
Annihilator - Set The World On Fire
Wydawca: Roadrunner Records / Epic / Metal Mind Productions
Rok wydania: 1993
- Set The World On Fire
- No Zone
- Bats In The Belfry
- Snake In The Grass
- Phoenix Rising
- Knight Jumps Queen
- Sounds Good To Me
- The Edge
- Don't Bother Me
- Brain Dance
- Hell Bent For Leather [bonus w edycji japońskiej i limitowanej]
- Phoenix Rising (acoustic version) [bonus w limitowanej edycji]
Skład: Jeff Waters - gitary, śpiew w [10]; Aaron Randall - śpiew; Neil Goldberg - gitara; Wayne Darley - gitara basowa; Mike Mangini - perkusja
Gościnnie: Ray Hartmann - perkusja w 4, 7]; Rick Fedyk - perkusja w [5]; Mark Lafrance - chórki w [5]; David Steele - chórki w [5]; Norm Gordon - chórki w [10]; The Annihilettes - chórki w [6, 10]; John Webster - instrumenty klawiszowe w [5]
Produkcja: Jeff Waters
Po wydaniu albumu Never, Neverland trzeba było czekać aż trzy lata na kolejne dzieło Jeffa Watersa i jego ekipy. Połowa składu Annihilatora znów uległa zmianie, lecz na tym zmiany się nie skończyły. Większe znaczenie dla fanów tej kanadyjskiej kapeli może mieć fakt, iż spora część nowego materiału brzmi łagodniej od tego thrashu, jaki zespół prezentował np. na swoim debiucie. Z drugiej strony połowa utworów wcale daleko nie odbiega od stylu płyty Never, Neverland.
I tak na przykład otwierające krążek, tytułowe Set The World On Fire to wciąż techniczny i zarazem melodyjny thrashowy numer, jakich na poprzednim albumie było wiele. Znajdą się i nawiązania do Alice In Hell, jeśli zważyć na sposób, w jaki śpiewa tu nowy, obdarzony ponoć trzyoktawową skalą głosu wokalista Aaron Randall. Z jego gardła wydobywają się podobnie wykrzyczane dźwięki, jak niegdyś robił to Rampage. By cały kawałek nie epatował agresją i zakręconymi riffami, wpleciono tu i ówdzie słodkawe wstawki na wzór ballady i szczerze mówiąc wyszło to nawet nieźle. Już początek No Zone zdradza, że ścieżka mogłaby spokojnie znaleźć się na Never, Neverland, z tym że znów mamy tutaj te ostre zaśpiewy Randalla. Zwrócę uwagę na gitarowe zagrywki w połowie utworu i bliżej solówki - czyż nie kojarzą się one z jakże charakterystycznym stylem gry Megadeth? Zresztą kolejne w zestawie Bats In The Belfry też kojarzy mi się jakoś z ekipą Mustaine'a, mniej więcej z czasów płyty Countdown To Extinction. Oczywiście nie brak tu i typowego Annihilatora, co słychać w łamaniach rytmu, no i ciekawostka - w niektórych partiach utworu doszukałem się nawet wpływów ... Dokken. Interesujący sposób na śpiewanie obrał sobie wokalista, bo raz śpiewa czystym głosem, a raz alteruje go dźwiękami wykrzyczanymi. Ale Annihilator to nie tylko thrashowo-speedmetalowe grzanie, bo grupa potrafi grać też całkiem składne ballady. Ot, choćby znaczna część Snake In The Grass opiera się na balladowych brzmieniach (nie gorszych niż np. te od Mr. Biga), mimo iż tu również załoga Watersa nie mogła się powstrzymać od łamania rytmów i nie chciała pozostać w "pościelowej" stylistyce od początku do końca nagrania. Na pozycji piątej umieszczono kapitalną kompozycję Phoenix Rising, której mogę słuchać na okrągło bez końca. Powalająca na kolana ballada, która mogłaby przy odpowiedniej promocji wynieść zespół na szczyt list przebojów. Rewelacja. Trochę przypomina mi to jakże lubiane przez mnie pościelówki Lillian Axe. Słów mi brakuje, by oddać geniusz tej piosenki. No, po prostu przepiękna rzecz, posłuchajcie jej koniecznie! Dalej powrót do thrash metalu i stylistyki podobnej do Megadeth, czyli Knight Jumps Queen. Fajnie pulsuje tutaj bas, potem trochę wywijasów na styl albumu Alice In Hell i nawet Randall barwą głosu często brzmi tu bliźniaczo do Rampage'a. Dobra ścieżka do głośnego zapuszczenia i "moshowania", jeśli ktoś uważa, że jego bębenki w uszach są w stanie to wytrzymać. Wracamy do ballad i mamy jeszcze jedną zachwycającą pościelówkę o tytule Sounds Good To Me. Tym razem wyczuwam pewne podobieństwa do Fates Warning, co dla mnie akurat jest plusem. Muszę pochwalić Watersa, bo prawdę mówiąc niewiele zespołów thrashowych potrafiło komponować ballady nie ustępujące tym pochodzącym od ekip hair metalowych. The Edge to rocker od pierwszych dźwięków powalający swoją melodyką. Przypomina mi to takie szybciej i po "annihilatorsku" zagrane Dokken. Przy okazji pochwalę i Aarona Randalla, bo w tym repertuarze jego głos spisuje się naprawdę świetnie, słychać, że gość śpiewa z czuciem. Kto wie, czy on takiej muzyki sam nie słucha na co dzień. Miłośnicy hard rocka / hair metalu mogą śmiało sięgać po ten kawałek. Don't Bother Me jest takie trochę niezdecydowane - Waters zastanawia się, czy grać pod Megadeth, czy może pod wczesną Panterę, ale nie brakuje tu i funkowo-hard rockowej rytmiki specyficznej dla Extreme. Do tej pory nie wspomniałem w zasadzie o solówkach, ale to tylko dlatego, że na płycie Annihilatora nie ma prawa nie być wspaniałych i melodyjnych solówek. W ogóle pod względem technicznym cały album po prostu zachwyca. Komu mało thrashu, ten niech skosztuje Brain Dance, gdzie początek i kilka innych motywów to wypisz-wymaluj czasy Alice In Hell. Z kolei tu i ówdzie, mianowicie w zwrotkach, pojawia się kilka hard rockowych riffów i wszystko tu do siebie pasuje. Niespodzianką są "schizofreniczne", lecz zarazem pełne humoru chórki w środku nagrania, które trochę przypominają mi słynny komedio-horror "Army Of Darkness". Moja edycja krążka na tym nagraniu się kończy, ale ciekaw byłem, jak sobie Waters i spółka poradzą z coverem utworu Judas Priest, jaki wpierw dostali Japończycy, a potem nabywcy limitowanej edycji w digipacku. Z szybką pomocą przyszedł mi serwis YouTube i teraz już wiem, że w walce z klasykiem Judasów Annihilator nie tylko nie poległo, ale nawet zwyciężyło. Wersja Kanadyjczyków jest bardzo wierna oryginałowi, choć ostrzejsza, całe rock'n'rollowe szaleństwo zostało jednak zachowane, a gitarowe solo nabrało jeszcze wściekłości. To chyba dobra zachęta dla kolekcjonerów płyt, by sięgnąć po "japońca".
Chyba najbardziej melodyjna płyta Annihilatora i zarazem najbardziej zróżnicowana pod względem materiału. Z jednej strony sporo ech po dwóch poprzednich albumach, ale i zarazem dodatkowa dawka melodyjnego hard rocka, która z pewnością wydawnictwu nie zaszkodziła. Przypomniałem sobie ten krążek po latach (w dużo lepszej jakości niż kiedyś na kasecie) i stwierdzam, że jest to płyta "musisz mieć". Gorąco polecam i to nie tylko fanom Annihilatora.
Oficjalna strona zespołu: www.annihilatormetal.com