
Warrant - Dirty Rotten Filthy Stinking Rich
Wydawca: CBS / Columbia / Sony
Rok wydania: 1989
- 32 Pennies
- Down Boys
- Big Talk
- Sometimes She Cries
- So Damn Pretty (Should Be Against the Law)
- D.R.F.S.R.
- In The Sticks
- Heaven
- Ridin' High
- Cold Sweat
Skład: Jani Lane - śpiew; Joey Allen - gitara; Erik Turner - gitara; Jerry Dixon - gitara basowa; Steven Sweet - perkusja
p> Produkcja: Beau Hill
Plotka głosiła, że wszystkie partie gitar na tym krążku nagrał Mike Slamer, gitarzysta znany z takich grup jak Streets czy Slamer, jego żona potwierdziła ponoć, że faktycznie udzielał sie on na tym wydawnictwie. Czy jednak były to wszystkie partie, tego nie wiadomo po dziś dzień. Patrząc na debiut Warranta z perspektywy czasu stwierdzam, iż dzieło to jest jednak trochę przeceniane. Kilka utworów jest raczej średnio ciekawych, choć oczywiście i tutaj znalazło się nieco przebojów.
Ścieżki wokalne pan Lane dogrywał już po nagraniu całej płyty . Spowodowane to było ponoć tym, że Jani przeżył załamanie nerwowe (opisał to w jednej z piosenek na kolejnym krążku) i przez to wydanie albumu rozwlekło się w czasie. W sumie nie ma to większego znaczenia, bowiem wokale zazwyczaj i tak dogrywane są na samym końcu. Większość sesji nagraniowych wygląda tak, że najpierw perkusista nagrywa swoje partie z towarzyszeniem metronomu, potem basista dogrywa ścieżki basu, następnie do studia wchodzą gitarzyści, a na samym końcu wokalista. Proces nagrań i miksów i tak z reguły zabiera od kilku tygodni do kilku miesięcy (pomijam nagrywanie "na stówę", gdzie cały zespół gra wszystko na raz, a potem próbuje się to jakoś prostować i robić nakładki, ale profesjonalne kapele tak nie robią). Wróćmy do zawartości albumu. Bardzo udany start z początkiem 32 Pennies i tą jajcarską króciutką solóweczką we wstępie, zresztą standardowe solo też trzyma wysoki poziom. Jani śpiewa tutaj wyśmienicie, muzyka też niczego sobie, przyczepiłbym się do brzmienia gitar. Brzmią trochę w sposób przytępiony, matowy, mało soczyście, gdybym siedział za konsoletą, albo gdybym miał dostęp do wzmacniaczy, dodałbym więcej konturu, więcej przesteru. Tak jak jest, wypada to trochę nieszczerze, jakby ugrzeczniono kawałek na siłę. Mimo wszystko numer znakomity. Jeden z promujących album utworów, czyli Down Boys ma oczywiście to samo brzmienie, wydaje się być troszkę za bardzo glamowy w strukturach. To jest właśnie ten przereklamowany numer, bo na płycie znajdują się w moim odczuciu dużo lepsze. Solówka gitarowa też jest jakby wymęczona na siłę, ale oglądając ciekawy teledysk nie trudno się domyślić, że to kompozycja typowo koncertowa, nastawiona bardziej na widowiskowy pokaz, z jakich zresztą Warrant słynął. Dalej kolejny przereklamowany numer w postaci Big Talk. Strukturalnie przypomina to piosenkę w stylu country, którą przerobiono tak, by brzmiała jak kompozycja rockowa. Nie powiem, katastrofa to nie jest, nawet mi się to podoba, ale znów to fatalne brzmienie gitar... Ballada Sometimes She Cries to jeden z najbardziej znanych hitów z tego wydawnictwa i jeden z najlepszych numerów. Chłopaki z zespołu doskonale spisują się w takich kompozycjach, co potwierdzą jeszcze na następnym krążku. Typowo radiowy kawałek, stworzony pod duże rozgłośnie i szerszą publikę. Wyciąłbym tylko z niego ten przesterowany początek, bo nie za bardzo pasuje do reszty, ale ogólnie ujdzie, więc nie będę marudził. Rasowy rock'n'roll i zarazem najszybsza pozycja w zestawie to So Damn Pretty (Should Be Against The Law). Zastanawiam się, czemu nie wybrano tego numeru na promowanie całego wydawnictwa, przecież nadałby się i do radia (melodyjny i ze "słusznym" czasem trwania) i na koncerty. Lubię tu dosłownie wszystko, riffy napędowe, sposób śpiewania Lane'a i silną, dobrą solówkę. Tytułowe D.R.F.S.R. to chyba największa kompozycyjna porażka tego krążka. Riffy zmajstrowane jakby na siłę, kompletny brak pomysłu i jakiegokolwiek konceptu, broni się jakoś solówka, choć za słabo jest ona wyeksponowana, producent, jak słychać, też tym razem się nie spisał. No i jak można było wybrać tę pioseneczkę na utwór tytułowy... In The Sticks to dobry numer z myślą o koncertach, zwłaszcza silny początek i ciekawy pomysł na riff, niestety znów brzmienie gitar jest do bani. Do tego jeszcze Jani śpiewa tak, jakby przez tydzień nic nie jadł, co fatalnie psuje całość. Na szczęście odpowiednio głośne słuchanie tej kompozycji jakoś ratuje całą sytuację. Jakkolwiek w przypadku ballady dziwnie zabrzmi określenie "za łagodna", właśnie taka jest zwrotka w Heaven, zbyt przesłodzona. Za to refren to już małe dzieło sztuki, słychać, że muzycy włożyli w to nieco serca, solówkę też z kolei mogli sobie podarować, chociaż jej zakończenie jest przednie. Trochę jak pod AC/DC, ale z kowbojskim zacięciem zagrany jest Ridin' High. Można go potraktować jako zapowiedź płyty Cherry Pie, bo tam takich kawałków będzie więcej. Poprawiło się znacznie brzmienie, wreszcie jest takie, jakie powinno być na całym albumie, dobra robota. Także sam kawałek do mnie trafia, tak trzymać. Mocną koncówkę krążka przyszykowali chłopaki, bo na zamknięciu zapodali Cold Sweat, który jest tu moim faworytem. Sleazujący numer z Lanem w świetnej formie, ciekawy refren i ogólnie Warrant jakiego lubię. Szkoda tylko, że brzmieniowo znów miałbym te same uwagi, co na początku recenzji. Trochę ostrzej, panowie, trochę ostrzej, proszę!
Warrant był kapelą, o którą walczyło kilka wytwórni płytowych i w sumie nie dziwię się, bo jak na debiut, materiał tutaj prezentowany jest całkiem dobry. Połowa utworów bardzo dobra, z resztą to już różnie, ale dla tych kilku porządnych pozycji warto mieć tę płytę. Jak by nie było, klasyka hair metalu.
Oficjalna strona zespołu: www.warrantweb.net