Extreme - Saudades De Rock

Extreme - Saudades De Rock

Wydawca: Frontiers Records / Open E Records / Universal
Rok wydania: 2008

  1. Star
  2. Comfortably Dumb
  3. Learn To Love
  4. Take Us Alive
  5. Run
  6. Last Hour
  7. Flower Man
  8. King Of The Ladies
  9. Ghost
  10. Slide
  11. Interface
  12. Sunrise
  13. Peace (Saudade)
  14. Americocaine (Demo 1985) [europejski bonus]

Skład: Gary Cherone - śpiew; Nuno Bettencourt - gitary, chórki; Kevin Figueiredo - perkusja i instrumenty perkusyjne; Pat Badger - gitara basowa, chórki

Produkcja: Nuno Bettencourt

Od pewnego czasu powrót bostońskiej formacji Extreme stał się małą sensacją. Po 13 latach przerwy grupa wraca ze swoim piątym studyjnym albumem i oczywiście twierdzi, że to ich najlepszy krążek, ale przecież każdy zespół tak mówi o każdej nowo nagranej płycie. O muzykach zrobiło się głośno na początku lat '90, kiedy to wylansowali kilka udanych ballad, choć fani hard rocka też na ich wydawnictwach mogli znaleźć wiele dla siebie. Późniejsze projekty, w których udzielali się członkowie grupy jakoś nie trafiły w mój gust. Szczerze mówiąc miałem nadzieję, że chłopaki powrócą z materiałem podobnym do płyty Pornograffitti, niestety wiadomo, czyją matką jest nadzieja. Nie oznacza to, że krążek jest zły, wręcz przeciwnie, to pozycja bardzo udana, po prostu oczekiwałem czegoś innego.

W szeregach zespołu za perkusją gości teraz Kevin Figueiredo, muzyk który grał już z Bettencourtem w formacji Satellite Party. Gdyby ktoś pytał o Paula Geary'ego, dawnego bębniarza Extreme, to od wielu lat zajmuje się on biznesem muzycznym od innej strony, mianowicie został menadżerem i sam po pałki nie sięga. Podporą grupy zawsze był gitarzysta Nuno Bettencourt i od niego głównie zawsze zależało brzmienie całości. Jego solowe płyty jakoś mnie nie porwały, to samo mogę powiedzieć o projektach takich jak Mourning Widows, Population 1 czy DramaGods. W zamierzchłych czasach riffy Nuna były bardzo rytmiczne i melodyjne, co bardzo mi odpowiadało, niestety te czasy chyba już nie powrócą, bo i nie wracają wraz z Saudades De Rock. Początek otwierającego płytę utworu Star jest bardzo obiecujący i zdaje się do starych czasów nawiązywać. Dalej też Bettencourt ciosa solidne rockowe riffy i numer wydaje się być jednym z najlepszych w zestawie. Najsłabszym ogniwem jest jednak refren, taki trochę bezpłciowy, przyczepić też można się do brzmienia instrumentów, zwłaszcza do perkusji. W solówce jakby próba kopiowania stylu Steve'a Vaia, a pod jej koniec juz więcej typowego Nuna. Nie jest źle, choć mogło być lepiej. Comfortably Dumb zmienia klimat i tempo, jest teraz wolniej i bliżej temu do klasycznego hard rocka z lat '70, także brzmieniowo. Przypomina mi to trochę eksperymenty Tyketto z ich trzeciego studyjnego krążka. Wygląda to tak, jakby muzycy chcieli trzymać się z dala od studia, a bliżej garażu, przez co ten całkiem udany kawałek najbardziej nadaje się do grania w jakiejś knajpie, z całą pewnością nie na stadiony. Następny w kolejności jest Learn To Love i najbardziej podoba mi się tu główny riff napędowy, na całego natomiast zawodzą linie wokalne w zwrotkach. Cherone nigdy nie należał do szczególnie lubianych przeze mnie wokalistów, ale zazwyczaj jakoś wychodził obronną ręką, tym razem lepiej jest tylko w refrenach, ale trzeba dodać, że śpiewa trochę na nutę w stylu lat '70. Podobna maniera do Grimmiego z Lionsheart, choć on to akurat o dwie klasy lepszy wokalista. Całkiem przyjemnym utworkiem jest Take Us Alive. Chłopaki na całego postanowili poflirtować z muzyką country i doskonale im to wyszło. Słuchając tego od razu w wyobraźni staje przed oczami jakiś odjeżdżający westernowy pociąg i spóźniony pasażer próbujący wsiadać do niego w ostatniej chwili. Ciekawie wypadła gitara, a głos Gery'ego pasuje tu jak ulał. Kolejne Run nie przypadło mi od razu do gustu, ale przy kolejnych przesłuchaniach nawet ten numer polubiłem. Zaczyna się od jakiegoś echa po tych kowbojskich wpływach z poprzednika, jest w nim też coś z późniejszych płyt Extreme. Podstawą kompozycji jest często powtarzany mocny riff nawiązujący do klasyków hard rocka, w solówce Bettencourt najpierw wymiata trochę jak dawniej, potem próbuje grać kocie dźwięki, raczej mało to melodyjne i przypomina początkującego gitarzystę próbującego improwizować swoje pierwsze solo. Last Hour chyba z założenia ma pełnić rolę ballady, wprawdzie na czystych gitarach grany jest wstęp (powtórzony później w wariacji w środku), a główny trzon utworu stanowi charakterystyczna kołysząca zagrywka na gitarze przesterowanej. Nuno zagrał tutaj rewelacyjną solówkę, która jest jednym z najbardziej zapamiętywalnych momentów płyty. Jej początek zagrany jest na nieco rozwlekłych tylko leciutko przesterowanych gitarach z dodatkiem eksperymentalnych pogłosów, a dalej już na pełnym przesterze, ale wszystko zagrane z niebywałym feelingiem. W przeciwieństwie do wcześniejszego zestawu bardziej wesoło będzie w Flower Man. Tutaj muzycy ożenili ze sobą kilka gatunków muzycznych, słychać m. in. melodie jak w starych amerykańskich filmach, typowego amerykańskiego rocka alternatywnego (nieco garażowego, nieco punkującego), nawet co nieco podobieństw do starych numerów naszego rodzimego Lady Pank (charakterystyczna rytmika jak w muzyce ska), ale jest też i rock'n'rollowy kop (cały podkład pod solówką). Różnych fragmentów tego kawałka słucha się różnie. Całościowo na kolana nie powala, ale chwilami cieszy ucho. King Of The Ladies, ciekawy tytuł... Sam numer zresztą też. Niby nie jest to nic przebojowego, ale ma swój urok i może się podobać. Pasowałby na ostatnią płytę Alice Coopera, ma też coś w sobie z Hendriksa, coś z Velvet Revolver. Kilka piw i wchodzi gładko. Dalej zamieszczono pełnoprawną balladę o tytule Ghost, chyba najlepszą kompozycję na krążku. Klimatycznie jest to taka mieszanka tego, co kiedyś zespół zaprezentował w When I First Kissed You, z tym, co nie raz pokazywało Savatage. Do tej ostatniej kapeli swym głosem zdaje się nawiązywać Cherone, do tego jeszcze klawisze brzmią w stylu ekipy Olivy. Wiadomo, że na takie piosenki trzeba mieć specyficzny nastrój, ale niezależnie od tego, czy nastawiamy się na wsłuchiwanie się w muzykę, czy tylko szukamy jakiegoś podkładu pod inne czynności, to i tak numer jest bardzo lekko strawny. Slide to z kolei coś bardziej eksperymentalnego. Więcej tu nawiązań do muzyki funk, więc łatwiej znaleźć nuty bliskie takiemu Red Hot Chilli Peppers, lecz posłuchajcie też, w jaki sposób śpiewa tu Cherone. Przypomina mi to murzyńskie wokalizy z licznych chórków z nie-rockowych piosenek z lat '70. Taki soul-blues, nie wiem jak to nazwać. Zdecydowanie nie mój typ grania. Jeszcze jedna ballada w postaci Interface. Szczerze mówiąc zaskoczyło mnie to, co usłyszałem, bo spodziewałem się raczej utworu o tematyce komputerowej ;). Są gitary akustyczne, są i elektryczne w solówce, ale grają bardzo wolno, Cherone śpiewa bardzo oszczędnie i dobrze, bo w tej piosence tak jest akurat w sam raz i nawet jego głos pasuje do takich kompozycji znacznie lepiej niż do rockerów. W Sunrise znów zapożyczenia z Red Hot Chilli Peppers, wielu fanom pewnie się to spodoba, ja jednak nie przepadam za wspomnianą grupą jak i za takim typem grania i wstrzymanie się od "skipa" przychodzi mi z wielkim trudem. Tym razem wytrzymałem niejako z urzędu, by sprawdzić, czy nie ma dalej jakiegoś smaczka, ale przy kolejnych odsłuchaniach ten kawałek będę pomijał. Na finiszu ballada raz jeszcze, Peace (Saudade), też pianistyczna. Niby nie jest zła, przegrywa jednak w konkurencji z poprzedniczką, przebija natomiast kilka rockerów z tej płyty, a już na pewno numer uprzedni. Na wydaniu z Frontiers Records znajduje się jeszcze bonusowa ścieżka w postaci Americocaine, demówki z 1985 r. No właśnie, to demówka, a brzmieniem przebija cały ten krążek. Kompozycja radosna, skoczna, bliższa hair metalowi, przebojowa, prezentująca bardziej melodyjne oblicze grupy. Chyba właśnie na taki kawałek czekała większość fanów, a z pewnością ja. Chętnie usłyszałbym cały album utrzymany w takim stylu.

Forma Extreme wydaje się być dobra, same utwory nie są jeszcze tak przebojowe, jak mogłyby być. Oby to wszystko było tylko rozgrzewką i oby muzycy zaskoczyli nas większą ilością hitów na kolejnym krążku, bo zakładam, że na tym się nie zakończy. Nie za bardzo wiem, komu album mam polecić, gdyż muzyka tutaj jest dość zróżnicowana. Na pewno fanom Extreme, jako że oni już wiedzą, czego po zespole można się spodziewać. Słuchaczom zwykłego rocka być może, może także miłośnikom klasycznego hard rocka z lat '70, bo hair metalu w stylu lat '80 to tu raczej nie ma i fani takiego grania mogą czuć się zawiedzeni. Posłuchać można, pokochać niekoniecznie.

Oficjalna strona zespołu: www.extreme-band.com