
Annihilator - Alice In Hell
Wydawca: Roadrunner Records
Rok wydania: 1989
- Crystal Ann
- Alison Hell
- W.T.Y.D.
- Wicked Mystic
- Burns Like A Buzzsaw Blade
- Word Salad
- Schizos (Are Never Alone) (Parts 1 & 2)
- Ligeia
- Human Insecticide
- Powerdrain [Demo]
- Schizos (Are Never Alone) (Parts 1 & 2) [Demo]
- Ligeia [Demo]
Skład: Jeff Waters - gitara prowadząca, gitara rytmiczna, gitara klasyczna, gitara basowa, chórki; Ray Hartmann - perkusja; Randy Rampage - śpiew, chórki
Gościnnie: Dennis Dubeau - chórki; Anthony Brian Greenham -gitara; Wayne Darley - gitara basowa, chórki; Rolly Markwort - chórki; Paul Malek - chórki; Petra "Nelly" Wilson - chórki
Produkcja: Jeff Waters
Mam ogromny sentyment do debiutu Annihilatora, nawet mimo faktu, iż druga płyta Watersa i spółki jest pod wieloma względami dużo lepsza. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem Alice In Hell, od razu intuicyjnie wiedziałem, że to cholernie dobra kapela, z najwyższej półki. Teraz, pomimo upływu lat, zdania nie zmieniłem i nadal uważam, że Annihilator technicznie bił na głowę większość thrashowych zespołów tamtego okresu.
Grupę Annihilator założył w Ottawie w 1984 r. gitarzysta Jeff Waters. Ówczesny skład poza Jeffem tworzyli John Bates,Paul Malek i Dave Scott, ale po przeprowadzce do Vancouver Waters odtworzył zespół wraz z innymi muzykami. Formacja nagrała kilka demówek, z których jedna, czteroutworowa, dotarła do wytwórni Roadrunner Records i zapewniła chłopakom kontrakt płytowy. Debiutancki album Alice In Hell ukazał się w 1989 r. udowadniając, że i Kanada może poszczycić się wykonawcami z gatunku szybkiego i technicznego thrash metalu. Mało kto wie, ale materiał na pierwszy krążek był w zasadzie gotowy jeszcze na rok przed podpisaniem kontraktu, a tworzyły go nagrania demo, na których śpiewał jeszcze sam Jeff. Na potrzeby płyty długogrającej zdecydowano się jednak zatrudnić do obsługi mikrofonu Randy'ego Rampage'a, wcześniej basistę w zespole D.O.A.. Wydawnictwo sprzedawało się bardzo dobrze i w owym czasie było zresztą najlepiej sprzedającą się płytą spośród wszystkich debiutów wydawanych przez Roadrunnera (ponoć sprzedano 250 tys. egzemplarzy). A co grał wtedy Annihilator? Z pewnością thrash metal, jak już pisałem bardzo techniczny, nieco podobny do tego, co grały wówczas kapele z Bay Area jak choćby Testament, z tym że Waters umyślił sobie grać dużo szybciej i z dużo większą dawką melodii (słychać to szczególnie w solówkach i innych wstawkach). Płyta rozpoczyna się nadzwyczaj łagodnie od balladowego, akustycznego Crystal Ann. Jest w tym coś neoklasycznego i zapewne niejeden naśladowca Malmsteena nie powstydziłby się tej króciutkiej miniaturki. Dalej flagowy numer tego wydawnictwa, Alison Hell, opowiadający ponoć prawdziwą historię dziewczynki, która oszalała. Na początku lat '90 zdarzyło mi się zajechać taśmę magnetofonową na śmierć odsłuchując ten numer kilkadziesiąt razy z rzędu. Do tej pory piosenka pozostaje jedną z moich ulubionych kompozycji z repertuaru Annihilatora. Początek i kilka pierwszych zagrywek ogrywałem później na gitarze w ramach wprawki. Niby to proste, a jakże efektowne, czemu sam na to nie wpadłem - myślałem sobie wtedy. Ale podobają mi się tu też głosowe wynurzenia Rampage'a (zupełnie nie rozumiem, czemu tak go krytykowano) i przede wszystkim niesamowita solówka, a zwłaszcza jej druga część i przejście z niej do kolejnego odśpiewania zwrotki. Szybki speed/thrash mamy w W.T.Y.D., czyli "Welcome to your death". Podobne zagrywki miała w swym wczesnym etapie kariery Pantera, ba, nawet brzmienie między obydwoma zespołami było podobne. Z drugiej strony w drugiej połowie lat '80 to i Megadeth lubiło sobie pokręcić riffy i pogalopować. Waters rozhasał się za wiosełkiem, nie ma co. Mimo swej ostrości, kawałek dość przebojowy. Tempa ekipa nie zamierza zwalniać wraz nadejściem Wicked Mystic. Znów thrash metal, zagrany szybko, niemal z manierą speed metalową. Nie popisał się tu zbytnio wokalista, mógł z większym pomysłem zaaranżować swoje partie, nie zrobił jednak tego i utwór nieco na tym traci (chociaż są tu momenty, gdzie śpiewa na wzór Jona Olivy z Savatage i tych akurat się nie czepiam). Dla mnie główną atrakcją są tu zagrywki gitarowe około drugiej minuty i następujące po nich solo. Burns Like A Buzzsaw Blade to dość specyficzny numer. Kojarzy mi się z wydanymi wcześniej krążkami niemieckich formacji Assassin i Vendetta, de facto też zaliczanymi do nurtu techno thrash. W podobnym okresie grało tak wiele kapel, łączyło je techniczne podejście do sprawy i zamiłowanie do młócki, stąd i nazwa tego podgatunku. Kolejne w zestawie Word Salad pokazuje sprawność, z jaką zespół potrafi łączyć fragmenty bardzo melodyjne z bardziej thrashową rzeźnią. Podobają mi się też tutejsze aranże wokalne Rampage'a; choć do primadonn on nie należy, to akurat do takiej muzyki jego głos zwyczajnie pasuje. W niemalże instrumentalnym Schizos (Are Never Alone) (Parts 1 & 2) zawsze najbardziej kręcił mnie sam tytuł, zaiste schizole nigdy nie są sami i mają z kim pogadać ;). A tak poza tym sam utwór jest niczego sobie, chwilami słychać fascynacje Slayerem oraz speed metalowymi galopadami (fragmenty nawet podobne do Cacophony się trafiają). Ligeia to taki thrash, który powinien spodobać się fanom Testament, Anona i innych grup z Bay Area. Mnie akurat ten numer niezbyt kręci, moim zdaniem jest tu typowy właśnie dla kapel z okolic San Francisco przerost formy nad treścią - jest technika, jest ostrość, a wpadających w ucho melodii kompletnie brak. Z kolei Human Insecticide kojarzy mi się nieco z naszym polskim Katem, który podobne ścieżki miewał na swojej pierwszej płycie i późniejszych zresztą też. Dlatego jak słyszę takie zagrywki, to odruchowo próbuję tam postawić za mikrofonem Kostrzewskiego. Gitary nie grają niczego, czego by nie grały we wcześniejszych kompozycjach, natomiast moją uwagę zwraca wybijający się tu i ówdzie bas. Remasterowane wydanie krążka zawiera jeszcze trzy utwory bonusowe. Powerdrain w wersji demo może przywoływać na myśl wczesne nagrania Slayera, Bathory i Venom. Kto by pomyślał, że Waters i z takimi rzeczami jest obeznany. W zasadzie nie mam nic przeciwko temu, po prostu nie jest to jeszcze ten Annihilator, jakiego znamy. Dalej Schizos (Are Never Alone) (Parts 1 & 2) również w wersji demo, cóż, posłuchać można, choć akurat tutaj brzmienie mamy bardziej surowe, niemal garażowe. Z drugiej strony warto się zastanowić, ile tak naprawdę daje porządna produkcja. Nieco lepiej pod względem brzmieniowym wypada Ligeia i choć trudno to sobie wyobrazić, nagranie demo jest znacznie ostrzejsze od tej samej pozycji w edycji studyjnej. Poza tym linie wokalne tym razem są odśpiewane bardziej charczącym głosem, bliższym growlingu, tak więc drodzy death metalowcy, to jest coś dla Was. Mnie udało się kupić wydanie łączone - w jednym opakowaniu umieszczono dwie pierwsze płyty Annihilatora w wersjach zremasterowanych i polecam właśnie tę edycję obu krążków. Nawet już nie ze względu na dodatki, a na wspaniałe brzmienie remastera, bo to, co się wylewa z głośników, to po prostu coś wspaniałego.
Co tu dużo mówić, płyta klasyka w gatunku thrash metalu. Kto lubi takie grupy jak Megadeth, Vendetta, Assassin, Pantera (ta wczesna i ta późna), czy Testament, obok tego krążka też nie może przejść obojętnie. Dobre, techniczne granie i zarazem udana rozgrzewka przed genialnym albumem Never Neverland. Czy dzieło Watersa polecam? Proszę o nie zadawanie pytań retorycznych.
Oficjalna strona zespołu: www.annihilatormetal.com