
EZ Livin' - Firestorm
Wydawca: LZ Records / Sony Music / Sleaszy Rider Records
Rok wydania: 2014
- That’s How He Rocks
- Loaded Gun
- White Lightning
- Let’s Fly Away
- Easy Living [Uriah Heep cover]
- The Damage Is Done
- Too Late
- Into The Night
- Let's Fly Away [Director's Cut]
Skład: David Reece - śpiew Hans Ziller - gitary; Ronnie Parkes - gitara basowa; Paul Morris - instrumenty klawiszowe, pianino, organy; Harry Reischmann - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Chris Lyne - gitary
Produkcja: Alessandro Del Vecchio
Powrotna płyta EZ Livin' była jedną z pozytywnych "jaskółek" zwiastujących dobry muzycznie rok 2014. Pojawiła się pod koniec lutego i tchnęła nadzieję w serca fanów melodyjnego hard rocka. Sam zespół powstał w 1991 r. z inicjatywy gitarzysty Hansa Zillera po jego wymuszonym odejściu z szeregów Bonfire, a teraz Ziller powraca z zupełnie nowym, bardzo solidnym składem i takimż materiałem.
Obecnie w Bonfire nie dzieje się Hansowi krzywda, więc powrót EZ Livin' to raczej spontaniczna inicjatywa, istnieją też zresztą szanse, że zespół pogra nieco dłużej, bo poważnie zajął się koncertowaniem po Europie, a grafik ma mocno napięty aż do końca listopada. Aktualnie w składzie grupy za mikrofonem stoi David Reece, ceniony i zapracowany wokalista, najbardziej znany z Bangalore Choir i Accept, na basie gra Ronnie Parkes (Tango DownSeven Witches), za bębnami siedzi Harry Reischmann (Bonfire), klawiszami wspomaga kolegów Paul Morris (Rainbow), a gościnnie na gitarze pogrywa jeszcze Chris Lyne (Mother Road, ex-Soul Doctor). Krótkie burzowe intro i startuje obiecująco That’s How He Rocks. Znakomite bluesowe gitary, potem kościelne organy, sekwencja mówiona, wreszcie wchodzi riff i Ziller atakuje nas wspaniałą solówką jak za swych najlepszych czasów (jak potrafi wymiatać, dobrze wiedzą ci, co znają Point Blank). Pojawiają się wokale Reece'a i właściwie od tego momentu formacja zapuszcza się w klimaty heavy metalowe gdzieś z pogranicza Judas Priest i Saxon, nawet głos Davida przypomina mocno Roba Halforda. Kompozycja bardzo dobra i aż prosi się o kilka odsłuchów, ale czas przejść do kolejnego numeru. Loaded Gun to już czysty hard rock, mocno melodyjny i osadzony jakby w stylistyce Rainbow z czasów, gdy śpiewał tam Graham Bonnet. Zaskoczyć mogą refreny, gdzie z kolei Reece nadzwyczaj udanie wciela się w wokalistę... KISS, Paula Stanleya i to jeszcze z czasów, gdy dla całusów nagrania komponował Desmond Child! Tu i ówdzie, zwłaszcza również w refrenach, dosłyszeć można się i Whitesnake z ery Slide It In. Mimo, że utwór nie grzeszy w ogóle oryginalnością, brzmi bardzo świeżo (zapewne za sprawą żywiołowego wykonania) i potrafi sprawić słuchaczowi dużo radości. White Lightning to znakomita ballada chwilami przeradzająca się w rockera. Rewelacyjnie wypada znów głos wokalisty, który jak taki kameleon z łatwością przemienia się w hybrydę Jeffa Scotta Soto i Marka Boalsa. Pod względem gitar jest mocno i ciężko, ale z zachowaniem balladowego klimatu. Raz jeszcze ballada w postaci Let’s Fly Away, ale już nieco odmienna, jakby stylistycznie zbliżona do piosenek świątecznych. Też mi się podoba, jednak już nie tak bardzo jak poprzedniczka. Podejrzewam, że najbardziej zachwycona będzie tym żeńska część publiczności. Dalej wyjaśni się, po co Zillerowi był na tym krążku klawiszowiec, bo oto dostajemy Easy Living, brawurowo zagranego covera nieśmiertelnego przeboju Uriah Heep. Utwór ten jest zresztą często brany w obroty przez różnych wykonawców, na myśl od razu przychodzą mi ze cztery jego wersje. Dlaczego napisałem, że przeróbka ekipy Zillera jest brawurowa? Ano dlatego, że z oryginałem jest bardzo luźno powiązana. Całość zagrana jest 2-3 razy wolniej, ma całkowicie zmieniony i bardziej rozbudowany początek (bliżej mu do Perfect Strangers Purpli) i jedynie linie melodyczne z refrenu i słowa ewidentnie wskazują na to, skąd się wzięła inspiracja. Fani Uriah Heep mogą się wstępnie poczuć zniesmaczeni tym nowym wykonaniem, ale finalnie po kilku przesłuchaniach szybko zaczyna się je doceniać. The Damage Is Done to przede wszystkim rzecz kierowana do sympatyków twórczości Dokken z drugiej połowy lat '80. Wskazują na to charakterystyczne riffy gitar; solówka zresztą też. Przestrzeni dodają gustownie wplecione klawisze, wprawdzie u ekipy Dona nieobecne, ale jak najbardziej tu pasujące. Reece ma odmienną barwę głosu od Dona, a to z racji chrypki, jednak i to w niczym kompletnie nie przeszkadza. Numer po prostu znakomity. Too Late to nic innego jak nowa wersja Too Late For Paradise znanego już z debiutanckiego krążka After The Fire. Ten autocover sporo różni się od pierwowzoru, wprawdzie w gitarowych zagrywkach wciąż słychać jeszcze wcześniejsze inspiracje dokonaniami Scorpions, lecz ostry i mocny głos Reece'a przenosi wszystko w zupełnie inny wymiar, no i brzmienie tym razem jest bardziej dopieszczone (zasługa Alessandro Del Vecchio, o którym zapomniałem dotąd wspomnieć). Czy więc cover jest lepszy od oryginału? Niech każdy oceni sam. Przedostatnie na setliście jest dynamiczne Into The Night, które przypomina mi pewną młodzieńczą werwę słyszalną w tych szybszych numerach z debiutu Bonfire. Znów fajnie posłuchać głosu Reece'a i znakomitych solówek Zillera. Na koniec muzycy powtarzają się nieco zapodając nieco inną wersję Let's Fly Away, która momentami brzmi bardziej surowo, a chwilami znów bardziej czysto. Ta druga wersja szybciej przypadła mi do gustu.
Krążek jest cholernie krótki i to może być jego wadą, ale z drugiej strony, udało się ekipie Zillera uchronić słuchaczy przed "fillerami". Nie ma w zestawie ani jednego nagrania, które pokaleczyłoby nam uszy i za to ogromny plus. Pozostałe plusy to znakomite brzmienie albumu, bardzo udane kompozycje, no i fakt, że tak dobre wydawnictwo ukazało się od razu na początku roku i zaraziło swoim optymizmem. Co tu dużo gadać, Firestorm to prawdziwy ogień i w zasadzie płytę tę można zakupić w ciemno.
Oficjalna strona zespołu: www.ezlivin.eu