
Danny Danzi - Somewhere Lost In Time
Wydawca: Z Records / Renaissance / Marquee Avalon
Rok wydania: 1999
- Save Us
- Come To Me
- Lost Without Your Love
- Love Me Or Leave Me
- Is Love A Lie
- Somewhere Lost In Time
- All The Time
- Dirty Mean And Nasty
- Dreams
- Pop Goes The What
Skład: Danny Danzi- gitara rytmiczna i prowadząca, gitara basowa, śpiew, perkusja, instrumenty klawiszowe; Andy Slostad - gościnnie w 3 utworach partie gitar rytmicznych, instrumentów klawiszowych i chórki
Produkcja: Danny Danzi
Tym, co w dzisiejszych czasach zadziwia, jest fakt hołdowania klasycznym tradycjom hair metalu i hard rocka przez niektórych muzyków. Takim muzykiem jest z pewnością Danny Danzi, który wziął na siebie trud nagrania całej płyty prawie że samemu. Zagrał na wszystkich instrumentach, sam zaśpiewał i w dodatku jeszcze album samodzielnie wyprodukował. Pewnym mankamentem krążka jest właśnie jego produkcja, ale wiadomo, że po domowym studiu nagrań wiele spodziewać się nie można. Tytuł Somewhere Lost In Time wskazuje na zagubienie się w czasie. A w jakim czasie warto się zagubić według Danziego? Oczywiście w latach osiemdziesiątych...
Save Us zaczyna się dość monumentalnie od partii organ kojarzących się z dokonaniami Bacha, lecz nie ma w tym nic dziwnego, bo i sam utwór ma religijne podteksty. Mając za sobą już kilkakrotne przesłuchanie płyty muszę stwierdzić, że jest to najlepsza kompozycja na tym albumie. Kierując się samym głosem wokalisty pomyślałem sobie, że śpiewa tu ktoś nieco starszy od młodzieńca na zdjęciach w booklecie. Jednak pozory czasem (a może zazwyczaj) mylą. W roli multiinstrumentalisty i wokalisty Danny Danzi wypada nadzwyczaj dobrze. Szczególnie dobre są tu partie perkusji i gitar, które najlepiej wypadają w solówce. Całość brzmi dość ciężko, gdyż gitary zostały dość nisko zestrojone i dodatkowo podbito w nich rejestry basów. Come To Me zaopatrzone zostało we wstępie w dość chwytliwy gitarowy riff. Ponownie czuć tu powiew lat '80, chociaż w brzmieniu czuć troszkę za dużo "piasku". Pierwsze skojarzenie po odsłuchaniu zwrotek i refrenu przynosi na myśl grupę Rainbow, zwłaszcza zaś czasy, gdy śpiewał w niej Joe Lynn Turner. Solówkę Danny zagrał w stylistyce neoklasycznej i porównanie do Yngwiego Malmsteena również jest tu nieuchronne. Intro do Lost Without Your Love to "ogniskowa" balladka, lecz trwa ona krótko, bowiem kolejne dźwięki to już... hmmm... Znów skojarzenia z Rainbow, ewentualnie z wczesnym Alcatrazz. Love Me Or Leave Me zaczyna się od dość pretensjonalnie odśpiewanego tytułu "a capella". Niestety utwór jest dość sztampowy i sprawia wrażenie, jakby jego naczelną ideą było "byleby do przodu". Na szczęście początkowe rytmy Is Love A Lie udowodnią jeszcze, że Danzi zna się na muzycznym rzemiośle. Gdyby nie fatalne brzmienie, mógłby to być wielki hit w stylu lat osiemdziesiątych. Jest tu ciepło odśpiewana zwrotka, przebojowy refren i niebanalna solówka, słowem dobra hair metalowa struktura kompozycji. W tytułowym Somewhere Lost In Time większy nacisk położony został na ilustracyjne klawisze w połączeniu z czystymi brzmieniami gitar. Sama produkcja tego numeru jest dużo lepsza od reszty setu, bardziej balladowa, choć nie aż tak przebojowa. Duży plus za solówkę. All The Time to bardzo dobra piosenka, ogólnie bardziej dynamiczna, z miłym dla ucha refrenem. W złotej erze hair metalu niczym szczególnym by się nie wyróżniała, ale jak na dzisiejsze czasy jest to miód dla uszu. Odmienną strukturę ma Dirty Mean And Nasty. Rytmicznie bardziej przypomina dokonania grup glam metalowych, zwłaszcza Poison z czasów Flesh & Blood, a także w pewnym stopniu solowe dokonania Davida Lee Rotha. Akustyczny wstęp do Dreams w pierwszej kolejności nasuwa skojarzenia z balladami Mr. Biga. Wnętrze utworu, a szczególnie jego refren i solówka pełne są nawiązań do muzyki country, chociaż partie gitar oczywiście grane są na przesterze. Może więc za to złudzenie odpowiedzialna jest charakterystyczna artykulacja... Płacz dziecka, a potem zakręcone gitary to receptura na instrumentalny kawałek Pop Goes The What. Danny Danzi przypomniał sobie tutaj, że żadna płyta hard rockowa nie może się obyć bez typowo gitarowego wymiatania.
Trudno jest jednoznacznie ocenić zawartość tej płyty, bo spod nie najlepszej produkcji wyłania się kilka naprawdę bardzo dobrych pomysłów. Album z pewnością spodoba się fanom zespołów "przejściowych", takich jak Rainbow czy Alcatrazz, które wytyczały muzyczne ścieżki gdzieś między klasycznym hard rockiem a hair metalem drugiej połowy lat osiemdziesiątych.
Oficjalna strona artysty: www.dannydanzi.com