Balance - Equilibrium

Balance - Equilibrium

Wydawca: Frontiers Records
Rok wydania: 2009

  1. Twist Of Faith
  2. Breathe
  3. Old Friends
  4. What Have U Done
  5. Winner Takes All
  6. Crazy Little Suzie
  7. Liar
  8. Walk Away
  9. Who You Gonna Love
  10. Forever
  11. Where The Rainbow Ends

Skład: Peppy Castro - śpiew; Bob Kulick - gitary; Brett Chassen - perkusja; Dennis Feldman - gitara basowa; Doug Katsaros - instrumenty klawiszowe

Produkcja: Bob Kulick i Brett Chassen

Pod koniec lat '70 i na początku '80 AOR święcił swe największe tryumfy. Na fali popularności takich grup jak Survivor, Foreigner, Toto i Journey wypłynęła jeszcze jedna formacja - Balance, której nie dane było powtórzyć sławy poprzedników. Po wydaniu dwóch albumów w roku 1981 i 1982, z powodu braku odpowiedniej promocji ze strony wytwórni zespół rozpadł się, choć jego członkowie trzymali się jeszcze później rynku muzycznego, jeden z nich został producentem, inny z kolei zajął się komponowaniem jingli... Niedawno o kapeli zrobiło się głośniej, najpierw za sprawą reedycji klasycznej płyty In For The Count przez Rock Candy / Universal, potem, gdy muzycy postanowili grupę reaktywować i nagrali nowy album dla Frontiers Records.

Zdecydowanie najbardziej znanym muzykiem w szeregach Balance był i nadal jest gitarzysta Bob Kulick, brat Bruce'a. Ten muzyk zasłynął ze współpracy z zespołem KISS i Paulem Stanleyem, ma też na swoim koncie występy w ekipie Meat Loafa. Panowie powrócili w niemal oryginalnym składzie, który uzupełnia perkusista Brett Chassen, pojawiający się też na krążku Equilibrium w roli współproducenta. No właśnie - Equilibrium - ciekawy tytuł, bo po łacinie znaczy to samo co nazwa zespołu, czyli "równowaga". Czy możemy spodziewać się albumu zrównoważonego, czy też wyważonego? Twist Of Faith to dynamiczny numer utrzymany w stylistyce szybszych kawałków Journey i w sumie dobrze spisuje się w roli "otwieracza". Zapewne fani takiego grania oszaleją ze szczęścia, ja jednak za ową stylistyką nie przepadam, muszę jednak pochwalić solidną pracę gitar w podkładach. Drugie w zestawie, Breathe na kolana mnie nie powala, ale coś w sobie ma, może jest mniej oczywiste, mniej przewidywalne. Zupełnie inny klimat, więcej kombinowania, nietypowa kompozycja. Zawodzą trochę linie wokalne, za to piosenkę ciągną w górę klawisze i całkiem przyzwoity refren (a to, jak wiadomo, najważniejsza część AORowych struktur). Robi się coraz lepiej, bo np. takie Old Friends to już piękny, nastrojowy numer. Tutaj dokładnie odwrotnie niż wcześniej, zwrotki wypadają dużo lepiej od refrenów. Instrumentalnie ścieżka jest wspaniale zaaranżowana i dużo jej nie brakuje do gatunkowych klasyków, na plus idzie także utrzymana w odpowiednim klimacie solówka, zawodzą za to na całego linie wokalne we wspomnianych refrenach. Kilka niezłych pomysłów przynosi ze sobą What Have U Done, momentami jest nawet rock'n'rollowo. Piosenka sprawia wrażenie nie do końca przemyślanej, raz jeszcze zabrakło patentu na przebojowy refren. Chodzi mi o linie wokalne, bo gitarki chodzą nadzwyczaj przyzwoicie. Winner Takes All to dość typowa, AORowa ballada i trzeba przyznać, że udana, w każdym bądź razie pozostawia po sobie pozytywne wrażenia. Kobietom spodoba się na pewno, męskiej publiczności zapewne w chwilach odpowiedniego nastroju. Piosenka ma w sobie coś z kompozycji Meat Loafa i jego słuchacze powinni obowiązkowo się z tą pozycją zapoznać. Wprawdzie ze swoich założeń grupa nie rezygnuje wraz z następnym utworem, to jednak Crazy Little Suzie wydaje się być nagraniem mocniejszym, a to za sprawą ciężej brzmiących gitarowych riffów. Dobrze wypada to na zasadzie kontrastu z poprzednią balladą, robiąc aluzję do nazwy kapeli, można by rzec, że muzycy "balansują". Bardzo podoba mi się początek Liar, te skoczne rytmy perkusji i ciekawe partie gitar. Środek kompozycji już tego poziomu nie trzyma, ale jasnym punktem numeru jest też jego solówka i wokale w refrenie. Raz jeszcze pojawia się jakiś fragment, który psuje całość, tym razem padło na niezbyt udane chórki. Strasznie przeciętnym kawałkiem jest natomiast Walk Away, niby formalnie nic mu zarzucić nie można, struktury ma poprawne, lecz brak w nim jakichś znamion przebojowości. Przesłuchałem go kilka razy, by dać mu szansę, ale niestety, przy następnych odsłuchach będę go pomijał. Ciut lepiej jest z Who You Gonna Love, chociaż i tu panowie popisali się niekonsekwencją. Świetne bluesujące partie gitar, a do tego ni z gruszki, ni z pietruszki, jakieś wesołe, rozrywkowe śpiewy. Zupełnie to do siebie nie pasuje. najlepiej wypadają te momenty, kiedy wokalisty w ogóle nie słychać. Prostą piosenką jest wprawdzie Forever, ale też trzeba przyznać dopięta na ostatni guzik, czego mi brakowało właśnie u poprzedniczek. Dobre, pasujące do siebie aranżacje, nie można się kompletnie do niczego przyczepić. Powiedzmy, taki radosny hicior. Na finiszu mamy Where The Rainbow Ends, gdzie najlepszy jest... tytuł. Sam kawałek taki sobie, nieźle pogrywają klawisze, reszta instrumentalistów ciągnie swoje partie jakby od niechcenia. Numer ratuje jeszcze całkiem przyzwoite solo i więcej dobrego chyba się o nim powiedzieć już nie da.

Szczerze mówiąc spodziewałem się dużo lepszej płyty, a tu okazuje się, że raptem na wydawnictwie mamy trzy solidne kawałki, gdzieniegdzie jeszcze kilka ciekawych patentów, a większość kompozycji cierpi na syndrom "chciałbym, ale nie wiem jak". Album miał dobrą prasę, zachwycano się nim w licznych serwisach, co było dla niego dobrą reklamą i zachęcało, by o niego sięgnąć. Obawiam się, że po kilku przesłuchaniach więcej krążek powędruje jednak na półkę i to na całe lata, bo nie wiem, czy te niezbyt obficie występujące tu smaczki aranżacyjne będą potrafiły przyciągnąć moją uwagę na dłużej. Sympatycy AORu mogą płyty mimo wszystko posłuchać, inni niekoniecznie.

Brak oficjalnej strony zespołu