Alliance - The Road To Heaven

Alliance - The Road To Heaven

Wydawca: Escape Music
Rok wydania: 2008

  1. Road To Heaven
  2. I Can Breathe
  3. Make A Stand
  4. Anything Goes
  5. Like Me Like That
  6. Broken Glass
  7. We Don't Talk
  8. Comin' Home
  9. Nothin' Else
  10. Walkin' Away
  11. Remember Those Days
  12. Not Done 'Til It's Done
  13. Much More Innocent

Skład: Robert Berry - śpiew, gitara basowa; Gary Pihl - gitary; Alan 'Fitz' Fitzgerald - instrumenty klawiszowe; David Lauser - perkusja

Produkcja: Alliance

The Road To Heaven jest trzecim albumem w dyskografii ciekawego projektu Alliance (pierwsza płyta została wydana przez dwie wytwórnie i zawierała nieco inny zestaw utworów). Muzycy w niego zaangażowani nie są nowicjuszami w branży i mają za sobą wieloletnie doświadczenie zdobyte podczas występów w różnych grupach. Wokalista Robert Berry był w latach '70 członkiem zespołu Hush, nagrał także jedną płytę w projekcie o nazwie 3 (poza nim udział wzięło też dwóch muzyków z Emerson Lake & Palmer), ma także na swym koncie trzy albumy solowe, w 2003 r. dołączył z kolei do AORowej załogi Ambrosia. Berry prowadzi też własne studio nagrań - Soundtek, w którym zarejestrowana została niniejsza płyta. Perkusista David Lauser bębnił dla Sammy'ego Hagara, pojawił się również w Icon. Za gitary odpowiedzialny jest Gary Pihl, niegdyś występujący w składzie Sammy'ego Hagara (w czasach przed dołączeniem tegoż do Van Halen) i później w Boston. Alan Fitzgerald jest z kolei klawiszowcem w znanej grupie Night Ranger. Jak można się spodziewać, razem panowie prezentują typowy AOR.

Od dobrych kilku lat na brak wydawnictw z gatunku AOR nie można narzekać i czasem odnoszę wrażenie, że więcej jest zespołów go grających niż ich fanów. Problem leży w tym, że w tej dziedzinie zrobiono już niemal wszystko i ciężko jest zaskoczyć słuchacza czymś nowym. Wypracowany został pewien rodzaj wzorcowego brzmienia, wokół którego wykonawcy blisko krążą, lub do którego próbują się jakoś zbliżyć. Jedni nazwą to kanonem, inni stagnacją. Mało który artysta z gatunku pozwala sobie na eksperymenty i wplata elementy z innej stylistyki. Także tutaj muzykom nie udało się wyjść poza wytyczone granice, więc ich nagrania od razu na myśl przywołują dokonania Boston, Foreigner, Heartland, Strangeways, Styx i innych klasyków gatunku. Otwierające płytę Road To Heaven to dość przebojowy kawałek, wokalnie kojarzący się z Giantem, muzycznie natomiast plasujący się gdzieś pomiędzy Foreignerem a ZZ Top. Z tym ostatnim ze względu na rytmikę, z pierwszym przez wzgląd na podobieństwa brzmieniowe. Najmocniejszym dla mnie momentem utworu są te czadowe zagrywki na basie tuż przed solówką, najsłabsze ogniwo to z kolei nieco odpustowo brzmiące klawisze. Kolejne I Can Breathe jest giantowo-heartlandowe w swej stylistyce. Podobają mi się tu zwrotki, ale refreny już mniej, czyżby zabrakło pomysłu na dobry refren? Muzyka bardzo radiowa i gdyby płyta wyszła te dwadzieścia lat wcześniej, takie numery podbiłyby niejedną stację i zdobyły licznych fanów. Uwagę zwraca gitarowe solo, może niezbyt skomplikowane strukturalnie, ale występują w nim jakże cieszące ucho flażolety. Po nim, pod koniec kawałka robi się symfonicznie, majestatycznie, idealnie wręcz zaaranżowano klawisze - jako rekompensatę za poprzednią piosenkę. Make A Stand jest już balladą, niestety mało oryginalną. Odegrany na elektronicznym pianinie wstęp jest jeszcze całkiem niezły, dalej już całkowita przeciętność i Eltona Johna grupie nie udało się przebić. Takie kompozycje może ułożyć każdy, kto zna kilka gitarowych akordów i potrafi do nich podłożyć równorzędne klawisze. Zatem, poza wstępem nic ciekawego. Lepiej już w następnym Anything Goes, gdzie AOR zmiksowano z wpływami country. Delikatnie przesterowane gitary i głos Berry'ego znowu na myśl przywodzą Gianta z czasów pierwszych dwóch płyt, a szczególnie z jedyneczki, co nie co także z dwójki Tyketto. Środek trochę mętny, na szczęście powtórzenie patentów z początku dobrze maskuje te braki aranżacyjne. Like Me Like That to z kolei pozycja dla miłośników debiutu Aviatora, kilku numerów FM i niektórych kawałków Journey, że nie wspomnę już formacji braci Huff. Tempo średnie, partie instrumentów klawiszowych bardzo wyeksponowane, bardzo charakterystyczna pulsacja basu, to mogłoby ukazać się w latach '80. Potężnie musi wypadać ten utwór na koncertach, chociaż nie wiem, czy ta pojawiająca się sezonowo raz na kilka lat kapela w ogóle koncertuje. Broken Glass to nieco melancholijna kompozycja w stylu Foreignera. Najbardziej usypiający numer w secie, co ma o tyle znaczenie, że właśnie kiedy piszę tę recenzję, za oknem mam ponury deszczowy dzień. Inna sprawa, że piosenek w takiej specyfice w ciągu lat nagrano już całe krocie i ciężko się tu doszukać czegoś oryginalnego. Podobne granie będzie jeszcze w We Don't Talk, ale tutaj dostajemy przynajmniej bardziej przebojowy refren, głos wokalisty wypada też dynamiczniej. Ciekawa wstawka klawiszy za połową numeru, tuż przed solówką, niestety początek tego sola grają klawisze i jest to niezbyt porywający moment z racji ich brzmienia i niezbyt przemyślanej melodii. Powrót w ostrzejsze klimaty w Comin' Home. Niby wszystko poprawnie i bez zarzutu zagrane, ale całość jakaś taka sztampowa. Pomimo dość udanego refrenu i przyzwoitej solówki raczej zapychacz, choć może dobrze wypadać na koncertach. Czekaliśmy na hit i dostajemy Nothin' Else, który przy dwóch poprzednikach po prostu błyszczy. Nic wyszukanego, ale jest przebojowo i można się pokołysać. AORowa perełka, tak pewnie grałby Giant, gdyby zdecydował się na złagodzenie swojego brzmienia. Numer nie jest zbyt długi, więc apel do radiowców - pomyślcie o tej piosence układając listę odtwarzania. Znów pod Foreignera zespół pociągnie w kolejnym Walkin' Away. Super hit to nie jest, ale nadal panowie grają składnie i z ukierunkowaniem na radio. Tempo średnie z tendencjami do przyspieszania i zwalniania gdzieniegdzie, zadbano, by utwór nie nużył, natomiast nie dołożono starań, by wyszło z tego coś oryginalnego. To samo można powiedzieć o Remember These Days, w którym tym razem muzycy postanowili sklonować Strangeways, niestety na tapetę wzięto te słabsze pozycje z repertuaru Szkotów. Na tym tle błyszczy jednak solówka, a i podkłady pod nią wydają się być ciekawe. Not Done 'Til It's Done zaskakuje rytmiką, od razu łatwo zauważyć, że miał to być pewnego rodzaju eksperyment. Był pomysł i to dobry, chociaż odnoszę wrażenie, że zespół nie wiedział jak go wykorzystać i rozwinąć. Ponownie najlepiej w numerze wypada gitarowe solo, aczkolwiek trzeba od razu dodać, że jest ono strasznie króciutkie. Album zamyka Much More Innocent, mało oryginalna kompozycja z klawiszami wystylizowanymi jak u Boston. Raczej słaby kawałek, zwłaszcza gdy wspomni się serię hitów z początku i środka płyty. Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość i wspomnieć, że jego wykonanie jest jakby bardziej żywiołowe i niesie ze sobą pewną dawkę emocji. Spodobać powinno się tym, którzy wolą AOR w nieco ostrzejszej odsłonie.

W zalewie niezbyt dopracowanych wydawnictw AORowych, jakie masowo wyprodukowano na przestrzeni ostatnich lat, to jest jednym z bardziej godnych uwagi. Jeśli ktoś gustuje w kliku nazwach, które wymieniłem na początku recenzji, tę płytę przełknie gładko, Materiał jest bardzo dobry, choć mało oryginalny. W skład zestawu piosenek wchodzi spora ilość ścieżek i myślę, że z 3-4 utworów można było spokojnie zrezygnować, a zawarte w nich co lepsze pomysły zebrać i zmajstrować z tego jeden hit więcej. Wyszło coś na zasadzie - nagrywamy rzadko, to dajmy publiczności więcej kawałków. Miłośnicy AORu powinni mimo wszystko zapoznać się z tym wydawnictwem i właśnie im album polecam.

Oficjalna strona Roberta Berry'ego: www.robertberry.com