
Vinnie Moore - Out Of Nowhere
Wydawca: Mayhem Records / Sony / Music For Nations
Rok wydania: 1996
- With The Flow
- Losing Faith
- Echoes
- Thunderball
- From Now On
- Time Traveller
- VinMan's Brew
- She's Only Sleeping
- Am I Only Dreaming?
- 770 Days
- Move That Thang!
- Winter Sun
Skład: Vinnie Moore - gitary; Dorian Heartsong - gitara basowa; Brian Tichy - perkusja
Produkcja: Vinnie Moore i Paul Hammingson
Jest paru takich kolesi, którzy swoim gitarowym wymiataniem potrafią poprawić mi humor i niewątpliwie do takich zalicza się Vinnie Moore. Po dość odważnym, na szczęście zarazem nie całkowitym odejściu od grania neoklasycznego na swym trzecim krążku, Vinnie posuwa się jeszcze dalej i nagrywa bardzo zróżnicowany stylistycznie album Out Of Nowhere. Płyta była nagrana i gotowa do wydania już w 1994 r., jednak pewna niemiła przygoda z wydawcą opóźniła jej premierę o dwa lata. Otóż Sony Music, słynny twórca WalkMana, wydawca muzyki masowej i całkiem niedawno niesławny producent rootkitów, postanowił, że tego krążka nie wyda. Jak by tego było mało, nie chciał odsprzedać praw do niego innej wytwórni i tak zleciały wspomniane 2 lata, aż w końcu menadżer Vinniego wynegocjował odzyskanie materiału.
Album jest ciekawie wydany, zaopatrzony został bowiem w autorskie komentarze do każdego utworu. Rzecz to o tyle osobliwa, bowiem z reguły instrumentalne płyty nie zawierają w książeczkach zbyt wiele informacji - jako że o o tekstach piosenek nie mogło być mowy, zrekompensowały to notki Vinniego, wzbogacone dodatkowo o liczne cytaty ze sławnych ludzi. W jednym z wywiadów czytałem, że Moore popełnił je z premedytacją, by nikt nie opowiadał głupot, z czym mu się kompozycje kojarzą, jedynie słuszne interpretacje kawałków zostały podane więc jak na talerzu ;). I tak w pierwszym numerze, With The Flow (w wolnym tłumaczeniu: "niech leci, jak leci" lub "co będzie, to będzie"), Moore dywaguje sobie nad przeznaczeniem i przypadkiem, sprawnie ubierając to wszystko w dźwięki. Nieco bluesująco-funkujący rytm i gitary przypominające brzmieniowo poprzednią płytę, do tego ten charakterystyczny styl gry gitarzysty, jaki będzie się jeszcze przewijał na następnym wydawnictwie. Są tu jakby zwrotki i refreny, na upartego można by dodać wokale i kilka lat wcześniej sprzedać całkiem nieźle, ale w połowie lat '90 królował już industrial, więc lepiej, że jest to krążek instrumentalny, dzięki temu jest ponadczasowy. Losing Faith zainspirowane zostało momentami zwątpienia - co przejawia się zresztą w smutniejszej linii melodycznej, ale cytat z Hannibala zwiastuje jednak jakąś nadzieję ("Musimy drogę albo odnaleźć, albo sami ja zbudować"). Bardzo interesująca kompozycja, gitary zastępują tu pół orkiestry, chociaż brakuje mi jakoś klawiszy MacAlpine'a, które pojawiały się na innych albumach VinMana. Fakt faktem, kawałek potrafi wprowadzić w melancholijny nastrój. Kolejne Echoes pochodzi już z innej bajki, tym razem wirtuoz sięgnął po inspiracje do muzyki country. Jest tu kilka zagrywek przypominających mi niektóre balladowe patenty Satrianiego z jedynki i "Extremisty", natomiast pojawia się też kilka dźwięków jakby zaczerpniętych z flamenco. Jak zaznacza sam Vinnie, tytuł pochodzi od fragmentów wewnątrz utworu zagranych z wykorzystaniem echa. Całkowita zmiana klimatów na znacznie ostrzejsze to Thunderball. Mniej sentymentalizmu, po prostu wysoce energetyczny numer, który powinien trafić w gusta hard rockowców i fanów... Satrianiego. Nie wiem, co Moore'a naszło, by kopiować swego bardziej znanego kolegę po fachu, ale podobieństwa do Satcha są tu bardzo znaczne i łatwo wychwytywalne, VinMan wręcz klonuje artykulację Joego. From Now On ma balladowe podkłady, a gitary elektryczne grają bardzo delikatnie. Podobno miał to być utwór skomponowany dla żony Moore'a i odegrany na ich weselu, skończyło się jednak, jak mówi, na tradycyjnej muzyce weselnej. Vinnie gra tutaj zupełnie nie w swoim stylu, piosenka pasowałaby bardziej do repertuaru Erica Johnsona, przez co znacznie wyróżnia się nie tylko na tej płycie, ale i w ogóle wśród całej dyskografii gitarzysty. Od bluesowej strony poznajemy wirtuoza w kawałku o tytule Time Traveller. Tytuł ten podobny jest do szyldu drugiego solowego krążka artysty i chociaż stylistycznie nie przypomina go ani trochę, to nie trudno się domyślić, jak bardzo lubi sobie powspominać dawne czasy nasz bohater. Z notki załączonej do utworu możemy się dowiedzieć, że inspiracji do jego napisania dostarczyły sławne pozytywne osoby na przestrzeni dziejów, zesłane jakby przez los, by pomóc ludzkości podąrzyć w dobrym kierunku. Mniej przyziemne i zarazem żartobliwe powody skłoniły Vinniego do skomponowania VinMan's Brew. Otóż ponoć Vinnie miał w planach stworzenie własnego gatunku piwa, lecz na jakiś czas tego pomysłu zaniechał zadowalając się mieszanką dwóch gatunków już istniejących (jakich to i w jakich proporcjach, dowiedzą się ci, którzy kupią recenzowany album ;)). Klimatycznie znowu blues, ale tym razem szybszy i ostrzejszy, nawet nieco bigbeatowy. She's Only Sleeping to przepiękna ballada zagrana całkowicie na gitarach akustycznych (aczkolwiek momentami pojawia się jakby "elektryk" z pogłosami przypominający gitarę hawajską). Zadziwia sposób, w jaki partie prowadzące i rytmiczne zlewają się kunsztownie w całość, rozłożenie akcentów i wplecione z wyczuciem flażolety. Obiektywne muszę stwierdzić, że to jedna z najlepszych kompozycji w karierze Moore'a, niewątpliwie spodoba się bardzo szerokiej publiczności, nawet, a może i zwłaszcza - pozarockowej. Balladowo zaczyna się także Am I Only Dreaming?, w środku pojawi się nieco patentów, jakie słyszałem powiedzmy u INXS, nie zabraknie również czegoś w stylu Vaia z Fire Garden, który wydany został w tym samym roku (zważywszy na dwuletnie opóźnienie wydania albumu, Vinnie był jednak pierwszy!). Pomysł na nagranie takiego kawałka zrodził się pod wpływem obserwacji kropli deszczu i faktycznie, kojarzy się z deszczowym popołudniem. Co do 770 Days, to sam Moore przyznał się do autoplagiatu. Niemal identyczne zagrywki i cały ogólny pomysł na numer wzięły się z tytułowego utworu Meltdown z poprzedniego krążka. Cóż, mnie to nie przeszkadza, dzięki temu mam dwa bardzo dobre kawałki zamiast jednego, czysty zysk. To utwór celujący w publiczność hard rockową, gdyby został nagrany i wydany pół dekady wcześniej, byłby hitem. Move That Thang! z kolei powinien zadowolić fanów muzyki fusion, brzmi jak połączenie bluesa i jazzu z rockiem progresywnym, nie brak też funkujących rytmów. Jest tu kilka szybkich improwizacji, a do tego jeszcze pan Tichy popisał się perkusyjnymi zagrywkami, jakich próżno by szukać w jego grze w Pride & Glory czy u Ozzy'ego, mało kto o tym wie, ale Brian grał niegdyś dużo jazzowego materiału i tutaj właśnie to słychać. Na zakończenie Vinnie serwuje nam jeszcze jeden całkowicie akustyczny numer o tytule Winter Sun. Kawałek bardzo poprawny, zagrany jakby w stylistyce country, nawet bardzo go lubię, niestety nie jest tak dobry jak pozycja nr 8. Z pewnością nadałby się do jakiegoś westernu, na kolana jedna nie powala. Jak by na to nie patrzeć, jakaś kompozycja musiała być najsłabsza w zestawie i rola ta przypadła "zimowemu słońcu".
To chyba najbardziej uniwersalny album Vinniego Moore'a ze względu na szerokie spektrum stylistyczne. Jak dla mnie jest to zaleta, bo nie ma przynudzania i gitarzysta nie idzie na łatwiznę, dużo kombinuje i tym samym w pełni zasługuje na miano wirtuoza. Zakładam, że fani gitarowego grana już dawno mają tę płytę w swej kolekcji, zatem polecam ją również wszystkim innym otwartym na zróżnicowane granie słuchaczom. Takie wydawnictwo dobre jest jako odskocznia od codziennego słuchania innych gatunków rocka, ot zawsze to jakaś odmiana.
Oficjalna strona artysty: www.vinniemoore.com