Bai Bang - Livin' My Dream

Bai Bang - Livin' My Dream

Wydawca: AOR Heaven
Rok wydania: 2011

  1. We're United
  2. Livin' My Dream
  3. Come On
  4. Rock On
  5. Stay
  6. Gonna Have It All
  7. Tonight
  8. Rock It
  9. Die For You
  10. Put On Her Dress

Skład: Diddi Kastenholt - śpiew; Joacim Sandin - gitara basowa; Pelle Eliaz - gitara prowadząca; Johnny Benson - perkusja

Produkcja: Pontus Assarsson

Bai Bang należało do zespołów, których krążki wpadały w moje ręce i po pobieżnym przesłuchaniu były odkładane na bok, na tzw. późniejsze i bardziej dokładne odsłuchy. Odkładałem je i o nich zapominałem... Może niesłusznie. Jakiś czas temu posłuchałem jednak szóstego już dzieła Szwedów i stwierdziłem, że może już czas zacząć grupę traktować na poważnie.

Formacja rozpoczynała swoją karierę jeszcze pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, a jej debiutancki krążek o tytule Enemy Lines ukazał się w 1988 r. Kolejne dziela ekipy wydawane były co kilka lat, mniej więcej do roku 2000, po czym muzycy zniknęli ze sceny na niemal dekadę. W roku 2009 światło dzienne ujrzała powrotna płyta Szwedów zatytułowana Are Yu Ready i zgodnie z pewną niepisaną tradycją jej następca, Livin' My Dream trafia w ręce fanów w roku 2011. Trzeba przyznać, że przynajmniej w branży melodyjnego grania Bai Bang to dość znana marka. Muzycy sporo koncertowali po świecie, zahaczyli m. in. o takie legendarne miejsca jak kluby Whisky a Gogo i The Cat Club w Los Angeles, dzielili też scenę z wieloma gigantami, by wymienić choćby LA Guns, Thin Lizzy, Ratt, Dio, Mötley Crüe, Pretty Maids, Saxon, czy Axel Rudi Pell występując na wielkich festiwalach typu Sweden Rock Festival, Wacken Open Air i Rocklahoma. Produkcją nowego krążka zajęli się w szwedzkich studiach nagrań producent Pontus Assarsson i Martin Kronlund, ceniona w branży osoba, której tutaj powierzono mastering. O ile poprzedni album prezentował stylistycznie głównie hard rocka idącego ku sleaze'owi, o tyle na Livin' My Dream Szwedzi stawiają bardziej na granie klimatyczne, wręcz nostalgiczne względem lat '80, przez co w wielu momentach można je nawet podciągnąć pod AOR - w istocie nowe nagrania balansują właśnie między melodyjnym hard rockiem a AOR-em. Gdyby tak skrzyżować style gry Bad Habit, Wig Wam i The Poodles, wyszłoby wtedy coś na wzór Bai Bang. Płytę rozpoczyna dynamiczny numer o tytule We're United, oczywiście bazujący na szybkim rock'n'rollu. Kawałek potrafi rozbujać i sprawić, że kto nie wyskoczy na parkiet, to przynajmniej zacznie żywo tupać nogą. Inna sprawa, że ścieżka jest bardzo melodyjna, więc szybko wpada w ucho. Utwór tytułowy to już inne klimaty. Wydaje się odchodzić od klasyki ciążąc ku nowocześniejszym brzmieniom, ale spokojnie, nie ma co uciekać, bo na myśli miałem tylko serię sprzężeń i sprężynowych drgań, które pojawiają się tu i ówdzie. Stylistycznie mamy tu mieszankę mniej więcej czegoś pomiędzy niemieckim Bonfire a szwedzkim Bad Habit, do tego jeszcze nastroje balansują pomiędzy AOR-em a cięższym hard rockiem. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak nagranie potrafi przykuć sobą uwagę i uwieść serca fanów melodyjnego grania z czasów lat '80. Nie inaczej będzie z kawałkiem Come On, który dziwnym trafem mocno przypomina mi Bon Jovi z czasów płyty Slippery When Wet. Szwedzi zastosowali tu podobne patenty, jak przed ćwierćwieczem ich amerykańscy koledzy, mamy więc i śpiew "a capella" na początku piosenki, chóralne refreny w środku i podobne tempa, plus oczywiście dużo, dużo chwytliwych melodii (komu podobało się słynne You Give Love A Bad Name ekipy Jona, te od razu polubi również i tę pozycję). Wielkie brawa za współczesne uchwycenie klimatu tamtych lat. Jednym z moich faworytów z tego wydawnictwa jest następne w zestawie Rock On. Przede wszystkim ze względu na to, iż występuje tu solidny gitarowy riff (a jak zauważyłem, grupa unika takowych jak ognia), no i druga sprawa, ogólny nastrój ścieżki. Odnajdziemy w niej jakieś elementy Def Leppard i duńskiego Fate, w dodatku kompozycja jest dopieszczona w najdrobniejszych szczegółach, nie ma tu ani jednej zbędnej czy przypadkowej nuty. Na syndrom kapitalnego poprzednika cierpi w związku z tym kolejne Stay. Tym, co ciągnie ten numer w dół, w moim mniemaniu jest "abbowa" aranżacja utworu, zwłaszcza refrenów, no i nieco dyskotekowa rytmika całości. Na szczęście całość ratuje interesująca solówka. Co jeszcze... hmm, myślę, że numer spodoba się mimo wszystko miłośnikom muzyki spod znaku Brother Firetribe. Potrafi urzec ballada Gonna Have It All, której nie powstydziłyby się największe AOR-owe tuzy. Jest tu coś z Def Leppard (rytmika?), coś z ciepła ballad Bryana Adamsa, coś ze stadionowego rocka na wzór Boston czy Foreigner. Powiem szczerze, rzadko zdarza się, by w XXI wieku ktoś jeszcze potrafił stworzyć piosenkę brzmiącą tak, jakby był to jakiś zagubiony utwór z lat '80, a muzykom Bai Bang się to udało. Przy poprzedniczce następne nagranie, Tonight może już jawić się jako cięższy rocker, ale to tylko pozory. I tu nie brakuje solidnej dawki melodii, po prostu gitary w podkładach brzmią ciężej. Tu przypominają mi się ostatnie dokonania The Poodles i w zasadzie obie kapele można by wrzucić na tej podstawie do jednego worka. Po tytule Rock It spodziewałem się jakiegoś dynamicznego i żywiołowego rockera, a tu proszę, mamy niemal balladę. Po raz kolejny nie mogę oprzeć się wrażeniu, że znów inspiracją do jej powstania stało się Def Leppard, plus jakieś niewielkie, wręcz drobniutkie zapożyczenia z Queen. Uwagę zwraca świetnie zaaranżowany refren, który aż chce się wyśpiewywać razem z kapelą, najlepiej podczas jakiegoś koncertu na wielkim stadionie. Wydawałoby się, że erę stadionowych hitów mamy już definitywnie za sobą, a jednak jak słychać, wciąż da się coś takiego skomponować. Wyróżnia się swym klimatem z całego zestawu kawałek o tytule Die For You. To tak jakbyśmy połączyli ze sobą skrawki stylu Brother Firetribe i Stinga... Brawurowe zagranie, ale koniec końców udane. Ostatnia pozycja w secie to Put On Her Dress, bardzo zresztą ciekawa. Rozpoczyna się niepozornie, jak by miał to być jeszcze jeden klimatyczny numer, ale dalej dostajemy też bardziej dynamiczne, hard rockowe riffy, choć refren raz jeszcze będzie nastrojowy. Tutaj dopatrywałbym się pewnych podobieństw do tricków stosowanych przez Norwegów z Wig Wam.

Livin' My Dream to bez wątpienia jedna z najbardziej przebojowych płyt roku 2011. Godna podziwu gra zespołowa, gdzie muzycy mają wspólny cel i ich gra harmonijnie się dopełnia. Zestaw dziesięciu niesamowicie melodyjnych kawałków powinien bez problemu trafić w gusta sympatyków grania spod znaku Bad Habit, Wig Wam, Def Leppard, The Poodles, Fate, Brother Firetribe, a także wczesnych krążków Bon Jovi i Bonfire. Gorąco polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.baibang.se