GUITARRIZER
Po bardzo udanym muzycznie roku 2007 nadeszła kolej na rewelacyjny 2008. Szczerze mówiąc tak udanego okresu jak ten nie było chyba od prawie 15 lat. Doskonałe płyty wyszły w wielu gatunkach muzycznych, przede wszystkim w tych związanych z profilem naszego serwisu. Pozycje te ukazywały się niemal lawinowo, tak więc rzadko kiedy zdarzało mi się sięgać po starsze nagrania i w mojej wieży niemal non-stop kręciły się nowości. O ile rok poprzedni zdawał się upłynąć pod sztandarami sleaze rocka, o tyle kolejny wydaje się należeć szczególnie do AORu i rocka/metalu progresywnego, choć oczywiście zaskoczyły nas i takie gatunki jak klasyczny hard rock. To jeszcze nie koniec dobrych wiadomości. Kraj nad Wisłą zaczęły coraz liczniej odwiedzać różne zespoły prezentujące swój repertuar w wersjach koncertowych. Oby tak dalej, zawsze dobrze jest skonfrontować materiał studyjny z tym, jak wypada on na scenie.
Wybranie 10 najlepszych krążków AD 2008 byłoby rzeczą niezwykle trudną, bo płyt godnych uwagi było chyba więcej niż tych słabszych, toteż postanowiłem pójść na łatwiznę i zamiast standardowej dziesiątki wymienić ich dwadzieścia. Kolejność nie jest szczególnie zobowiązująca, każda z wymienionych pozycji ma w sobie coś szczególnego i nie znalazła się tu przypadkiem. Oto moja lista:

1. Vindictiv - Vindictiv
Ekipa Lindholma zaskoczyła mnie zupełnie. Edman za mikrofonem przeszedł samego siebie i ciężko go poznać, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, jaką metamorfozę przeszedł od czasów, kiedy śpiewał u Malmsteena i Noruma. Szwedzi nagrali album bez wypełniacza, bardzo składny jako całość i pełen zapadających w pamięć melodii. Brzmieniowa i aranżacyjna perła. Pierwsze miejsce na liście zawdzięcza temu, że najdłużej gościła w moich głośnikach.

2. Seventh Wonder - Mercy Falls
Raz jeszcze Szwedzi. Muzycy zrobili sobie wycieczkę po kilku melodyjnych gatunkach muzyki rockowej i była to wycieczka udana. Ogromną rolę grają tu klawisze, choć i pozostałe instrumenty nie zostają daleko w tyle. Zespół bardzo ambitnie podszedł do sprawy i nagrał najlepszą pozycję w swej dyskografii. Co ciekawe, każda kolejna jak dotąd płyta była lepsza od poprzedniczki, nie mogę się więc doczekać kolejnej.

3. Driver - Sons Of Thunder
Album miał wyjść na początku lat '90, może i dobrze, że się wtedy nie ukazał, bo w 2008 jasno błyszczy wśród wydawnictw z pogranicza hard rocka i melodic metalu. Piosenki zostały dopracowane, przearanżowane, dokomponowano też kilka nowych w podobnym stylu, ale i zachowano różnorodność między kompozycjami. Już dawno nie słyszałem Roba Rocka w tak dobrej formie, dobrze jest też zobaczyć Roya Z w innej roli niż producenta. Krążek rozbudził mój apetyt i mam nadzieję, że zespół tym razem już nie zniknie ze sceny muzycznej na dłużej.

4. Marcello-Vestry - Marcello-Vestry
Był to silny kandydat do płyty roku i pewnie pozostałby na szczycie, gdyby nie to, że AOR nawet grany z hard rockowym zacięciem nigdy nie będzie tak ambitny jak wydawnictwa zahaczające o progres. Tak czy inaczej, płyta wspaniała, bez słabych utworów, pełna dobrych melodii, technicznych solówek, rewelacyjnie wręcz wyprodukowana. Panowie Ravel i Marcello trzymają klasę i aż chce się czekać na nowe wynurzenie Danger Danger, w którym obaj się przecież udzielają.

5. M.ill.ion - Thrill Of The Chase
To było pierwsze CD z ubiegłorocznych nowości, jakie usłyszałem i zakupiłem w wersji oryginalnej przez Internet nie mogąc doczekać się sklepowej premiery (w sklepach nie widzę go zresztą do tej pory). Im więcej razy płyty słuchałem, tym bardziej mi się podobała. Pikanterii dodaje fakt, że jest to jak dotąd najlepsze dzieło Szwedów, oby ich kiedyś słuchacze docenili, bo jak na taki staż, to nie są raczej zbyt popularni, a szkoda, według mnie to wielki zespół. Jedna z ostatnich ostoi prawdziwego hard rocka, z Hammondami. Szkoda też, że odszedł z grupy Jonas Hermansson, oby nowy gitarzysta nie był gorszy.

6. H.e.a.t - H.e.a.t
Jeszcze jedno wydawnictwo, na które czekałem niecierpliwie, zanim w ogóle wyszło. Podobał mi się pomysł fuzji dwóch różnych zespołów, by finalnie stworzyć projekt dużo wyższych lotów. Z pewną nadzieją patrzę na muzyków jako następców i kontynuatorów dawnego oblicza ich rodaków Europe. Płyta jak z lat '80, zasadniczo AORowa, choć nie brak i ostrzejszych momentów - właśnie te momenty podobają mi się najbardziej i życzyłbym sobie, by na kolejnym krążku grupa podążyła w takim kierunku. Niech to teraz ktoś przetłumaczy na szwedzki ;).

7. Uriah Heep - Wake The Sleeper
Trudno w to uwierzyć, ale Uriah jest jak wino, im starsze tym lepsze. Muzycy sprawili mi miłą niespodziankę nagrywając tak potężny materiał. Najlepszy album w kategorii "klasyczny hard rock w 2008 r.", w zasadzie rzecz bezdyskusyjna. Stara, dobra stylistyka, podana w dopieszczonej studyjnej oprawie. Rzecz dostępna jest też w formie analogu, a jakże, chwilami żałuję, że nie dysponuję adapterem, ale dzięki takim nagraniom zaczynam rozważać jego zakup.

8. Uli Jon Roth - Under A Dark Sky
To chyba najbardziej ambitny projekt, jaki słyszałem w ciągu ostatnich kilku lat. Uli pokazał już, że potrafi przearanżować i zagrać Vivaldiego, teraz bierze się za operę i próbuje dogonić Wagnera, co mu szczerze mówiąc całkiem nieźle wychodzi. Aż serce się kraje, że pod względem komercyjnym będzie to pewnie porażka, bo pod względem artystycznym jest to przecież arcydzieło. Apeluję do fanów Malmsteena i muzyki poważnej, by chociaż oni sięgnęli po ten krążek i w ten sposób uchronili go przed zapomnieniem.

9. Eclipse - Are You Ready To Rock
Sample z tego krążka usłyszałem dość wcześnie, więc wiedziałem, czego mogę się po nim spodziewać. Rewelacyjna kopia Whitesnake (którego wprawdzie w moim zestawieniu zabrakło, ale pomijam go z czystym sumieniem, gdyż niemal na pewno będzie na listach moich kolegów) z dodatkami a'la Europe, Malmsteen, czy nawet na upartego Mr. Big. Nie wiem, czy płyta ta wejdzie do jakiegoś kanonu klasyki melodyjnego hard rocka, ale jestem przekonany, że to jedna z najbardziej godnych uwagi pozycji wydanych po 2000 roku.

10. Joe Satriani - Professor Satchafunkilus And The Musterion Of Rock
Wirtuoz gitary wyrobił sobie u mnie opinię kolesia, którego kolejne wynurzenia można kupować w ciemno. Cokolwiek nagra, zawsze mi się podoba, zawsze mnie czymś zaskoczy. Tym razem hitem okazało sie promowane teledyskiem "I Just Wanna Rock", ze swym hard rockowym brzmieniem plasującym się blisko lat '70, także arcytajemniczy otwieracz w postaci "Musterion", ale nie tylko. Płyta ląduje w zestawieniu na niższych pozycjach dlatego, że do najlepszych albumów Joego jest jej jednak daleko, a wiem, że Satcha stać na więcej.

11. Silent Call - Creations From A Chosen Path
Po Vindictiv i Seventh Wonder jeszcze jedno dzieło łączące w sobie melodyjnego rocka z progresem. Z zakupem płyty zwlekałem spory czas, bo połowa ścieżek była w moim mniemaniu zbyt podobna do siebie. W końcu zamówiłem przez Internet, bo przecież w sklepach taki towar na półkach nie leży i teraz nie żałuję - spodobało mi się tu wszystko. Wielki plus za brzmienie i produkcję, mało kto przykłada do tego wagę w dzisiejszych czasach, kiedy to panuje "garażowy sound".

12. Bob Catley - Immortal
Szanowałem zawsze Magnum i Catleya, choć równocześnie podchodziłem do nich z dystansem. Dla mnie byli przede wszystkim pewnym symbolem wytrwałości, bo robili swoje bez względu na panujące mody. Namówiony przez redakcyjnego kolegę sięgnąłem po ten krążek o tytule kojarzącym mi się z jakimś black metalem i przeżyłem szok. Toż to bardzo dobrze wyprodukowany kawał melodyjnego hard rocka, który faktycznie wydaje się być nieśmiertelny. Dobrze, że jeszcze ktoś na brytyjskiej ziemi broni jej honoru w zalewie brit popu oraz tanich plastikowych gwiazdeczek jednego sezonu w branży i trzech sezonów w brukowej prasie.

13. Alice Cooper - Along Came A Spider
Alice może być dobrym przykładem na to, że po pewne rzeczy po jakimś czasie warto sięgnąć ponownie. Skreśliłem tego artystę z listy moich zainteresowań, kiedy ukazała się niezbyt według mnie udana płyta "The Eyes Of Alice Cooper", coś mnie jednak tknęło by po latach sięgnąć po "pająka". I pozytywne zaskoczenie. Krążek łączy w sobie klasycznego Coopera z tym z czasów "Hey Stoopid", do tego jeszcze teksty wydają się być całkiem interesujące, że nie wspomnę o wstawce kończącej płytę. Dla fanów Alicji rzecz obowiązkowa.

14. Brother Firetribe - Heart Full Of Fire
Krążek w mojej ocenie lepszy od dobrze przyjętego debiutu. Na jego niekorzyść przemawia zbyt duża liczba podobnych do siebie kompozycji, ale za to dwa utwory tutaj są jak dla mnie nieśmiertelne. Mówię o "Game They Call Love" i "Out Of My Head". Chętnie usłyszałbym cały album utrzymany w takiej stylistyce. Aż dziw bierze, że wioślarz marnuje się w jakimś Nightwishu.

15. Motörhead - Motörizer
Kolejną miłą niespodziankę zrobiła mi ekipa Lemmy'ego. Nie przepadałem za Motörhead, ich kompozycje trafiały w mój gust wybiórczo, toteż i dyskografię tej zasłużonej przecież grupy znałem po łebkach. Oto jednak motocykliści powrócili z nadzwyczaj udanym dziełem i o dziwo, ich materiał mi się od razu spodobał. Trafili w dobry okres, kiedy to wręcz zalany AORem szukałem czegoś prostego, ale energetycznego i mocnego zarazem.

16. Rockarma - Bring It!
Melodyjny hard rock / hair metal łączący w sobie najlepsze cechy Ratt, Poison, Danger Danger, China, Def Leppard... Czy trzeba lepszej rekomendacji? Zapełniaczy brak, no i można sobie przypomnieć przekrojowo, jak brzmiał hair metal w swych złotych latach. Dużo dojrzalszy materiał od debiutu, oby chłopakom starczyło pomysłów na jeszcze co najmniej dwie płyty, uznam ich wtedy za kapelę spełnioną. Jeśli ktoś szuka muzyki na party, po "Bring It!" powinien sięgnąć w pierwszej kolejności.

17. Steve Stevens - Memory Crash
Modzie na "staroświeckość" i "klasyczność" uległ też Steve Stevens, jeden z najbardziej poważanych przez mnie wioślarzy. Mało który gitarzysta operuje tak licznymi technikami wydobycia dźwięku z taką precyzją, a do tego ma jeszcze niewyczerpaną głowę pomysłów i potrafi poruszać się po odległych od siebie gatunkach muzycznych. Stevens ma u mnie plusa za miłość do hard rocka i flamenco oraz szacunek, że i progres nie jest mu obcy. Po tych wszystkich latach, kiedy to muzyka rockowa lat '80 była deprecjonowana przez niemal każdy większy magazyn muzyczny, wielkie brawa za odwagę i ukłon w stronę tego, co było dobre.

18. Michael Vescera - A Sign Of Things To Come
Mój ulubiony wokalista u Malmsteena i Grapowa wreszcie pozbierał się i nagrał album solowy z dokładnie takim materiałem, na jaki ja i pewnie inni fani czekałem. Podoba mi się to, że do współpracy zaprosił nie tylko uznane gwiazdy, ale i dał szansę mniej znanym muzykom. Podoba mi się fakt, że Michael sam zrealizował i wyprodukował swój krążek i chętnie w roli producenta go jeszcze kiedyś usłyszę. Nie ma się co oszukiwać, stare pokolenie dobrych producentów powoli się wykrusza i tacy goście jak Vescera czy Dennis Ward są na wagę złota.

19. Sister Sin - Switchblade Serenades
Hard rock, sleaze rock i niemiecki metal... Brzmi smakowicie i takież to jest. Główną atrakcją jest tu głos wokalistki Liv, ale i pozostali muzycy potrafią przemycić do twórczości grupy wiele wigoru. Jedyne, co mi trochę przeszkadza, to za mała różnorodność kompozycji i liczę na to, że ten mankament zostanie wyeliminowany na kolejnym, oby jeszcze lepszym krążku. Jeśli ekipa nie straci impetu, to jest szansa na najlepsze dzieło w ich dyskografii.

20. Kissin' Dynamite - Steel Of Swabia
Biorąc pod uwagę młody wiek muzyków tworzących tę niemiecką brygadę chyba wreszcie doczekałem się kapeli, która godnie może zastąpić w przyszłości weteranów sceny takich jak Helloween czy Accept, bo utwory oferowane przez chłopaków najbardziej przypominają te grupy. Członkowie zespołu mają zaledwie po 16-18 lat, a czują rocka i przede wszystkim prezentują nadzwyczaj wysoki w stosunku do swego wieku poziom techniczny. Oby nie popadli w rutynę, oby się nie zniechęcili, a wróżę im sukces.
Nie chcąc rozciągać zbytnio listy musiałem pominąć BARDZO WIELE godnych uwagi pozycji. By ulżyć memu sumieniu na szybkiego wspomnę tylko, że nadzwyczaj udanymi krążkami poczęstowali nas też m. in. Bonfire, Dokken, Silence, Frozen Rain, Gemini Five, Royal Hunt, Jorn, Yngwie Malmsteen, Hungryheart, Faithfull, H.A.R.D., Bombay Black, Starbreaker, Def Leppard, Sinner, Black Stone Cherry, White Lion, Tempestt, Wharenaldo...
Koledzy sugerowali, żeby poza zestawieniem najlepszych albumów roku wprowadzić też największe jego rozczarowanie. Moja lista rozczarowań nie będzie długa, po prostu w zalewie tak znakomitych wydawnictw nie rozwodziłem się zbytnio nad tym, co jest słabe, czy co nie wyszło. Przede wszystkim rozczarowały mnie nowe dzieła Jennifer Batten i Marty'ego Friedmana, nie dorównujące swoim poprzednikom. Zawiedli mnie Loud Lion i Danger Danger tym, że pomimo zapowiedzi ich krążki nie ukazały się w roku 2008. Oczekiwałem zapowiadanego po wieloletniej przerwie kolejnego solowego Vinnie Moore'a, którego premierę również przełożono, niestety. Może jakoś wytrzymam...
2009 zapowiada się również bardzo interesująco, poza wspomnianym dziełem Vinniego wyczekuję z niecierpliwością następcy udanego debiutu Vindictiv. Ostatnim albumem wbiło mnie w ziemię Lillian Axe i oto kolejną swoją odsłonę muzycy szykują właśnie teraz, poprzeczka wysoko, ale znając wcześniejszą dyskografię grupy jestem niemal pewien, że poniżej pewnego poziomu nie zejdą. Moi faworyci z Cornerstone też pomału zbierają pomysły na nowe wydawnictwo, szanse na jego edycję w ciągu najbliższych 12 miesięcy są wprawdzie nikłe, ale spróbuję wywiedzieć się więcej szczegółów u samego źródła... Mike Portnoy zapowiedział, że jego macierzysta załoga Dream Theater kończy nagrywanie czegoś, co ma być rzekomo podobne do niezapomnianego "Images And Words", dodam, że działa to na mnie jak płachta na byka. Apetyt po 2008 r. urósł i nie będę ukrywał, że spodziewam się niespodziewanego. Liczę na kolejnych uzdolnionych debiutantów, którzy wyjdą z ukrycia i pokażą światu, że melodyjny rock jeszcze nie umarł i umierać nie zamierza.