Extreme - Pornograffitti

Extreme - Pornograffitti

Wydawca: A & M Records / BMG / Universal Japan / Polydor
Rok wydania: 1990

  1. Decadence Dance
  2. Li'l Jack Horny
  3. When I'm President
  4. Get The Funk Out
  5. More Than Words
  6. Money (In God We Trust)
  7. It ('s A Monster)
  8. Pornograffitti
  9. When I First Kissed You
  10. Suzie (Wants Her All Day What?)
  11. He Man Woman Hater
  12. Song For Love
  13. Hole Hearted

Skład: Gary Cherone - śpiew; Nuno Bettencourt - gitary; Paul Geary - perkusja; Pat Badger - gitara basowa

Produkcja: Michael Wagener

Różnie to bywa z mieszankami gatunków muzycznych - jedni je lubią, a inni nie. Osobiście należę raczej do tych drugich, ale czasem zdarzy się taka płyta, że jakoś pokonam swoje uprzedzenia, wysłucham jej kilka razy i powiem o niej coś dobrego. Takim albumem jest dla mnie Pornograffitti, drugi krążek w dyskografii bostońskiej formacji Extreme. Tym razem mieszaniu zostały poddane dwa, zdawałoby się odmienne, gatunki muzyczne. Muzycy z powodzeniem połączyli rytmy funky z solidnym hard rockowym graniem. Zrobili to tak dobrze, że nie może im podskoczyć żaden tam Dan Reed Network i płyta mogłaby uchodzić za jedną z lepszych w historii muzyki, gdyby nie pewien drobny szczegół. Nie ukrywam, że według mnie takim cierniem w tej muzyce jest głos wokalisty...

Po nieco nietypowym intro do pierwszego utworu, Decadence Dance, pojawia się rasowy hard rockowy riff, co z miejsca powoduje wzrost apetytu na resztę zawartości krążka. Po chwili wchodzi, niestety, głos wokalisty. Momentami przypomina on nieco Davida Lee Rotha, a gdy śpiewa słowo "Dance" w refrenie, to brzmi nawet jak beczenie kozy. Dużo lepiej jest już w chórkach, te są już milsze dla ucha, choć płyta byłaby idealna, gdyby była instrumentalna. Li'l Jack Horny jeszcze bardziej zaostrza apetyt słuchacza. Pojawiają się w nim charakterystyczne dla całego albumu zagrywki rytmiczne, gitarzysta Nuno Bettencourt pokazuje tu swoją klasę jako muzyk i aranżer. Już tutaj można usłyszeć instrumentarium wzbogacone o trąbki, saksofony i co tam jeszcze... Trzeci kawałek, When I'm President, z pewnością zaskoczy słuchającego. Oto nagle na rockowym albumie wyskakuje jakiś rap (jak to się kiedyś na to mówiło), czy też jak kto woli - hip hop (jak to się zwykło mówić teraz). Idea zapewne była taka: "Nie mamy pomysłu na dobry kawałek, to zarapujmy". Na szczęście nie jest aż tak tragicznie, po raz kolejny Bettencourt swoją gitarą i sóloweczką ratuje sytuację, fajna jest też zagrywka kończąca utwór. Get The Funk Out to z kolei połączenie rocka z funky, co przejawia się przede wszystkim w wyeksponowanej partii basu. Doskonale słucha się refrenu, który tutaj brzmi bardzo luzacko, a dodatkową atrakcją będzie niesamowita solówka, po części zagrana tappingiem. Niespodzianką jest ballada More Than Words, gdzie o dziwo okazuje się, że wokalista potrafi śpiewać! Balladka ta przypomina nieco te grane swego czasu przez Mr. Big i właśnie dzięki temu numerowi promowanemu teledyskiem grupa stała się szerzej znana ogółowi. Przy końcu mamy pewien smaczek w postaci gitarowej zagrywki, która z lekka przypomina muzykę flamenco. Money (In God We Trust) to powrót do klimatów zaprezentowanych już w pierwszych utworach na płycie. Wokalista oczywiście po raz kolejny zapomniał, że umie śpiewać, ale warstwie czysto muzycznej znów nie można niczego zarzucić, o solówce już nie wspominając. Podobnie rzecz się ma z It ('s A Monster). Po raz kolejny zastosowano wypracowaną recepturę, więc mniej uważny słuchacz może pomyśleć, że nadal słucha poprzedniej kompozycji. Przed wysmakowaną solówką możemy jeszcze usłyszeć miniaturkę muzyczną zaaranżowaną w klimatach jednoznacznie kojarzących się z kowbojami i Dzikim Zachodem. Tytułowe Pornograffitti powali nas już swoim otwierającym hard rockowym riffem. Jakoś przeżyjemy zwrotki i refreny, zaczerpniemy nieco powietrza przed tym, co nas czeka w solówce. A czeka nas sporo - staccato, legato, wszelkie wymiatanie, a w dodatku bardzo luzacka zagryweczka. Przy okazji zaspokoję ciekawość czytelnika i powiem, że kawałek jest swego rodzaju żartem i zarazem protestem wobec nasyconych seksem reklam telewizyjnych. Już od końca lat '80 w Ameryce nastała taka moda, by cokolwiek się reklamuje, zaopatrzyć w obnażone kawałki kobiecego ciała. Zresztą owa moda z pewnym opóźnieniem dotarła i do nas, bo w naszej TV możemy często oglądać reklamy papierosów czy zasłon z dodatkiem panienek w negliżu. Kolejny utwór, When I First Kissed You, to coś w rodzaju intrygującej balladki. Z jednej strony wyczuwa się tu klimat songów śpiewanych w chicagowskich knajpach w latach dwudziestolecia międzywojennego, z drugiej strony czuć tu ciągoty do broadwayowskich musicali. Powiem szczerze - do takich kompozycji wokalista nadaje się wyśmienicie. Suzi (Wants Her All Day What?) to kolejny nawrót do bardziej rytmicznego i pulsacyjnego grania. W środku numeru mamy bardzo sympatyczna solóweczkę, a i podkład pod nią jest niczego sobie. Następujący po nim He-Man Woman Hater zaczyna się od Lotu Trzmiela Rimskiego-Korsakowa. Intro to zagrane jest bardzo szybko, w tempie 212 uderzeń metronomu na minutę i przy użyciu delaya. Dalej to już sprawdzony sposób na dobry kawałek, czyli dużo rytmiki, chwytliwe riffy, sporo sztucznych flażoletów. Song For Love jest miłą do posłuchania balladką, zagraną na nieco przybrudzonym brzmieniu. Kolejny plus dla Gary'ego za to, że jednak śpiewać potrafi. Również gitarzysta ponownie pokazuje swoją klasę, zwłaszcza w solówce. Hole Hearted to też balladka, utrzymana nieco w stylu country, z charakterystycznym rytmem nabijanym stopą przez perkusistę. Bardzo dobry akcent na zakończenie płyty.

Album Bostończyków nie jest może zbyt łatwy w odbiorze dla słuchaczy przyzwyczajonych do prostszych kompozycji grup takich jak Bon Jovi czy Europe. Niemniej jednak jego wielką zaletą jest to, że zyskuje wiele przy każdym kolejnym przesłuchaniu.

Oficjalna strona zespołu: www.extreme-band.com