
Winger - Pull
Wydawca: Atlantic Records
Rok wydania: 1993
- Blind Revolution Mad
- Down Incognito
- Spell I'm Under
- In My Veins
- Junkyard Dog (Tears On Stone)
- The Lucky One
- In For The Kill
- No Man's Land
- Like A Ritual
- Who's The One
- Hell To Pay (tylko w japońskiej edycji)
Skład: Kip Winger - śpiew, gitara basowa, gitara akustyczna, instrumenty klawiszowe; Reb Beach - gitary elektryczne i akustyczne; Rod Morgenstein - perkusja
Produkcja: Mike Shipley i Kip Winger
Muszę się przyznać, że Winger należy do grona moich ulubionych zespołów. Nie dość, że w zalewie podobnie grających grup zdołał wypracować sobie własny i łatwo rozpoznawalny styl, to jeszcze umiejętności techniczne wchodzących w jego skład muzyków były również nieprzeciętne. Nie bez znaczenia jest też fakt, że formacja ta nie nagrała w swej karierze ani jednej słabej płyty, a w dodatku poszczególne wydawnictwa różniły się od siebie. Porządnie brzmiały też utwory, które zespół zamieścił na ścieżkach do filmów i nagrał na demówkach... Pull to trzeci krążek w dorobku Amerykanów. Niestety nie powtórzył on sukcesów poprzednich albumów, ale poniekąd spowodowane to było zalewem minimalistycznej muzyki grunge... Ot, publiczność zmieniła swe preferencje i nie była w stanie docenić wysokiego poziomu technicznego grupy.
Zacznijmy może od początku. Przede wszystkim płytę muzycy nagrywali w osłabionym składzie, bowiem wcześniej odszedł od nich gitarzysta Paul Taylor, który obsługiwał również instrumenty klawiszowe. Zespół by to jakoś zrekompensować, zatroszczył się o to, by partie gitar brzmiały bardziej wyraziście. Wprowadzono też więcej gitar akustycznych, na których zagrał zarówno Reb Beach, jak i Kip Winger. Zmieniła się nie tylko muzyka. Wraz z nią znacznie zmieniły się też teksty utworów - w warstwę tekstową wprowadzono więcej tematyki filozoficznej. Piosenki staly się bardziej smutne zarówno tekstowo, jak i brzmieniowo. Gdyby chcieć doszukać się podobieństw do poprzednich wydawnictw, można by je znaleźć w kompozycjach In My Veins i No Man's Land. Są to najszybsze kawałki na krążku, najbardziej wesołe i najbardziej energiczne. Reszta płyty zdominowana jest przez piosenki znacznie wolniejsze i gdy się ich słucha, łatwo popaść w zadumę. Może to i lepiej, bo dzięki temu wydawnictwo jest ambitniejsze i zyskuje ponadczasową wartość. Pierwsze dwie minuty w Blind Revolution Mad to interesująco zaaranżowane partie gitar akustycznych. Tworzy to specyficzny klimat, który nie opuszcza CD aż do jego końca. Jest dość ciężko, mrocznie, tajemniczo... Ponadto solówka udowodni wszystkim niedowiarkom, że przez ponad dwa lata, jakie upłynęły od wydania poprzedniego krążka, Reb Beach nie próżnował i należycie dbał o swą gitarową formę.Na drugiej pozycji znalazł się promujący album kawałek Down Incognito. Nadal utrzymuje się tu tajemniczy klimat, ale chyba nie to jest najważniejsze. Najważniejsze są tu pewne smaczki aranżacyjne, które zespół wręcz "przemycił". Doskonale zgrano w piosence partie gitary basowej z dźwiękami wydobywanymi z perkusji, wyróżnia się też rewelacyjna solówka zagrana na... harmonijce ustnej, obsługiwanej gościnnie przez Franka Latorre. Zagryweczki na harmonijce idealnie splatają się z podkładami granymi na gitarze akustycznej, a przy okazji zadziwia niebywałą klarowność brzmienia całości. Łatwo jest odróżnić linie melodyczne poszczególnych instrumentów, co moim zdaniem jest wielkim plusem całej płyty. Jakąś magię ma w sobie kawałek Spell I'm Under. Ponownie trzon piosenki bazuje na partiach gitar akustycznych, a jej siła tkwi w wysublimowanych proporcjach pomiędzy poszczególnymi instrumentami. Dźwięków nie jest ani za dużo, ani za mało, a te, które się tu znalazły, nie są dźwiękami pierwszymi lepszymi. Kolejny plus dla muzyków. Junkyard Dog (Tears On Stone) to najcięższa kompozycja na krążku. W zasadzie podchodzi to już pod thrash metal i doszukać się można podobieństw do Sacred Reich (czasy The American Way) czy Megadeth (z okresu Rust In Peace). Chyba na każdej płycie musi znaleźć się jakaś mniej ciekawa kompozycja. Na Pull jest nią The Lucky One - ponownie sięgnięto po brzmienia gitar akustycznych, w dodatku niektóre zagrywki przypominają utwór początkowy. Na szczęście zaraz po niej następuje In For The Kill. Najpierw trochę szmerów, później wchodzi pojawia się głos Kipa, któremu towarzyszą charakterystyczne dźwięki organów Hammonda. Ogólnie tempo piosenki utrzymane jest gdzieś pomiędzy wolnym a średnim, ponadto uwagę przykuwa ciekawa aranżacja gitar. Moim zdaniem jest to jedno z najlepszych nagrań na krążku. W średnim tempie utrzymane zostało Like A Ritual, a brzmienia ponownie stały się cięższe. Tym razem postawiono bardziej na rytmikę niż melodykę, chociaż tej drugiej oczywiście również nie brakuje. Płytę zamyka zdominowana przez gitary akustyczne ballada Who's The One. Nie pojawiają się tu gitary elektryczne, jak to miało miejsce w innych kawałkach, nie ma też tradycyjnej perkusji, są natomiast instrumenty perkusyjne. Japońscy fani otrzymali ponadto bonusowy utwór Hell To Pay, ale nie ma się tym co przejmować, bowiem pojawił się on po kilku latach na składance typu "the best of".
Po raz kolejny Winger potwierdził swoją klasę. Szkoda tylko, że album ukazał się w niekorzystnym dla ambitnej muzyki czasie i nie został doceniony jak jego poprzednicy. Krążek jest na tyle interesujący, że warto się w niego zaopatrzyć. Mój egzemplarz udało mi się dostać w Polsce, więc nie pozostaje audiofilom szukać tej pozycji w sklepach muzycznych i katalogach...
Oficjalna strona zespołu: www.wingertheband.com