
Danger Angel - Danger Angel
Wydawca: Perris Records
Rok wydania: 2010
- Com' On Rock Me
- Runaway Angel
- Poison Dreams
- I'll Be There For You
- Rebel Son
- Never Let You Go
- Hangover
- Together Forever
- The Rain
- Till The End Of Time
- Until The Morning Light
- 9202
- Burning Hearts
Skład: Jimmy Cage - śpiew; Ethan Chionos - gitara; Rudy Rallis - gitara basowa; Spiros Foussekis - gitara; George "AHAS" Lignos - instrumenty klawiszowe; Antonis Venieris - perkusja
Gościnnie: Jeff Scott Soto - śpiew w [6], Peggy Zarou - śpiew w [10]
Produkcja: Antonis Venieris, Ethan Chionos i George Priniotakis
Grecja nie słynęła nigdy z jakiejś zawrotnej liczby zespołów grających w stylistyce melodyjnego hard rocka czy AOR-u, a jednak może pochwalić się kilkoma grupami, którym takie granie dobrze wychodzi. Wśród tych załóg znajduje się Danger Angel, jednak jest to ekipa dość młoda. Z drugiej strony chłopaki grają bardzo profesjonalnie i przyznam szczerze, że poziom wykonawczy greckich muzyków bardzo pozytywnie mnie zaskoczył.
Zespół uformował się w Atenach latem 2006 r. Niewiele wiadomo, co działo się od czasu powstania grupy do momentu wydania debiutanckiego krążka, zatytułowanego zwyczajnie Danger Angel. Można się domyślać, że był to okres ciężkiej, wytężonej pracy nad materiałem, nie wykluczone że też szlifowania umiejętności technicznych. Pod tym akurat względem chłopaki od razu wskakują do pierwszej ligi wśród kapel grających tzw. "komercyjne" odmiany muzyki rockowej. Oczywiście same umiejętności to raptem dobry początek, nagrania Greków powinny być wsparte odpowiednia promocją, puszczane w radiu i telewizji, by ktokolwiek o nich usłyszał. Formacja na szczęście poważnie podchodzi do sprawy i zapowiada, że będzie w najbliższym czasie bardzo zajęta dawaniem licznych koncertów w celach promocyjnych oraz utrzymywaniem kontaktu z istniejącymi i przyszłymi fanami. Pierwszą rzeczą, jaka przykuła moją uwagę , był fakt, że wydawcą płyty jest wytwórnia Perris Records, słynąca przecież z edycji albumów sleazowo-glamowych. Najwyraźniej w dobie kryzysu wytwórnie poszerzają swoje oferty, bo i takie Frontiers też przecież dodało niedawno do swego katalogu klika pozycji ze sleazu i glamu, od którego do tej pory raczej stroniło. Drugą rzeczą, a właściwie pewnym wabikiem, jest tu aparencja w jednym z utworów Jeffa Scotta Soto, jak by nie było weterana sceny hard rockowej. A co gra Danger Angel, bo to jest tutaj najbardziej istotne? Coś pomiędzy melodyjnym hard rockiem a AOR-em. Ciężko powiedzieć dokładnie, gdyż linia między tymi gatunkami ugina się różnie w poszczególnych kompozycjach. Na przykład pierwsze w zestawie Com' On Rock Me nachalnie kojarzy mi się z dawnymi dokonaniami Bon Jovi, ale to głównie ze względu na bardzo charakterystyczne partie sekcji rytmicznej, a zwłaszcza gitary basowej. Z gitarami i klawiszami już bywa różnie, najczęściej na myśl przywodzą mi Honeymoon Suite, choć wszystko jest szybciej zagrane. Osobny paragraf należałoby poświęcić wokaliście, Jimmy'eu Cage'owi. W kilku miejscach spotkałem się z twierdzeniami, że jego głos to coś pomiędzy Lizzym Bordenem, Axlem Rosem a Ronem Keelem. Dość dziwna wyliczanka szczerze mówiąc, bo mnie on się nie kojarzy akurat z żadnym z wymienionych panów, ale też nie potrafię tak od razu łatwo porównać go do kogoś konkretnego. Gdybym już musiał szukać porównań na siłę, to wyszukałbym Billy'ego Idola oraz wokalistów z grup hiszpańskojęzycznych jak Hardreams, 91 Suite, czy Wharenaldo. Te kwestie zostawię otwarte, akurat dla mnie liczy się tylko fakt, że linie wokalne dobrze współgrają z resztą muzyki. A właśnie, zapomniałem dodać, że grupa gra kunsztownie i zespołowo, nikt się tu nie wybija do przodu, każdy ma swoje przysłowiowe "pięć minut". Stylistyka gry zmienia się wraz z drugim kawałkiem, Runaway Angel. Oczywiście nie diametralnie, nadal jest to granie melodyjne jak cholera. Tutaj większą rolę odgrywają klawisze, przez co numer wydaje się bliższy AOR-owi. Jestem niemal pewien, że gdyby kompozycję powałkować trochę w stacjach radiowych, oszalałaby na jej punkcie połowa świata. Czy wspominałem już, że wioślarz wycina miodne, oldschoolowe solówki? Poison Dreams urzeka mnie harmonijnymi współbrzmieniami nieprzesterowanych gitar i wyraźnie słyszalnych linii gitary basowej. Byłoby to wyśmienite nagranie i bliskie doskonałości, gdyby gardłowy lepiej przyłożył się do swojej roboty. Brakuje mi tu po prostu porywających refrenów i przynajmniej zgrabnie odśpiewanych zwrotek. Ale to tak naprawdę jedyny mankament, reszta składników w piosence jest cudna. Bardzo słodkim kawałkiem jest balladowe I'll Be There For You. Początek ścieżki wybitnie celuje w publiczność amerykańską, dalej to już różnie. Zmieniają się też linie wokalne, zwłaszcza w urzekających refrenach. Jimmy śpiewa tu trochę jak Tony Harnell, z tym że nie próbuje wchodzić w najwyższe rejestry, jak to robił Tony. Po "harleyowym" wstępie Rebel Son spodziewałem się jakiejś szybkiej i ostrej kompozycji, ale nic takiego tu nie mamy. Raczej dostajemy typowy, przebojowy numer, osadzony w stylistyce hair metalu lat '80. Myślałem, że o takie aranżacje nikt już w dzisiejszych czasach się nie pokusi, a tu proszę, Grecy nagrali utwór jakby żywcem wyjęty z epoki jakże bliskiej sercom fanów melodyjnego hard rocka. W Never Let You Go śpiewa Jeff Scott Soto (Talisman, Yngwie Malmsteen, Axel Rudi Pell, Takara - to tak, dla przypomnienia) i cóż, nie spodziewałem się, że kiedykolwiek będę musiał dojść do stwierdzenia, że Jimmy Cage śpiewa od niego lepiej! Może zwyczajnie Jeff się nie postarał, może miał mało czasu na zaaranżowanie swoich partii... Numer tak czy inaczej powinien spodobać się miłośnikom AOR-u. Hangover mimo kilku smaczków w środku wydaje mi się pozycją słabszą od wcześniejszych, ale muszę dodać, że wiele kapel sporo by dało, by na swoich płytach mieć takie wypełniacze jak ten. A jeszcze więcej grup dałoby się posiekać, byleby tylko mieć "hity" podobne do tego numeru. Dalej mamy Together Forever, które rozpoczyna się riffem rodem jak z Whitesnake z 1987 r., ale dalej grupa gra już łagodniej, no i wokale wcale Coverdale'a nie przypominają. To nie zarzut w żadnym razie, po prostu wstęp nastawia słuchacza w pewnym kierunku, lecz dalsze nuty wyprowadzają go na inny tor. Może bliżej temu do dokonań TNT. The Rain to coś w rodzaju radiowej ballady. Znów można się zastanawiać, dlaczego nikt tego w radiu nie puszcza. Przeklęta moda, przeklęte układy. Piosenkę polecam głównie przedstawicielkom płci pięknej i co wrażliwszym facetom. Dobrą pościelówką jest też Till The End Of Time, gdzie Jimmy'ego wspiera wokalnie niezbyt mi znana Peggy Zarou. Szkoda tylko, że na płycie umieszczono dwie ballady z rzędu, jedna po drugiej, bo jednak wolę, jak takie kawałki są poprzeplatane z jakimiś szybszymi pozycjami. Podoba mi się ścieżka o tytule Until The Morning Light. Nagranie w tempie średnim, z bardzo ciekawymi aranżacjami, jakich zapewne nie powstydziłyby się ekipy grające symfoniczny progmetal. Miewał takie rzeczy i Malmsteen. Czymś wspaniałym jest instrumentalna miniaturka ochrzczona tytułem 9202. Cały utworek to popis kunsztu klawiszowca i zarazem doskonały kontrargument dla tych pseudokrytyków, którzy wysuwają głupie tezy, że muzycy rockowi nie potrafią grać, nie znają nut itp. Jakże udaną płytę zamyka piosenka Burning Hearts, utrzymana w raczej wolnym tempie. Słychać, że wokalista miał wiele znakomitych pomysłów, choć nie zawsze możliwości jego strun głosowych pozwoliły mu je w pełni zrealizować. Kawałek pod wieloma względami wręcz znakomity.
Kolejny krążek, obok którego fan melodyjnego hard rocka / AOR-u nie może przejśc tego roku obojętnie. W grze Danger Angel słychać, że muzycy sami słuchają na co dzień zespołów z tego samego gatunku i że czują to, co robią. Grecy udowadniają, że jak ktoś uważa, iż melodyjny rock umarł i nie może wrócić, to jest w wielkim błędzie. Cudowne melodie, rewelacyjne solówki. Oby wychodziło więcej takich albumów. Można kupować w ciemno.
Oficjalna strona zespołu: www.dangerangel.gr
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/dangerangelrock