
Deep Purple - Fireball
Wydawca: Harvest Records / Warner Bros. / WEA / Rhino / EMI / CD Maximum / MSI
Rok wydania: 1971
- Fireball
- No No No
- Demon's Eye
- Anyone's Daughter
- The Mule
- Fools
- No One Came
- Strange Kind Of Woman (a-side remix '96) [w reedycji]
- I'm Alone (b-side) [w reedycji]
- Freedom (album out-take) [w reedycji]
- Slow Train (album out-take) [w reedycji]
- Demon's Eye (remix 96) [w reedycji]
- The Noise Abatement Society Tapes (Traditional) [w reedycji]
- Fireball (take 1 - instrumental) [w reedycji]
- Backwards Piano [w reedycji]
- No One Came (remix 96) [w reedycji]
Skład: Ritchie Blackmore - gitara prowadząca; Jon Lord - organy i instrumenty klawiszowe; Ian Gillan - śpiew; Roger Glover - gitara basowa; Ian Paice - perkusja
Produkcja: Deep Purple
Jeden z krążków, jaki najlepsze wrażenie robi słuchany ze starego winyla, chociaż wersja CD też ucieszy fana klasycznego hard rocka. Skoro już o wydawnictwach klasycznych mowa, to poza wokalistą Ianem Gillanem reszta zespołu za własny klasyk uznać go nie chce. Jest to o tyle dziwne, że była to pierwsza płyta Deep Purple, która dotarła w Wielkiej Brytanii do pierwszego miejsca na listach sprzedaży i że wypromowała tak rozpoznawalne hity jak Anyone's Daughter i singlowe Strange Kind Of Woman. W porównaniu z poprzednikiem jest to album, można by rzec, komercyjny - zniknęły gdzieś te jazgoty, pojawiło się więcej melodii, co zapewne wpłynęło na wzrost popularności grupy.
Tytułowe Fireball przypomina nieco Speed King, ale jak się uprzeć, to można też doszukać się podobieństw do późniejszego Kill The King Rainbow. Przede wszystkim jest to kompozycja bardzo żwawa, radosna w swej wymowie i traktująca o tematach około miłosnych. Brzmienie gitar może wydawać się jak na dzisiejsze czasy nieco archaiczne, ma to jednak swój urok, zwłaszcza że całości dopełniają organy Hammonda pod palcami Lorda. Nie dam sobie głowy za to uciąć, ale melodie wygrywane przez te organy mają chyba swoje źródło w muzyce ludowej, a skojarzenia te potęgują jeszcze odważnie dodane tamburyny. Inne podejście do grania prezentuje sobą następne w zestawie No No No. Przede wszystkim jest znacznie wolniejsze, co nie znaczy, że traci w ten sposób coś ze środków wyrazu. Z pewnością jest tu więcej bluesa w ogólnym nastroju, ale i nie brak też naleciałości glamowych, co z kolei słychać w partiach wokalnych Gillana (czyż nie brzmi on podobnie do Marca Bolana z T. Rex?). Bardzo relaksujący kawałek i całkiem zgrabnie zmajstrowany. Co do pozycji trzeciej na krążku, to od razu warto nadmienić, że w poszczególnych wydaniach płyty jest to albo Strange Kind Of Woman (edycja amerykańska i japońska), albo Demon's Eye (edycja brytyjska i wydania europejskie). Akurat posiadam europejskie wydanie, ale by zadowolić wszystkich zacznę najpierw od opisania Strange Kind Of Woman. Numer jest bardzo melodyjny, jego dość jednostajny rytm może sprawić, że piosenkę polubią też fani innych gatunków muzycznych, nawet tych tanecznych. Mnie akurat ten kawałek jakoś szczególnie nie powala, podoba mi się natomiast solo Blackmore'a, typowe zresztą dla niego w owym okresie, niby bez szczególnego wymiatania, ale po prostu dobre. Inaczej sprawa ma się z Demon's Eye, gdzie pobrzmiewają pewne echa Hendriksa, lecz jest też pewien mistyczny nastrój. Spróbujcie posłuchać tego utworu leżąc na łóżku w nieco przyciemnionym pokoju i będąc nieco zmęczonym, a udzieli się Wam jego klimat. Jak dla mnie jest to jeden z najbardziej zapamiętywalnych kawałków Purpli w całej ich karierze, podoba mi się bardzo oryginał, ale lubię też i covery, jak np. ten zrobiony przez Malmsteena na płycie Inspiration. Odważnie poczęli sobie muzycy z Anyone's Daughter, jednym ze swoich nieśmiertelnych zresztą hitów. Brytyjska kapela sięgnęła po inspiracje gdzieś za ocean, do muzyki country, przez co numer od razu wyróżnia się z zestawu. Myślę, że mógłby stać się jednym z klasyków w Nashville, lub na pikniku w naszym rodzimym Mrągowie. Wyczytałem gdzieś w Internecie, że ponoć jego pierwotny tytuł brzmiał Farmer's Daughter, ale nie wiem czy to prawda, biorąc jednak pod uwagę wymowę kompozycji i fakt, że słychać to w słowach, pierwszy tytuł nadałby się tu chyba bardziej. Uwagę zwraca pianino Lorda, który na potrzeby utworu jak kameleon przestawił się na nie ze swoich Hammondów. The Mule stanowi dobry przykład na to, jak inne zespoły czerpały pełnymi garściami z twórczości Deep Purple. Wystarczy wspomnieć Uriah Heep, które czerpie aż po dzień dzisiejszy, wystarczy przywołać kultowe Spinal Tap z ich numerem The Majesty Of Rock. Osobne słowo należy się gitarowej solówce Blackmore'a, jaka zainspirowała niezliczone rzesze wioślarzy sięgających po instrument i aspirujących do miana wirtuozów. Początek Fools nie za bardzo do mnie trafia, za to gdy już kawałek się rozkręci, nie jest źle. Znów klasyczne Purple, z bardzo charakterystycznym sposobem budowania riffów, jak by nie było, tutejszy dużo nie odstaje od najbardziej chyba znanego Smoke On The Water. By nie ugrząźć w jednostajności, muzycy dodali jeszcze szczyptę przypraw w postaci grzechotek i elementów orkiestracyjnych. Płytę zamyka mocno hendriksowskie No One Came, tak więc od razu słychać, czym wtedy inspirował się Blackmore, zanim jeszcze jego uwagę zwróciła muzyka poważna. Cały efekt wzmacnia ponadto sposób śpiewania Gillana, także do poczynań Hendriksa nawiązujący, jeśli przypomnimy sobie, co przed kilkoma minutami robił w Anyone's Daughter, z pewnością docenimy możliwości jego gardła. I to już wszystko, płyta cholernie krótka, ale za to pozbawiona wypełniaczy.
Wielu krytyków i fanów zarzuca temu albumowi, że jest słabszy od Machine Head czy od In Rock, szczerze mówiąc nie wiem, na jakiej podstawie. Mnie tu bardzo pasuje sytuacja, gdzie każdy numer jest niemal inny, nie ma monotonii, grupa eksperymentuje i eksperymenty te są udane. Szanujący się fan Deep Purple i tak musi tę płytę mieć, a nie wyobrażam sobie też sytuacji, by jakikolwiek fan hard rocka czy classic rocka mógł obok niej przejść obojętnie.
Oficjalna strona zespołu: www.deep-purple.com