
Treat - Coup De Grace
Wydawca: Frontiers Records / 101 Distribution / Universal Music
Rok wydania: 2010
- Prelude - Coup de Grace
- The War Is Over
- All In
- Paper Tiger
- Roar
- A Life To Die For
- Tangled Up
- Skies Of Mongolia
- Heaven Can Wait
- I'm Not Runnin'
- No Way Without You
- We Own The Night
- All For Love
- Breathless
Skład: Anders Wikström - gitary, chórki; Robert Ernlund - śpiew; Jamie Borger - perkusja; Nalle Påhlsson - gitara basowa, chórki; Patrick Appelgren - instrumenty klawiszowe, gitary, chórki
Produkcja: Anders Wikström i Patrick Appelgren
Po latach niebytu szwedzka formacja Treat reaktywowała się w 2006 r. i wydała składankę typu "the best of" pod tytułem Weapons Of Choice. Na kolejne, szóste już dzieło studyjne (jeśli odliczyć jedną płytę złożoną z bootlegu i odrzutów studyjnych oraz składankę) trzeba było jednak poczekać do roku 2010, ale czekać było warto. Coup De Grace to solidny album, pełen dobrych melodii i z pewnością miły dla ucha.
Grupa powstała w 1983 r. w Sztokholmie i zadebiutowała dwa lata później wydawnictwem Scratch And Bite, do 1992 r. wydając łącznie 5 albumów i potem znikając ze sceny. W czasie "niebytu" perkusista Jamie Borger grał w szeregach Talisman, podczas gdy główny kompozytor i gitarzysta Anders Wickström komponował dla innych wykonawców, by wyliczyć tylko Gotthard, Gotthard, Agnes i 'N Sync. W powrotnym składzie zespół wita ponownie Roberta Ernlunda, wokalistę znanego z pierwszych kilku płyt szwedzkiej ekipy, także klawiszowiec Patrick Appelgren ma swój spory udział w powstaniu nowego krążka, również jako współproducent części materiału. Nowym nabytkiem jest basista Nalle Påhlsson, którego niektórzy mogą kojarzyć z występów w Zan Clan i ostatnio w Vindictiv. Sam zespół wypowiada się nadzwyczaj pozytywnie o swoim obecnym dziele, Wikström wyjawia, że właśnie taki materiał jego ekipa chciała wydać od samego początku i twierdzi, że rozmyślała o tym od 25 lat (czyli od czasu wydania pamiętnego debiutu Scratch And Bite), ale potrzebowała do tego dojrzeć. Zanim nacieszymy ucho, proponuję zerknąć na wspaniałą oprawę graficzną bookletu i materiałów promocyjnych. Członkowie zespołu prezentują się w historycznych kostiumach żołnierzy rodem z epoki napoleońskiej i robi to pozytywne wrażenie, zwłaszcza w czasach, gdy mało kto już przywiązuje uwagę do wizerunku scenicznego i gdy w mainstreamie panuje ogólna tandeta. Muzyka z kolei to melodyjny hard rock z dużym naciskiem na przykuwające uwagę linie wokalne. Mógłbym wprawdzie ponarzekać na zbyt małą ilość gitarowych riffów, bo dominują tu akurat partie gitary rytmicznej, ale co tam, głos wokalisty plus różne "smaczki" i tak rekompensują te niedostatki. Płytę otwiera nastrojowe intro - Prelude - Coup de Grace. Delikatne, ilustracyjne, klawiszowe podkłady, a na ich tle przemowy polityków. Ten epicki spokój burzy bardziej dynamiczna kompozycja The War Is Over. Podkłady tutaj kojarzą mi się nieco z dokonaniami Pink Cream 69, ale wokalnie bliżej temu do bardziej znanych rodaków kapeli - grupy Europe, a wszystko razem łatwo by porównać do grania szwedzkiego Eclipse, gdzieś spomiędzy płyt Second To None a Are You Ready To Rock. Nieco inaczej jest przy okazji All In, tutaj już bliżej do AC/DC, Krokusa czy Kix i innych formacji, chociaż należy zaznaczyć, że znów linie wokalne są cholernie melodyjne. Czy to źle? W żadnym wypadku; tak trzymać chłopaki! na pozycji czwartej mój osobisty faworyt z tego krążka - Paper Tiger. Łączą się tu wpływy wszystkich gatunków muzyki rockowej, z jakich znana jest Skandynawia. Mamy więc AOR-owy refren, melodyjno-progmetalowy wstęp i hard rockowe zagrywki, również typowe dla szwedzkich wykonawców (pobrzmiewa mi tu nieco M.ill.ion i może dlatego numer od razu do mnie trafia). Tajemniczego początku do Roar mogłoby pozazdrościć kolegom po fachu takie Savatage, ale sam kawałek to jednak zupełnie inna bajka. Kojarzy mi się trochę ze wspomnianym już Eclipse. Nie robi na mnie takiego wrażenia jak poprzednik, ale za to doceniam melodyjne wokale w refrenach. Dalej grupa raczy nas całkiem udaną balladą o tytule A Life To Die For. Ballada jak to ballada, chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, czym taki utwór może się różnić od typowych rockerów. Wiadomo, wolniejsze tempo, dużo klawiszowych podkładów, łagodniej grające gitary. Pewne momenty piosenki przywołują mi na myśl cytaty z Homeland, jakie popełniło Europe na krążku Prisoners In Paradise. Mocnym riffem zaczyna się Tangled Up i właśnie fanom ostrzejszego grania będę ten numer polecał, co nie znaczy, że nagle kapela przestała grać melodyjnie. Nic z tych rzeczy, nadal pozostajemy przecież w ramach tego samego gatunku. To też jedna z moich ulubionych pozycji na płycie. Skies Of Mongolia również robi wrażenie, głównie ze względu na ozdobniki. Miło jest słyszeć połączenie mocnego uderzenia z klimatycznymi klawiszami, gdzie całość faktycznie może się kojarzyć z mongolskimi stepami. Nasuwają mi się tu jakoś analogie do M.ill.ion i ich Fires Of Siberia... Przy okazji Heaven Can Wait dyskretne ukłony w kierunku twórczości zespołów zza oceanu, oczywiście tych grających tam w latach '80. Taki hard rock zagrany trochę na nutę popową, jakiego zawsze dobrze się słucha. Z kolei w I'm Not Runnin' mieszają się wpływy grania gdzieś spomiędzy kapel niemieckich (np. Bonfire) i skandynawskich (choćby Eclipse). Nastrojowa piosenka, może jakoś nieszczególnie ambitna, ale również ciesząca ucho. Do bardziej typowych rockerów wraca Treat w kompozycji No Way Without You. Jak ktoś ma ochotę pobujać się na parkiecie w rytmach rock'n'rolla, to ten numer będzie dobrym kandydatem, by zapodać go na wieży. We Own The Night ma w sobie coś z Def Leppard pożenionego z Aviatorem i Diving For Pearls. Bardzo radiowy kawałek i gdyby go tak jakaś stacja zechciała wyemitować kilka(naście) razy, to jestem niemal pewien, że i w dzisiejszych czasach stałby się przebojem. Zresztą pewien potencjał na komercyjny hit ma w sobie również przedostatni w zestawie All For Love. To taki europejski AOR, podobne rejony próbowała eksplorować w zeszłym roku inna szwedzka ekipa - Covered Call. Album zamyka nagranie Breathless, które plasuje się gdzieś w stylistyce z pogranicza Whitesnake i Eclipse. Melodyjny hard rock wzbogacony o klawisze, może nie dzieło sztuki, ale w roli ostatniej piosenki w secie raczej rzadko spotyka się perełki.
Dopiero połowa czerwca, do końca roku jeszcze dużo czasu i nie wiadomo, jakimi wydawnictwami uraczy nas Anno Domini 2010, ale już teraz jestem niemal pewien, że Coup De Grace pojawi się w moim zestawieniu tegorocznych "beściakow". Porządne i przemyślane dzieło, które nie zawiedzie fanów melodyjnego hard rocka. Punkt dla Treat.
Oficjalna strona zespołu: www.treatnews.com