
Exorcism - I Am God
Wydawca: GoldenCore Records / ZYX Music
Rok wydania: 2014
- End Of Days
- I Am God
- Voodoo Jesus
- Last Rock N Roll
- Master Of Evil
- Exorcism
- Higher
- Stay In Hell
- Fade The Day
- Zero G
Skład: Csaba Zvekan - śpiew, dodatkowe partie instrumentów klawiszowych i gitar rytmicznych, gitara slide w [1]; Joe Stump - gitara prowadząca; Lucio Manca - gitara basowa; Garry King - perkusja i instrumenty perkusyjne
Produkcja: Csaba Zvekan
Exorcism to poboczny zespół wokalisty Csaby Zvekana, bardziej znanego z Raven Lord, ale na tym składowych podobieństw nie koniec, bo jeszcze gitarzysta prowadzący i basista również z tej grupy się wywodzą. Do czego jednak muzykom tym potrzebny był drugi zespół o niemal bliźniaczym składzie? Otóż postanowili grać doom metal i bardzo dobrze, ileż można słuchać na okrągło skądinąd genialnego Candlemass czy Sabbathów.
Prawdę powiedziawszy, to korzenie Exorcism sięgają roku 2006 jako solowy projekt Zvekana, kiedy to ukazała się demówka zatytułowana End Of Days, jednak na pełny debiut trzeba było czekać kilka lat, aż wydaniem materiału zainteresowała się wytwórnia GoldenCore Records. Tutaj jest to utwór otwierający dzieło i już on powinien się spodobać. Wystarczy wyobrazić sobie podkłady dźwiękowe jak z Candlemass, tyle że z wokalistą śpiewającym z manierą Tony'ego Marina, choć z dodatkową chrypką, a do tego jeszcze solówki znanego w branży wymiatacza Joe Stumpa. Grupie udało się wpasować w dobry moment ze swoją muzyką, bo doom metal nie jest na chwilę obecną zbyt popularny, więc w zalewie kapel AOR-owych, power i thrash metalowych może jawić się jako coś bardzo oryginalnego. Pomysł i wykonanie świetne, kto lubi np. również Black Sabbath i co mroczniejsze kawałki Malmsteena, powinien być mocno usatysfakcjonowany. W tytułowym I Am God grupa też nie zamierza się nigdzie spieszyć i gra wolno, choć jakby już mniej ostro i mniej ciężko. Klimatycznie nieco w stylu płyt Back Sabbath z Martinem za mikrofonem, zwłaszcza z czasów Cross Purposes oraz z Dio, jak na Heaven And Hell. Trzecie w zestawie Voodoo Jesus jest w sumie dość podobne do poprzednika. Gitarowo jest może mniej ciekawe, za to pod względem wokalnym wypada chyba lepiej. Taka muza najlepiej wchodzi wieczorem po trzech piwach, albo butelce wina. Na dzień chyba nie powinna być zalecana, chyba że jest to dzień mocno ponury, a przynajmniej jesienny. Już pierwsze dźwięki Last Rock N Roll zwiastują zacną ścieżkę w stylistyce "Sabbathy z Dio". Trzeba przyznać, że świetnie brzmią tu gitary i wypada przy okazji zauważyć, że Joe Stump doskonale wpisał się w taki styl grania - nie próbuje dominować nad pozostałymi muzykami i tak ma być, od dominacji ma, skądinąd też znakomite, albumy solowe. Numer spodoba się wszystkim, którzy zasłuchiwali się Heaven And Hell. Tytuł Master Of Evil mówi sam za siebie. Błyszczy tu ponad zespół sam Zvekan, niestety sam kawałek jakiś rewelacyjny nie jest (gniotem na szczęście również nie). Ratuje go za to pewna wstawka ze środka, która kojarzyć się może trochę z pamiętnym Gates Of Babylon Rainbow. W zasadzie po kilku przesłuchaniach można go polubić, ba, nawet pokochać. Na kolejnej pozycji Exorcism, rzecz o tyle ciekawa, że głos Csaby przypomina też momentami Görana Edmana, wokalistę najbardziej znanego z płyt Yngwie Malmsteena. To również pasuje do prezentowanej tu muzyki. Samo nagranie obywa się bez fajerwerków (nie licząc solówki Stumpa), ale też nie ma co ich oczekiwać po heavy doom metalu, bo tu zawsze liczy się przede wszystkim mroczny, ponury klimat. Higher może zaskoczyć słuchacza szybszym tempem w porównaniu z wcześniejszymi kawałkami. Jest jakby bardziej rock'n'rollowo, choć i pewne zapożyczenia od Hendrixa da się zauważyć. Czy dobrze się stało, że taki numer postanowiono tu zamieścić? Oczywiście, że tak, zawsze to jakaś odmiana. Niespodzianką będzie też następne Stay In Hell. Przede wszystkim jest to chyba najbardziej melodyjna ścieżka z całego zestawu, a przy tym radosna, więc i mało przypominająca doom metal... ale fani Black Sabbath okresu z Tonym Martinem z pewnością ją pokochają. Kto jeszcze? Na pewno miłośnicy Rainbow, zwłaszcza jak usłyszą solówkę Joego. Może nawet wszyscy lubiący po prostu melodyjnego hard rocka, kto wie... Mnie ten numer spodobał sie od razu. Fade The Day też kompletnie niczego zarzucić nie można. Jak nic, jest to bezpośrednie nawiązanie do płyt Sabbathów nagrywanych z Martinem, a nawet do solowego Dio z czasów jego pierwszych krążków, a zwłaszcza debiutu, czyli jeszcze jedna pozycja na płycie, którą grzech byłoby ominąć. Wisienką na torcie jest neoklasyczna solówka Stumpa, którą można potraktować jako spontaniczny ukłon w stronę fanów Malmsteena. Płytę kończy Zero G, gdzie mamy jakieś piętno Mercyful Fate i pewnie by Csaba nawet i zaśpiewał tu jak King Diamond, gdyby dysponował podobną skalą głosu. Tu też jest bardziej melodyjnie niż na pierwszej połowie krążka.
Dziesięć utworów i praktycznie tylko jeden nieco słabszy, choć i tak nadzwyczaj przyzwoity. Jak już wspomniałem wcześniej, albumu świetnie się słucha jako odmianę dla dość przeciętnego AOR-u i oklepanego miliony razy power metalu. Pozycja obowiązkowa dla fanów Black Sabbath ery Dio/Martin, a przy tym bardzo wskazana dla tych, co lubią także Candlemass, Mercyful Fate i neoklasyczne, acz nieprzesadnie zagrane solówki. Jedna z najciekawszych płyt roku 2014.
Oficjalna strona zespołu: www.exorcism13.com