
Impellitteri - Wicked Maiden
Wydawca: Metal Heaven / Victor Entertainment / Loen Entertainment
Rok wydania: 2009
- Wicked Maiden
- Last Of A Dying Breed
- Destruction
- Garden Of Eden
- The Vision
- Eyes Of An Angel
- No More School
- Wonderful Life
- Holy Man
- The Battle Rages
Skład: Rob Rock - śpiew; Chris Impellitteri - gitary; James Amelio Pulli - gitara basowa; Brandon Wild - perkusja i instrumenty perkusyjne
Produkcja: Chris Impellitteri i Greg Reely
Choć wprawdzie do europejskiej premiery dziewiątego długogrającego krążka w karierze Impellitteri pozostał jeszcze miesiąc, nic nie stoi na przeszkodzie, by posłuchać wydania japońskiego... Po płytę sięgnąłem z kilku powodów. Przede wszystkim całkiem przyzwoita płyta solowa powracającego do zespołu Roba Rocka i jego rewelacyjna aparencja z albumem Driver bardzo rozbudziły mój apetyt. Druga sprawa, to kwestia reklamy, jaką Chris robił wokół dzieła odgrażając się, że to będzie coś epokowego jak "jedynka" Van Halen, Master Of Puppets Metalliki, malmsteenowskie Rising Force, czy Cowboys From Hell Pantery, a do tego jeszcze jego album ma z tymi wydawnictwami rywalizować.
Szczerze mówiąc, nie śledziłem jakoś szczególnie poczynań Chrisa i jego grupy, ostatnią płytą wysłuchaną przeze mnie w całości było słynne Screaming Symphony od której wydania minęło przecież ponad 10 lat. W międzyczasie słyszałem jakieś sample z Crunch, nie przypadły mi one jednak w ogóle do gustu, a nieprzychylne recenzje prasy całkowicie zniechęciły do przesłuchania całości. Czas dać grupie wirtuoza kolejną szansę, pomyślałem. No właśnie, Chris Impellitteri to gitarzysta-wirtuoz, słynący z piekielnej wręcz szybkości poruszania się po gryfie gitary, we wszelkich rankingach próbujących mierzyć takie prędkości plasuje się na samym szczycie, albo bardzo blisko szczytu. Miałem przyjemność nie tylko słyszeć, ale też i widzieć, jak Chris wymiata na jego instruktażowej kasecie video i przyznam, że to naprawdę robi wrażenie. Impellitteri wydaje się prawie nie unosić palców nad gryfem i tylko przesuwać rękę wzdłuż i wszerz. Ze względu na ciągoty neoklasyczne i liczne stosowanie arpeggiów często Chrisa porównuje się do Yngwiego Malmsteena (są tak jakby konkurentami, przynajmniej zawodowo, bo nie wiem, czy prywatnie)), jak i równie często poddaje się go z tego samego powodu krytyce. Kiedyś Impellitteri powiedział, że potrafi zagrać wszystko to co Yngwie i w dodatku kilka razy szybciej. Malmsteen miał rzekomo zripostować: "Tak, ale czy potrafi zagrać coś swojego?". Ale wróćmy do samego albumu, nad którym pracowano 3 lata, a który nosił roboczy tytuł Good And Evil i został ostatecznie przemianowany na Wicked Maiden. Wedle zapowiedzi miało być na nim dużo shredderskich solówek, krzykliwych wokali, zapadających w pamięć riffów, ciekawych słów i potężnej sekcji rytmicznej. Tytułowa ścieżka w zasadzie to potwierdza, może poza tymi zapadającymi w pamięć riffami i ciekawymi słowami. Rob Rock faktycznie krzyczy jak za dawnych lat, a solówki poziomem technicznym potrafią zabić niejednego adepta gitarowej sztuki. Gitary brzmią nieźle, widać kręcenie gałkami pomaga w uzyskaniu odpowiedniego dźwięku, choć odczuwalna jest cyfrowa ingerencja w efekt końcowy. łezka się w oku kręci za analogowymi latami osiemdziesiątymi, ale cóż, nie można mieć wszystkiego na raz. Last Of A Dying Breed jeszcze bardziej ciągnie w stronę nowoczesności, lecz ze względu na swa rytmikę wydaje się mniej monotonne. Otwierająca numer zagrywka żywo kojarzy mi się z podobnymi patentami w twórczości Children Of Bodom, zupełnie jak bym słuchał którejś z płyt Finów i jak dla mnie jest to akurat plus. Pod względem gitarowym świetnie wypada też refren, linie wokalne jednak trochę kuleją, za to solówka Chrisa tradycyjnie powala na kolana. Impellitteri pokazuje w kolejnym Destruction, że pomysłów mu nie brakuje i że wciąż wiele znaczy w świecie tradycyjnego metalu, za to pomału zaczynam wątpić w możliwości aranżacyjne Roba. Jego wokale w tym utworze wydają mi się jakieś takie nijakie. Znów kawałek ratują palce Chrisa z partiami solowymi, jakie powinny usatysfakcjonować miłośników neoklasycznego power metalu. Garden Of Eden ma w sobie coś z "niemieckiego" hard'n'heavy, zupełnie jakby próbował równocześnie dotrzeć do fanów Pink Cream 69 i sympatyków ostatniego krążka Sinnera. Niby numer jest strukturalnie prostszy od poprzedników, a jakoś bardziej do mnie trafia. Może to ze względu na ten brak galopad, może ze względu na riffy bliższe hard rockowi, najprawdopodobniej jedno i drugie na raz. Chris nie byłby chyba sobą, gdyby nie pofolgował neoklasyce, a szczerze mówiąc, to wychodzi mu to ostatnio lepiej niż Malmsteenowi. Jedną z moich ulubionych kompozycji w zestawie jest The Vision, które podoba mi się już od pierwszych nut. Także tutaj nie obyło sie jednak od pewnych mankamentów, mianowicie znów za mało postarał się Rob Rock. Jego partie przywodzą mi na myśl te słabsze pozycje z ostatniego albumu Lizzy Borden, zresztą gitarowo w podobne rejony robi sobie wycieczki i Chris. Mam nadzieję, ze to nie jest jakiś ogólny trend, bo ten typ grania nie robi na mnie szczególnego wrażenia. Wspaniałym numerem jest od początku do końca Eyes Of An Angel i takiej stylistyki powinni się panowie cały czas trzymać. Chris gra hardrockowo, Rob śpiewa jak należy, sekcja też robi swoje. Ten utwór mogę z czystym sumieniem polecić wszystkim tym, którzy pokochali płytę Sons Of Thunder Drivera. Album rozkręcił się na całego, bo dobrą robotę mamy też w rozbujanym No More School. Muzyka rockowa połączona z szybciej zagranymi bluesowymi taktami potrafi produkować właśnie takie rozrywkowe kawałki - tym razem rzecz godna polecenia fanom pierwszych dwóch płyt Firehouse. Pozycją dobrze trafiająca w mój obecny gust jest z kolei Wonderful Life, czyli taka mieszanka progresu z neoklasyką i graniem trochę pod Children Of Bodom, oczywiście nadal z melodyjnymi wokalami (aż trudno uwierzyć, że to ten sam Rock, co piszczał na początku wydawnictwa), nadal z wymiataniem Chrisa. Do twórczości wspomnianych przed chwila Finów też silnie nawiązuje Holy Man, chociaż w środku piosenka idzie moze w nieco inna stylistykę. Zresztą to już któraś z rzędu ścieżka sprawiająca, że zaczynam ten album traktować jako jedna z najlepszych płyt w dyskografii... Children Of Bodom (lub też Sinergy). Jak ktoś pamięta takie płyty jak Hatebreeder czy Follow The Reaper, będzie wiedział, co mam na myśli. Ostatnie w zestawie The Battle Rages spełnia definitywnie zapowiedź odnośnie tych mających zapadać w pamięć riffów, seria zagrywek po tajemniczym intro naprawdę może się podobać. Aż trudno wytrzymać bez rytmicznego tupania nogą w podłoże i człowiek zastanawia się, czy aby nie zostać perkusistą. Może nie jest to jakaś szczególna rewelacja, ale numer ma w sobie to coś.
Wyglada na to, że Chris Impellitteri odkrył na nowo Children Of Bodom, bo ze wspominanymi we wstępie kapelami i ich twórczością ten krążek zbyt wiele wspólnego nie ma. Wbrew chęciom gitarzysty nie będzie to też zapewne żadna kluczowa płyta dla historii rozwoju gatunku metalu czy rocka, z pewnością jednak jest to jedno z najlepszych wydawnictw roku 2009, jakie do tej pory słyszałem i niewątpliwie będę do niego często wracał. Najwięcej perełek czai się na drugiej połowie płyty, dlatego radze nie sugerować się pierwszym utworem. Album ostry i melodyjny, kto lubi takie granie, niech czym prędzej sięga po ten zestaw nagrań.
Oficjalna strona zespołu na MySpace: www.myspace.com/impellitteriofficialsite