
Danger Danger - Screw It!
Wydawca: CBS / Sony
Rok wydania: 1991
- Ginger Snaps (Intro) / Monkey Business
- Slipped Her The Big One
- C'est Loupe (Prelude) / Beat The Bullet
- I Still Think About You
- Get Your S**t Together
- Crazy Nites
- Puppet Show
- Everybody Wants Some
- Don't Blame It On Love
- Comin' Home
- Horny S.O.B.
- Find Your Way Back Home
- Yeah, You Want It!
- D.F.N.S.
- Just What The Dr Ordered [w specjalnej edycji]
Dysk 2: [w specjalnej edycji]
- Boys Will Be Boys [Live]
- Bang Bang [Live]
- Groove Or Die [Live]
- Naughty Naughty [Live]
- Rock 'N' Roll Hochie Koo
Skład: Ted Poley - śpiew; Bruno Ravel - gitara basowa; Steve West - perkusja; Andy Timmons - gitara; Kasey Smith - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Bruno Ravel, Steve West i Erwin Musper
Kolejny krążek, który choć wyszedł dość późno, bezspornie można uznać za jedno z kluczowych wydawnictw amerykańskiego hard rocka z lat '80 (sama płyta pochodzi z 1991 r.). Danger Danger zdaje się odchodzić nieco od swoich AORowych korzeni znanych z debiutanckiego albumu i tutaj gra zdecydowanie ostrzej, aczkolwiek nadal melodyjnie. Jest to płyta bardzo wesoła, próżno szukać tu jakiegoś głębszego przesłania, wydawnictwo zdecydowanie rozrywkowe, zresztą sama okładka wskazuje, że nie można tego wszystkiego brać na poważnie.
Na start zapodano intro do tej okładki nawiązujące, wśród odgłosów rodem z dżungli słychać inne, należące do kochającej się pary. Rzut oka na wspomnianą okładkę i już wiemy, co to za para ;). Dalej mamy typowe hair metalowe dźwięki nadające się zarówno na domowe imprezy, jak i na występy w wielkich halach. Któż tak nie grał w owym okresie... Monkey Business brzmi nieco jak wczesny Warrant czy Trixter, podobnie grywało Trouble Tribe, gdzieniegdzie mamy podobieństwa do Slaughter, jeśli pominąć wokal, to nawet dosłyszeć można echa Poison. Obowiązkową techniczną solówkę zagrał A. Timmons, nie ukrywam, jak dla mnie osoba nr 1 w tym zespole. Wysuwająca się na czoło sekcja rytmiczna to znak rozpoznawczy kolejnego numeru - Slipped Her The Big One. Bas i perkusja pulsuje w stylu podobnym do niektórych kompozycji Def Leppard i Winger, do tego ostatniego nawiązuje także gitarowe solo. Panowie z Danger x2 zebrali tu chyba najbardziej charakterystyczne pomysły dla tego gatunku muzycznego, niejeden słuchacz nazwie to pewnie odgrzewanym kotletem, ale jak dla mnie jest to jeden z najlepszych kawałków na tym krążku. Krótkie akustyczne intro i przejście do Beat The Bullet. Hard rockowe riffy z wysokiej półki potwierdzają tylko doskonałe umiejętności Andy Timmonsa, sam utwór idealnie nadaje się do emisji radiowej, szkoda że żadna z wielkich stacji w dzisiejszych czasach już takich kawałków nie odgrywa. Każdy szanujący się zespół hard rockowy posiada w swym repertuarze balladę, także i tym razem ballady nie zabrakło. I Still Think About You mogłoby śmiało być grane przy ognisku, aczkolwiek IMHO wspaniale się go słucha z mocno podkręconych głośników, piosenka zyskuje wtedy jakiś dodatkowy magiczny wymiar. Niewątpliwie klasyka "ballad rocka", nic więc dziwnego, że pojawiła się na niejednej składance. Dla kontrastu następny w kolejności Get Your Shit Together to juz czysto rock'n'rollowy numer, zagrany nawet z nieco punkowym zacięciem. Podobnie grywały też takie grupy jak Skid Row, Warrant czy Vince Neil, ale tutaj dawka rock'n'rolla jest zdecydowanie większa, typowo rozrywkowy kawałek. Crazy Nites bardzo kojarzy mi się z dokonaniami KISS, chociaż tempo tego utworu jest akurat nieco szybsze, co czyni go bardzo dobrym kandydatem do odsłuchiwania podczas jazdy samochodem. Gdzieś pod koniec mamy jakby cytat ze znanego utworu Janis Joplin, naprawdę bardzo podobna melodia i slowa... Warto wspomnieć, że gitarzysta czyni tu cuda w solówce, ale jest to dopiero jakby rozgrzewka przed Puppet Show. Tutaj pan Timmons odgrywa swoje etiudy w zawrotnych tempach, pojawia się niejedno arpeggio, a wszystko podbite bardzo wyraźnym akcentowaniem. Hard rock to muzyka typowo gitarowa, więc nic dziwnego, ze pojawiły się tu takie wstawki, jakie ja zresztą osobiście uwielbiam. No i wraz z Everybody Wants Some mamy powrót do grania w stylu KISS z bardzo silną domieszką Queen. Czyż te perkusyjne rytmy nie nasuwają silnych skojarzeń z We Will Rock You?. Jakby hitów jeszcze było mało, zaraz po nim mamy kolejny rasowy hard rockowy radiowy utwór Don't Blame It On Love. To niesamowite, jak na jednym krążku można zmieścić tyle wspaniałych kompozycji. W owym czasie był to poniekąd zabieg marketingowy, bo jakoś przecież trzeba sprzedać płytę podobną do wielu innych, jakoś trzeba przykuć uwagę słuchaczy. Dziś jest to już rzecz rzadko spotykana, na krążkach nawet już coraz trudniej spotkać więcej niż jeden hit, ale też i nic w tym dziwnego, słuchacze jakoś rodzą się coraz mniej wybredni... Ballada, tym razem bardziej przypominająca styl country, może nawet aż za bardzo przypominająca ten styl - Comin' Home. Kompozycja jak najbardziej poprawna, ale słucham jej tylko czasami, jak najdzie mnie szczególny nastrój. Horny S.O.B. to bardzo energetyczny kawałek, przywodzący na myśl bardzo podobne dźwięki z Sure Feels Good To Me Warranta. Myślę, ze to bardzo dobry numer do odgrywania na koncertach dla rozgrzania publiczności i dla wymęczenia muzyków ;) Tempo jest tu naprawdę bardzo szybkie. Początek Find Your Way Back Home żywo przypomina nadjeżdżającą mobilna budkę z lodami, dalej to już typowa ballada. nie za dużo to tych ballad na jednym albumie, Panowie? Na szczęście w piosenkę wpleciono solówkę, która jest bardzo miła dla mojego ucha, więc zbytnio się nie gniewam. Yeah You Want It, a cóż to jest takiego? Jakieś Run DMC? No, to sobie chłopaki zrobił żart. Numer po części brzmiący jak muzyka pop, w przeważającej mierze rapowy, gdzieś w środku pobrzmiewa syntezatorowy głos "Let's get naughty" znany z debiutanckiego krążka, do tego jeszcze na wstępie głos jakiejś napalonej panienki. Muszę przyznać, że jest to żart bardzo udany, kto wie, czy gdyby ten kawałek zapodać fanom takiej muzyki, nie stałby się on hitem. Zabawy nigdy dosyć, mogłaby to być dewiza chłopaków z Danger Danger. D. F. N. S. to jakby śpiew podpitego towarzystwa gdzieś pod koniec jakiejś imprezy, tematycznie zresztą jest nawiązaniem do Get Your Shit Together, komuś tam nawet wydawało się, ze jest koniem ;)
Trudno jest znaleźć jakieś większe minusy na tym wydawnictwie. To naprawdę spójny krążek, chyba jeden z ostatnich zamykających pewną epokę i stylistykę grania. Już dwa lata później mało kto tak grał, a na pewno takie albumy nie wychodziły na masową skalę, warto więc cieszyć się tym, co już wyszło i retrospektywnie co jakiś czas wracać do takich płyt. Z czystym sumieniem polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.dangerdanger.com