
Tony MacAlpine - Edge Of Insanity
Wydawca: Shrapnel Records
Rok wydania: 1986
- Wheel Of Fortune
- The Stranger
- Quarter To Midnight
- Agrionia
- Empire In The Sky
- The Witch And The Priest
- The Taker
- Chopin Prelude 16, Opus 28
- Edge Of Insanity
- The Raven
- No Place In Time
- Bird Of Prey [japoński bonus track]
Skład: Tony MacAlpine - gitary, instrumenty klawiszowe; Steve Smith - perkusja; Billy Sheehan - gitara basowa
Produkcja: Mike Varney
Kilka lat temu, kiedy to po raz pierwszy usłyszałem solowy debiut MacAlpine'a, wydawał mi się on pozycją słabszą od kilku albumów po nim nagranych. Teraz, gdy wracam do niego po latach, wydaje mi się on równie dobry. Jak by na to nie patrzeć, rozpoczął on cały ciąg dobrych wydawnictw Tony'ego, gdzie każdy fan gitarowego wymiatania znajdzie coś dla siebie. Klawiszowego zresztą też, bo MacAlpine obsługuje syntezatory tak, jakby się z nimi urodził. Bez dwóch zadań jest on muzykiem nieprzeciętnym i zasługującym na uznanie.
Na płycie zabrakło czasu na przydługie wstępy, kilka uderzeń w perkusję i Wheel Of Fortune kręci się do przodu w tempie szybszym od średniego, choć jeszcze nie zawrotnym. Od razu usłyszeć można typowe brzmienie Tony'ego MacAlpine'a, które pojawiać się będzie jeszcze na krążkach następnych. Już tutaj w uszy rzuca się tendencja do typowego komponowania utworów bazujących na czymś w rodzaju zwrotek i refrenów, poprzeplatanych licznymi wariacjami w postaci solówek. Dzięki takim zabiegom kawałki brzmią, jakby były zwykłymi piosenkami z wokalistą. Słychać także, że Tony to przedstawiciel szkoły neoklasycznego grania, podobnie jak Vinnie Moore, z tym że widoczne są ciągoty w kierunku grania fusion, to tak, jakby ktoś chciał połączyć w jednym stylistykę gry Malmsteena i Gambale'a. W inne klimaty udajemy się wraz z nastaniem The Stranger, robi się bardziej skocznie, no i przynajmniej początkowo kompozycja różni się od poprzedniej. Później wiele przebiegów po gryfie opartych jest na podobnych schematach, tym bardziej daje się to odczuć ze względu na bardzo zbliżone podkłady. Nie będę jednak za to atakował Tony'ego, bo po prostu wypracował sobie własny styl, jak wielu przed nim i po nim. Skoro Malmsteenowi to uchodzi na sucho, to powinno tym bardziej MacAlpine'owi. Warto nadmienić, że styl Macalpine'a był kilka lat później masowo kopiowany przez wielu gitarzystów ze "stajni Varney'a", czyli nagrywających dla Shrapnel Records. Quarter To Midnight to typowy pokaz gitarowej pirotechniki, w dodatku w wykonaniu koncertowym. Tutaj Tony brzmi jak kopia Malmsteena skrzyżowanego z Michael Angelo Batio, momentami trochę jak Jason Becker czy Greg Howe (ciężko powiedzieć, kto kogo w tym wypadku naśladował, bo płyty pochodzą z chronologicznie podobnego okresu). Ogólnie bardzo ciekawy efekt, bo te odgłosy szalejącej publiczności połączone z bardziej żywym brzmieniem gitary od razu wyróżniają się na krążku. Powrót do bardziej "typowego Macalpine'a" następuje w utworze Agrionia, solówki dość szybkie, ale podkłady zdecydowanie wolniejsze. Ze względu na tę budowę kompozycja pasowałaby idealnie na płytę Maximum Security i można uznać ten numer za pewnego rodzaju zapowiedź owego wydawnictwa. Intro do Empire In The Sky już samym tytułem kojarzy mi się z Chinami i ich niegdysiejszym imperium, jednak muzycznie żadnych podobieństw do chińszczyzny się tu nie uświadczy. Szczerze mówiąc, melodycznie ta krótka miniaturka nie przywodzi mi na myśl żadnego ze znanych mi imperiów, czy to współczesnych czy dawnych. Jest to po prostu krótki pokaz klawiszowej wyobraźni Tony'ego. Po intro następuje już właściwa kompozycja, typowo macalpinowata, fantazyjnie ilustracyjna, ale o takiej samej budowie jak poprzedniczki. W połowie kawałka mamy solówkę z podkładem perkusyjno-basowym charakterystycznym dla... Iron Maiden, aż chciałoby się dośpiewać sobie samemu refren typu "Can I Play With Madness"... The Witch And The Priest cechuje się bardzo oryginalną zagrywką, zwłaszcza jak na Tony'ego. Sam tytuł zdradza zainteresowanie MacAlpine'a tematyką fantasy i cale szczęście, że to utwór instrumentalny, bo kto wie, mógłby z tego wyjść power metal. Ten gatunek dobrze się miał w połowie lat '80, wystarczy spojrzeć na okładkę płyty Yngwiego Trilogy, która de facto pasowałaby i do tego numeru. Po piosenkach czysto ilustracyjnych i fantazyjnych następuje radosny powrót do rzeczywistości w postaci The Taker. Co warto podkreślić, to właśnie słowo "radosny", bo jednak bardziej melancholijne klimaty dominują wśród większości kompozycji MacAlpine'a, ale nie akurat w tym konkretnym przypadku. Przy okazji pożalę się na to, jak trudno pisze się recenzje płyt instrumentalnych. Jest w nich taka ilość zagrywek, że łatwiej je chyba rozpisać w nuty, niż znaleźć słowa, które oddałyby, jak wiele się w nich dzieje. Ale koniec dygresji, wróćmy do albumu... Chopin Prelude 16, Opus 28 to jak widać i słychać, jedno z dzieł naszego sławnego kompozytora-pianisty, tym razem zagrane przez wirtuoza z USA. Panie i Panowie, nie doceniałem kiedyś naszego rodaka, jego kompozycje wydawały mi się bardzo chaotyczne, teraz naprawiam moje niedoinformowanie, tkwi w nich prawdziwa moc i to właśnie MacAlpine mi to uświadomił. Abstrahując od linii melodycznych, jest w nich bardzo duże bogactwo artykulacyjne, każde mocniejsze i słabsze uderzenie w klawisze powoduje niezapomniane wrażenia słuchowe, chociaż przyznam, że trzeba mieć odpowiedni nastrój, by słuchać takiego grania. Próby wsłuchiwania się w takie kawałki bliżej wieczora, kiedy jest się już zmęczonym, zaowocować mogą solidnym snem. Na pozycji dziesiątej zamieszczony został utwór tytułowy, Edge Of Insanity. Znów zapowiedź klimatów z krążka następnego, ponownie ilustracyjne i melancholijne melodie dochodzą do głosu. I w tym chyba tkwi magia tej muzyki, że każdy odbiera ją inaczej. Na mnie takie granie wpływa relaksująco i dzięki niemu mogę się odstresować, dla innych, dla "profanów", będzie to po prostu jakiś zestaw popisów gitarzysty, który aż za bardzo lubi swój instrument. Punkt widzenia zależy jak zwykle od punktu odniesienia. The Raven to niby typowa macalpineówka, podobne utwory będą na Freedom To Fly i Evolution, ale tak się jakoś składa, że tę piosenkę zapamiętałem najlepiej z debiutu i ilekroć o nim pomyślę, właśnie o na przychodzi mi na myśl jako pierwsza. Jak dla mnie jest to jakby wizytówka tej płyty. Demonicznie brzmiące klawisze, które w połączeniu z tytułem powodują, iż człowiek czuje się jak w warsztacie jakiejś czarownicy (może tej z tytułu jednego z poprzednich numerów), gdzie obowiązkowo musi siedzieć na krześle czarny kruk. Dalej treść przypomina, jak już wspomniałem, granie Tony'ego gdzieś z końca pierwszej połowy lat '90. Zestaw kończy się wolnym utworem o tytule No Place In Time, utrzymanym w stylistyce drugiego albumu wirtuoza. Są tu oczywiście szybsze momenty, niemniej jednak nie zmienia to faktu, że sam szkielet ścieżki jest zdecydowanie wolny. Jest rozwlekle, ale na szczęście nie jest przy tym nudno, ot kolejna pozycja do odstresowania się i zrelaksowania.
Z samej racji roku wydania płyty wydawnictwo kwalifikuje się do klasyki Guitar Oriented Rocka. Dwa czy trzy lata później wielu już tak grało, ale i wielu kopiowało właśnie MacAlpine'a (z samym Tonym włącznie ;)). Na albumie aż roi się od neoklasycznych zagrywek, więc w pierwszej kolejności powinni sięgnąć po niego sympatycy takiego typu grania, ale i reszta fanów gitarowego rzemiosła powinna zapoznać się z tym dziełem. Płyta nie jest niestety łatwo dostępna w sprzedaży i o ile inne krążki MacAlpine'a jeszcze się gdzie nie gdzie trafiają, o tyle ten konkretnie to prawdziwy rarytas.
Oficjalna strona artysty: www.tonymacalpine.com