
Angels Of Babylon - Kingdom Of Evil
Wydawca: Metal Heaven / EMI / Zoom
Rok wydania: 2010
- Conspiracy Theory
- Apocalypse 2012
- Night Magic
- Tear Out My Heart
- Oh How The Mighty Have Fallen
- Tarot
- Kingdom Of Evil
- The Remnant
- Angels Of Babylon
- Second Coming
Skład: Rhino - perkusja; Dave Ellefson - gitara basowa; David Fefolt - śpiew; Ethan Brosh - gitary
Produkcja: Rhino
Pomysł na zebranie kilku znanych nazwisk i uformowanie z nich kolejnej grupy nie jest nowy. Tym razem wabikiem mają być chociażby tak znane marki jak basista Dave Ellefson (Megadeth, F5) i perkusista Rhino (ex- Manowar, Holyhell), wspierani przez nieco mniej znanych: wokalistę Davida Fefolta (Masi, Hawk) i gitarzystę Ethana Brosha (solo). Razem panowie występują jako Angels Of Babylon.
Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że pewnego rodzaju dyktatorem jest tu Rhino (właśc. Kenny Edwards). To w jego głowie zrodził się pomysł na powołanie takiego zespołu, to on komponował poszczególne utwory i gromadził je latami do czasu, aż zbierze odpowiedni skład, by je zarejestrować. Angels Of Babylon gra tradycyjny heavy metal, z tym że wzbogacony o różnego rodzaju orkiestracje i wstawki, tematyka tekstów oscyluje z kolei wokół modnego ostatnio wątku Apokalipsy czy katastrofy, która ma rzekomo wydarzyć się w 2012 r. Pierwszy numer w zestawie, Conspiracy Theory, mógłby w zasadzie być nagraniem z repertuaru którejś z ostatnich płyt Judas Priest, nawet głos Fefolta to taka hybryda gdzieś spomiędzy Halforda i Owensa. Zresztą wokalnie Davidowi blisko i do Marka Boalsa, więc gdyby kiedyś Yngwie potrzebował gardłowego, to chyba powinien sobie gdzieś kontakt do Fefolta zanotować... Tak więc klasyczny heavy metal wzbogacony o wstawki, łatwo strawny, łatwo wpadający w ucho, niestety też przy tym mało zapamiętywalny. Apocalypse 2012 podoba mi się dużo bardziej od otwieracza, może dlatego, że aranżacyjnie jest od niego jeszcze bogatszy. Pianistyczny wstęp i grające dalej z czuciem gitary przywodzą mi trochę na myśl Savatage z połowy lat '80, gdy za mikrofonem stał Jon Oliva, chociaż wciąż należy pamiętać, że wokalne ciążenie jest nadal ukierunkowane na Owensa/Boalsa. Solówki może nie jakoś szczególnie skomplikowane, ale odegrane z wyczuciem i zgodnie z potrzebami kompozycji. Chyba najlepsza ścieżka na krążku. W nieco inne rejony wędruje Night Magic. Tutaj mamy nieco zapędów progresywnych, ale i trochę wycieczek w neoklasykę (z tych mroczniejszych utworów Malmsteena), przy czym korzenie heavy metalowe są nadal silnie wyczuwalne. I znów niby wszystko jest w porządku, formalnie niczego piosence zarzucić nie można, a jednak wydaje się strasznie wtórna i co gorsze, niezbyt zapamiętywalna. Tear Out My Heart rozpoczyna się dość mrocznie, od stojących akordów z brzmieniem organ kościelnych, by przejść w balladę. Tutaj Fefolt śpiewa inaczej i muszę przyznać, że w tej roli możliwości jego gardła spisują się chyba lepiej niż w kawałkach ostrzejszych. Całkiem miłe dla ucha nagranie, mimo iż na kolana nie powala. Miłośnikom wymiatania, tak na marginesie, może spodobać się gitarowa solówka. Powrót do bardziej przeciętnego grania następuje wraz z Oh How The Mighty Have Fallen. Nadal jest to heavy metal, choć należy zwrócić uwagę na sposób, w jaki wioślarz buduje tu riffy - wyraźnie słychać inspiracje dokonaniami Megadeth i Annihilatora, z tym że tutaj wszystko grane jest wolniej, no i przy zupełnie odmiennym akompaniamencie perkusji (ach, przydałby się tu taki Nick Menza i numer dostałby wtedy niezłego kopa, bo dość jednostajne pukanie w gary ciągnie tę kompozycję w dół). Bliżej klasycznego hard rocka plasuje się natomiast Tarot i jest to w sumie bardzo miła niespodzianka. Kto lubi nagrania Rainbow, solowych Dio i Ozzy'ego Osbourne'a oraz Black Sabbath z Martinem na wokalu, powinien się z tą ścieżką zapoznać. Fakt, że i Fefolt tym razem nieco pod Ozza zaśpiewuje. Kingdom Of Evil rozpoczynają całkiem zgrabne aranżacje gitar akustycznych, jakby symulujące muzykę flamenco, choć słychać, że gra to ktoś, kto w takiej stylistyce nie siedzi na co dzień. Środek zmajstrowany z epickim rozmachem, jak gdzieniegdzie u Manowar i Judas Priest. Całościowo taka sobie piosenka; nie wiem, czemu akurat ją wybrano na utwór tytułowy, bo kilka innych jest tu od niej lepszych, lecz może reszta słuchaczy będzie innego zdania. Z instrumentalną miniaturą mamy do czynienia przy okazji The Remnant. Jako swego rodzaju przerywnik spisuje się znakomicie i tego jej odmówić nie można. Chyba znów coś dla fanów Savatage. Dalej nagranie o tyle ważne, że kojarzące się z nazwą zespołu. Angels Of Babylon jest dość klimatyczne, zaczyna się od dziwnie popowo brzmiącej perkusji i klawiszy stylizowanych na jakiś dziecięcy chór, potem robi się ostrzej, choć bez galopad. Pewne podobieństwa do twórczości Malmsteena też są zauważalne (neoklasyczne solówki, wokale przypominające Boalsa itp). Może być. Przyzwoite jest ostatnie w zestawie, mocno epickie Second Coming, niepotrzebnie jednak utwór rozciągnięto aż do siedmiu minut. Trzeba przyznać, że kawałek ma swój klimat i jak ktoś lubi mroczność w muzyce (momentami nawet pod Candlemass), to znajdzie tu coś dla siebie.
Co do tego wydawnictwa mam mieszane odczucia. Z jednej strony materiał i sam pomysł na takie granie jest niezły, z drugiej nie wiem, czy potrzebne jest w muzyce mnożenie bytów. Wszystko tutaj gdzieś już się słyszało i to w o wiele lepszych wersjach. Fani klasycznego heavy metalu z dodatkami symfoniczno-klimatycznymi mogą po krążek sięgnąć, chociaż odnoszę wrażenie, że po kilku przesłuchaniach pójdzie on niestety w odstawkę.
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/officialangelsofbabylon