
DC4 - Explode
Wydawca: Chavis Records / Ross N' Roll BMI
Rok wydania: 2007
- Explode
- Rock And Roll Disease
- Experiment
- God Complex
- Cabin Fever
- This Is What You Wanted
- Candy Caine
- Long Hard Road To Lost
- Disturbed
- Hate Parade
Skład: Rowan Robertson - gitary; Jeff Duncan - śpiew, gitary; Matt Duncan - gitara basowa, chórki; Shawn Duncan - perkusja
Produkcja: Joey Vera
Nie zawsze zespół złożony ze sławnych muzyków również odnosi sławę. Przykładem może być tu pochodząca z Los Angeles ekipa DC4, której skład tworzą gitarzysta Rowan Robertson (znany z występów w Dio w czasach Lock Up The Wolves) oraz trójka braci Duncan, gdzie dwóch z nich to także nie nowicjusze w branży muzycznej. Wokalista i gitarzysta Jeff rozwijał swe talenty w grupach Odin i Armored Saint, Shawn grał ze swym z bratem w Odin, do obsługi gitary basowej zaprosili jeszcze brata Matta.
Explode to już trzecie wynurzenie studyjne kapeli, jeśli wliczyć do dyskografii debiutancką EP-kę o tytule Mood Swings. Płytę pierwotnie chłopaki wydali własnym nakładem w 2007 r. w niewielkim w sumie nakładzie dwóch tysięcy egzemplarzy, dwa lata później wydaje ją ponownie wytwórnia Chavis Records ze zmienioną okładką (moim zdaniem ładniejszą). Muzyka prezentowana na krążku to ciężki, aczkolwiek nie pozbawiony melodyjności hard rock. Tytułowy kawałek rusza z kopyta wprawdzie ciężkimi hard rockowymi riffami, w tle słychać jednak, że jest to piosenka zbudowana na bazie rock'n'rolla. Muzycy próbują łączyć stylistykę grania z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, natomiast konsekwentnie unikają wszystkiego, co mogłoby mieć związek z późniejszymi trendami. Po prostu "old school". Bardziej podoba mi się Rock And Roll Disease, drugi numer w secie. Jaki to typ grania, zdradza sam tytuł. Gdzieś tam słychać echa The Cult, chociaż przewijają się też tłumione power chords jak ze słynnej zagrywki Paranoid Sabbathów. Przy okazji słuchania solówki nasuwa mi się taka refleksja, że od czasu występów w Dio gitarzysta Robertson strasznie się wypalił, raptem drugi utwór na krążku, a solo niemal identyczne jak u poprzednika. Niestety wraz z pojawianiem się Experiment zaczynam podobne wrażenie odnosić także względem samych riffów, a konkretnie sposobu, w jaki budowane są z nich kolejne nagrania. Jak na mój gust za mało tu różnorodności, co piosenka to jak deja vu, każda zmajstrowana z dwóch patentów na krzyż. Czyżby zespół chciał znużyć słuchaczy? OK, to po prostu nie jest krążek do delektowania się muzyką, raczej jest to coś w rodzaju podkładu muzycznego pod spożycie browara. Nie trzeba się koncentrować, a piwo gładko przy takie muzyce wchodzi. Lepiej jest z God Complex, wprawdzie dzieła sztuki znów nie ma się co spodziewać, ale numer może się podobać. Trochę transowy, ciężki, rytmiczny. Takie bardziej melodyjne Black Label Society. Także w liniach wokalnych dzieje się nieco więcej niż uprzednio. W Cabin Fever fajnie chodzi sekcja rytmiczna, nie popisał się natomiast wioślarz, a partie wokalne to w ogóle nieporozumienie. Żeby się tym zachwycać, to już nawet piwo nie wystarczy, tu trzeba wypić litr "czystej". Podoba mi się natomiast kolejna pozycja w zestawie, czyli This Is What You Wanted, tyle że z zastrzeżeniem co do linii wokalnych. Gdyby gardłowy bardziej się postarał, to mogłoby wyjść z tego coś bombowego, a tak mamy tylko dobry numer z takim sobie podśpiewywaniem. Dość ciekawa jest za to orkiestracja, przy pomocy której grupie udało się stworzyć nieco mistyczny klimat. Coś bardziej dynamicznego dostajemy wraz z Candy Caine. Rytmika tego kawałka kojarzy mi się trochę z The Four Horsemen z debiutu Metalliki, chociaż w ostatecznym rozrachunku i tak wolę w tym wypadku twórczość kapeli Larsa. Całkiem przyzwoicie chłopaki radzą sobie w Long Hard Road To Lost, stworzyli taką bardziej melodyjna wersję Rage Against The Machine. Miło się słucha tych wschodnich motywów, no i przede wszystkim ścieżki wokalne dużo lepiej pasują do kompozycji, niż to miało miejsce w poprzednich utworach. Momentami bardzo skocznie jest w Disturbed, ten zestaw nut opiera się nawet na niezłych pomysłach i posiada ponadto przyzwoitą solówkę. Jeśli kogoś rozpiera energia i ma ochotę sobie poskakać, to ten kawałek kierowany jest do niego. Album zamyka ballada o tytule Hate Parade. Trochę zbyt mało wyrazista jak na mój gust i jak na balladę też niewiele w niej "feeleingu". Cały album to w sumie nic specjalnego i ostatnia ścieżka nawet gdyby była rewelacyjna, niewiele by zmieniła.
Cóż, dałem się nabrać na fajną okładkę. Przy słuchaniu "po łebkach" płyta wydawała mi się stylistycznie podobna do Ignition brytyjskiej załogi z Redline, ale niestety po wnikliwym przesłuchaniu stwierdzam, że jednak daleko jej do dokonań Anglików. Jest mniej melodyjna, dość monotonna w swej jednolitości, do tego mało oryginalna. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek przyjdzie mi jeszcze ochota na sięgnięcie po ten krążek. Z pewnością fanów takiej stylistyki grania nie brakuje, jednak jak już sięgać po ten album, to na własną odpowiedzialność.
Oficjalna strona zespołu: www.dc4online.com