
Pierwszy rzut oka na okładkę i od razu człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego nie ma tu niczego miłego dla oczu. Jakiś ten wizerunek niemrawy, mało rockowy, kolory bardzo ascetycznie dobrane, żadnych nawiązań do typowo metalowo-rockowej stylistyki. Jak się dobrze przyjrzeć wzorom po prawej stronie obrazka, widać jednak pewien trik - tytuł płyty zapisany został jakby w sposób wklęsły, czyli jest w tym jakaś symbolika... Okładki są jednak mało istotne w gruncie rzeczy, więc zajmijmy się muzyką. Znaczna część Outside Looking In w znacznej mierze kojarzy mi się z krążkiem Perfect Symmetry, niby melodyjny wstęp w stylu poprzedniego wydawnictwa, ale potem już stylistyczne podobieństwa do "Symetrii". W porównaniu z "Paralelami" od razu rzuca się w uszy lepsza produkcja, co słychać głównie w brzmieniu perkusji. Uderzenia w centralki stały się mocniejsze, a dźwięk talerzy krystalicznie czysty. O ile pierwszy numer wymagał sporej uwagi od słuchacza, o tyle Pale Fire jest już dużo łatwiej strawne. To prawdziwy hicior utrzymany w nucie i klimatach poprzedniego krążka, uważanego zresztą przez wielu za najbardziej komercyjne przedsięwzięcie Fatesów. Ten kawałek można pokochać od pierwszego usłyszenia i gdybym miał dobierać utwory na składankę "greatest hits", to dałbym na nią całą Parallels plus kilka numerów tego typu właśnie. Melodyjne refreny, melodyjne zwrotki, a do tego niebanalne aranżacje, brzmi to jak najlepsze kompozycje Queensrÿche w czasach, gdy ta kapela notowała spadek swej formy. Zatem punkt dla Fatesów. Zresztą kolejne The Strand to także ukłon w stronę mistrzów, zwłaszcza z czasów "operacji Mindcrime", ale ponowne muszę stwierdzić, że w takim repertuarze FW podoba mi się bardziej. Najbardziej przekonuje mnie riff pojawiający się po raz pierwszy w okolicach 2 minut i 16 sekund, następnie później powtórzony. Dochodzimy do jeszcze jednego przeboju w postaci Shelter Me. To już powrót w klimaty z płyty poprzedniej i ten numer spokojnie mógłby się na niej znaleźć. Już sam jego początek to poezja i uczta dla zmysłów, dalej nie brakuje wielu smaczków, w których moim zdaniem celuje głównie Zonder. Połączenie zagrywek perkusyjnych i gitarowych przywodzi mi na myśl kultową płytę Teatru Marzeń - Images And Words. Następne Island In The Stream pełni tutaj funkcję ballady, taki odpoczynek od bardziej zakręconych riffów, moment wyciszenia i czas na wzięcie oddechu przed zabójczym kawałkiem w postaci Down To The Wire. To jeden z najlepszych, oczywiście moim zdaniem, utworów w całej dyskografii formacji. Pamiętam, jak usłyszałem go po raz pierwszy i słuchałem kilkanaście razy na okrągło. Jak na cały krążek, to jest to pozycja dość ciężka, co najlepiej wychodzi w mostku przed refrenem, tak samo wokalista śpiewa w refrenach w sposób bardziej wyjący, niemal jak wilk ;). Lubię takie efekty, wprowadzają urozmaicenie do całości, a i dodaje to kompozycji autentyczności. Jakby przebojów było mało, otrzymujemy jeszcze jeden ponadto - Face The Fear. Poza hiciorskim refrenem powalają mnie tutaj wytłumiane akordy i praca perkusji, Zonder znalazł ciekawy patent na oddzielanie kolejnych uderzeń w stopę talerzami i ogólnie cała ta sekwencja wypada znakomicie. Numer powinien spodobać się wszystkim sympatykom płyty poprzedniej, stylistycznie utrzymany jest w podobnym tonie. Inward Bound to utwór instrumentalny, stonowany chyba tak dalece jak tylko można. Brak jakiegokolwiek gitarowego wymiatania, perkusja całościowo pojawia się tylko w solówce, resztę kompozycji wypełniają jedynie uderzenia w blachy i w dodatku pełnią rolę metronomu, ciekawie natomiast zastosowano pogłosy. Muzycy powracają do standardowego grania w Monument. Wstęp należy do partii basu, który gra bardzo czysto i "w czasie" oraz podlany delikatnym sosem nieprzesterowanych gitar. Dalej następuje jedna zagrywka, niczym deja vu brzmiąca jak niemal identyczna w Leave The Past Behind. Cały numer to jakby mieszanka właśnie tej piosenki z The Strand i jednego numeru pochodzącego z Perfect Symmetry (a konkretnie ze Static Acts). To nic karygodnego, zespoły progresywne bardzo często wplatają fragmenty własnych kompozycji w inne, tworzą ich wariacje itp. W środku numeru uwagę przykuje solówka zagrana na gitarach akustycznych, ni to w stylu klasycznym, ni to flamenco, a zaraz po niej powróci jak bumerang wspomniana zagrywka kojarząca się z "Leave...". No i muszę stwierdzić, że tym razem zespół trochę za bardzo się zagalopował zamieszczając na krążku tak wiele wolnych balladowych kawałków, bo oto na zamknięciu mamy jeszcze Afterglow. Nie wiem czemu, ale ten numer przywodzi mi na myśl święta Bożego Narodzenia i wigilijny stół oraz lampki na choince ;). Jeśli jest się zmęczonym i jest bliżej wieczora, to trudno o lepszy usypiacz od tej piosenki. Interesująco wypadają zaimplementowane odgłosy mowy, choć nie za bardzo mogę zrozumieć, co za słowa tam padają, ale w sumie dodaje to im tylko uroku.
Płytę tę stawiam na równi z Parallels, mimo faktu, że jest trudniejsza w odbiorze. Na dobrą sprawę miedzy obydwoma krążkami nie istnieje żadna przepaść stylistyczna i więcej można między nimi znaleźć podobieństw niż różnic. Pomijając wszelkie walory artystyczne, polecam ten album wszystkim poszukującym wydawnictw o wzorcowej wręcz produkcji. Proporcje pomiędzy poszczególnymi instrumentami są idealnie wyważone, nikt nikogo nie zagłusza, same instrumenty brzmią znakomicie. Po prostu doskonały wzór do naśladowania.
Oficjalna strona zespołu: www.fateswarning.com