W.A.S.P. - Helldorado

W.A.S.P. - Helldorado

Wydawca: Sanctuary Records / CMC International / JVC Japan
Rok wydania: 1999

  1. Drive By
  2. Helldorado
  3. Don't Cry (Just Suck)
  4. Damnation Angels
  5. Dirty Balls
  6. High On The Flames
  7. Cocaine Cowboys
  8. Can't Die Tonight
  9. Saturday Night Cockfight
  10. Hot Rods To Hell (Helldorado Reprise)
  11. Don't Cry (Just Suck) [Karaoke Mix] [japoński bonus track]
  12. Dirty Balls [Karaoke Mix] [japoński bonus track]

Skład: Blackie Lawless - śpiew, gitara; Stet Howland - perkusja, chórki; Mike Duda - gitara basowa, chórki, Chris Holmes - gitara

Produkcja: Blackie Lawless

W jakże niepomyślnym dla hard rocka roku 1999 postanowiła o sobie dać znać grupa W.A.S.P.. Album Helldorado jest drugim studyjnym krążkiem, na którym po powrocie zagrał gitarzysta Chris Holmes, "syn marnotrawny", który opuścił szeregi ekipy Blackiego jakieś dziesięć lat wcześniej. Płyta nie zrobiła furory nawet wśród fanów zespołu, co jest trochę niezrozumiałe, bowiem czuć na niej klimat z pierwszych wydawnictw znanych obrazoburców.

Fanom nie spodobała się nowa maniera wokalna Lawlessa, który teraz zaczął więcej krzyczeć. Cóż, mnie nie wydaje się być jego śpiew zbyt odległy od np. debiutu, a że jest tu więcej krzyku... Blackie po prostu postanowił udowodnić, że jego gardło jest wciąż wydolne. Krytykom muzycznym z kolei nie przypadł do gustu fakt, że materiał zawarty na płycie jest zbyt jednolity, przez co poszczególne utwory są mało zapamiętywalne. Z tym akurat mogę się zgodzić, chociaż większość kawałków to pozycje szybkie i należy przygotować się na jazdę bez trzymanki. Drive By to klasyczne już dla metalowych kapel intro rozpoczynające album. W tle słychać dźwięk odpustowych organ, warkot zapuszczanych silników, głos faceta zapowiadającego piekło i wreszcie uderzenie hamującego samochodu w jakiś stały obiekt typu mur. Właściwym rozpoczęciem krążka jest tytułowe Helldorado. Grupa uraczyła słuchaczy szybkim i dynamicznym rock'n'rolllem, więc zapinamy pasy. W partiach linii wokalnych udziela się tu silne deja vu związane z niegdysiejszym hitem formacji, Blind In Texas. Gdyby komuś przyszło do głowy wyjść na parkiet i skakać do rytmu tego numeru, musi zostać ostrzeżony, że bez dopalaczy typu Red Bull długo nie pociągnie. Niewiele od niego wolniejszym rockerem jest Don't Cry (Just Suck). Już sam tytuł nagrania sugeruje, że chłopaków nie opuściło poczucie humoru i zamierzają traktować teksty utworów z właściwą sobie wrażliwością. Rock'n'roll w czystej postaci, no może z wykorzystaniem ostrzejszego brzmienia gitar, ale to przecież żadna nowość, muzycy mieli już takich kawałków całą masę w swojej karierze. Swoją drogą, Holmes pokazuje w solówce, że też z wprawy nie wyszedł. Damnation Angels to kompozycja pierwsza klasa, może dlatego, że przypomina mi wspaniałe Hells Bells AC/DC. Spore podobieństwo głównych riffów, chociaż i wokalnie między obydwoma ścieżkami jakichś przepastnych różnic nie ma. W sumie Blackie mógł nagrać tu cover przeboju Australijczyków, finalnie nagrał coś nim inspirowanego i tak też jest OK. Klasyczne W.A.S.P. mamy w Dirty Balls. Słychać, że grupa "robi dobrze" fanom pierwszych płyt, bo ten numer mógłby się z powodzeniem znaleźć chociażby na debiucie kapeli. Znów tradycyjny rock'n'roll, do jakich zespół nas już przyzwyczaił, a dodatkowo Lawless ograniczył krzyki i śpiewa tak samo jak za starych, dobrych czasów. High On The Flames to jeszcze jeden dowód na to, że winyle AC/DC musiały znajdować się w płytowej kolekcji lidera. Brzmienie wprawdzie bardziej metalowe, ale i tak słychać, od kogo ekipa czerpała pomysły. Komu mało rockerów, ten ma kolejnego do dyspozycji. Szybciej, bardziej żwawo grają panowie w Cocaine Cowboys, hymnie pochwalnym na cześć słynnego narkotyku. Tutaj udziela się nie tylko klimat pierwszych wydawnictw zespołu, ale też ich brzmienie, barwa tonu gitar, a Blackie to już w ogóle śpiewa tu, jakby ani trochę od czasu debiutu się nie zestarzał. Momentami nagranie przypomina mi też Black Forever ze Still Not Black Enough. Z kolei podobna atmosfera udziela się w Can't Die Tonight, jeszcze jednym szaleńczo szybkim rock'n'rollu. I tu właśnie nie sposób pozbyć się wrażenia, że druga część płyty to klonowanie jej początku. Kompletnie nic nowego, ot stare patenty, tyle że odgrzane i polane nieco innym sosem, który i tak jednak smakuje podobnie. Saturday Night Cockfight jest może nieco wolniejsze, ale i tak utrzymane w podobnym klimacie. Zwraca uwagę już sam przewrotny tytuł, który oznacza nie tylko walkę kogutów, ale i walkę fiutów. Zresztą sam Blackie w tekście oznajmia bez żenady wszem i wobec, że tej sobotniej nocy swego zwierza trzymać na smyczy nie zamierza ;). Płytę udanie zamyka kawałek o tytule Hot Rods To Hell (Helldorado Reprise). Jakichś niespodzianek nie ma, numer jest zgodny z ogólną filozofią wydawnictwa, czyli "miej wszytko gdzieś i baw się dobrze". Japończycy dostali jeszcze dodatkowo dwie ścieżki będące wersjami karaoke do Don't Cry (Just Suck) i Dirty Balls. Nie posiadam tego wydania, ale podejrzewam, że brak owych ścieżek to dla europejskiego odbiorcy żadna strata.

Wedle słów Blackiego Lawlessa miał to być album powracający do stylistyki z debiutu W.A.S.P. i niewątpliwie w znacznym stopniu zamysł ten został zrealizowany. Miło było dostać tak klasycznie brzmiący krążek w czasach, gdy nu-metal szalał w najlepsze, a telewizja i radio pełne były plastikowych gwiazdeczek muzyki tanecznej. A prawdziwym fanom płyta i tak się spodoba, zresztą polecam ją wszystkim lubiącym rock'n'rolla w jego przybrudzonej postaci.

Oficjalna strona zespołu: www.waspnation.com