
Van Halen - Van Halen II
Wydawca: Warner Bros / WEA
Rok wydania: 1979
- You're No Good
- Dance The Night Away
- Somebody Get Me A Doctor
- Bottoms Up!
- Outta Love Again
- Light Up The Sky
- Spanish Fly
- D.O.A.
- Women In Love...
- Beautiful Girls
Skład: David Lee Roth - śpiew; Alex Van Halen - perkusja; Eddie Van Halen - gitary elektryczne i akustyczne, chórki; Michael Anthony - gitara basowa, chórki
Produkcja: Ted Templeman
Na swój drugi krążek Van Halen nie kazało fanom długo czekać, bo Van Halen II ukazało się w niecały rok po poprzedniku. Część materiału pochodzi jeszcze z czasów sprzed debiutu i jego wersje można znaleźć na wczesnych demówkach formacji. W nagraniach i produkcji wzięła udział ta sama ekipa co uprzednio, jednak stylistycznie album różni się nieznacznie od "jedynki".
Zapewne jest to rzecz gustu, ale uważam, że tutejsze piosenki nie są już tak przebojowe jak na pierwszej płycie Van Halen, co nie znaczy, że tamtym dużo ustępują. Tam brzmienie gitar było bardziej "soczyste", a z samych kompozycji uderzała niesamowita energia. Tym razem zespół zmienił nieco reguły gry, chociaż oczywiście w pewnym stopniu nowy materiał nawiązuje jakoś do starszych nagrań. Na debiucie sporo było coverów i tutaj również zamieszczono cover You're No Good. Piosenkę tę skomponował Clint Ballard Jr chyba jeszcze w latach '60, a najbardziej znana jest z wykonania Lindy Ronstadt. Nie zachwycił mnie jakoś oryginał, a i wersja ekipy Eddiego też nieszczególnie robi na mnie wrażenie. Wydaje mi się, że sam gitarzysta traktował ten numer jako taki eksperyment, próbę sprawdzenia brzmienia swego instrumentu i zabawę z pogłosami i sprzężeniami. W solówce Edward udowadnia bezsprzecznie, że był jednym z najlepszych wioślarzy owego okresu. Lee Roth śpiewa we właściwy sobie sposób, który nazywam "broadwayowym", bo kojarzy mi się z musicalami. Nie jest to coś, za czym bym przepadał, ale muzyk ten zawsze miał talent do dobierania sobie znakomitych gitarzystów, a to oni akurat przyciągają moją uwagę. Dance The Night Away przypomina stylistycznie nagrania z pierwszej płyty zespołu, choć pozbawione jest tamtej energii i ogólnie jest mniej drapieżne. Numer bliski jest późniejszym dokonaniom solowym Davida, zwłaszcza tych nagranych ze Stevem Vaiem. Zresztą sam wokalista przyznał się, że jest kompozytorem tego utworu i twierdzi, że napisał go na cześć pewnej kobiety, która po seksie w samochodzie uciekała przed policją i założyła majtki niewłaściwą stroną. Dodam jeszcze, że gitarowo i brzmieniowo sporo z tego wziął Vito Bratta i jego White Lion. Za to Somebody Get Me A Doctor to już takie Van Halen, jakie lubię. Powraca energia i drapieżność znana z debiutu. Swoją drogą, ten kawałek był już obecny na demówkach grupy z 1976 r., a wersja, która się znalazła na tym krążku, dużo nie różni się od tamtej. Tak więc mamy wyrazisty i zdecydowany, gitarowy riff, a wtóruje mu pulsująca sekcja rytmiczna. Również Eddie pokazuje w solówce, że pomysły mu się jeszcze nie skończyły, że nie wypalił się po pierwszej płycie. Niezłe jest też następne w kolejce Bottoms Up!, chociaż dubluje pomysły z kilku ścieżek z "jedynki". Akurat nie mam nic przeciwko temu, bo tę grupę wolę w sprawdzonym repertuarze. W nagraniu mamy kilka specyficznych podkładów rytmicznych, które później pożyczy sobie Joe Satriani, jak by nie było, pewnego rodzaju kontynuator stylu gry Edwarda. W Outta Love Again z kolei sam gitarzysta robi ukłon w stylu Jimiego Hendriksa, od którego podpatrzył kilka patentów. Mnie najbardziej podobają się tu duety Alexa i Michaela, co ci panowie robią razem w tym kawałku, to po prostu coś niesamowitego (a podkłady pod solówkę to już w ogóle mistrzostwo świata). Niejedna współczesna kapela mogłaby się od nich uczyć, bo sekcja rytmiczna niekoniecznie musi wybijać proste rzeczy i robić tylko tło dla wioślarza, a może brać aktywny udział w tworzeniu całej aranżacji utworu, dokładnie tak jak tutaj. Light Up The Sky to szybsza kompozycja w zestawie i zarazem jedna z bardziej typowych dla muzyki hard rockowej. Zwracają uwagę wysokie zaśpiewy Lee Rotha (który zazwyczaj preferuje śpiewanie w niższych rejestrach) oraz specyficzne aranżacje chórków. W solówce Eddie sobie poszalał, ale kto zna twórczość zespołu, ten wie, że to przecież żadna nowość, albumy Van Halen wręcz z założenia miały pokazywać biegłość techniczną tego gitarzysty. Osobny paragraf należy się małemu arcydziełu, mianowicie ścieżce zatytułowanej Spanish Fly. Jak dla mnie rewelacja. Nagranie zarejestrowane na gitarze akustycznej, nieco na wzór muzyki flamenco, z dużą ilością artykulacyjnych smaczków typu flażolety naturalne, silne akcenty, delikatne i agresywne granie, a do tego jeszcze całość w jakiś magiczny sposób faktycznie wedle tytułu kojarzy się z nieprzewidywalnym torem lotu muchy. Ciekawe, co by na to powiedział Paco De Lucia, jak dla mnie prawdziwa bomba. D.O.A. pokazuje, że pod koniec lat '70 hard rock miał się dobrze wbrew temu, co przekazują muzykolodzy. Muzyka disco i pop była w natarciu, ale jak słychać, rock też nie opuścił swoich pozycji. Ostry riff, ale i głos Lee Rotha świadczą, że nawet nie mogło być mowy o porzuceniu broni i że wciąż była wola walki (a w kilka lat później melodyjne odmiany hard rocka nawet wdarły się do mainstreamu). W Women In Love... znów rządzi Eddie. Podziwiam go za to, co tu robi, bo pokazuje, jak wielkie możliwości ma gitara. Przy użyciu pogłosów i kilku prostych sztuczek generuje bardzo efektywne zagrywki, do których inni pewnie zaprzęgliby elektronikę, albo w studiu dodawaliby kolejne nakładki. Jedynie partie wokalne Lee Rotha nie pasują mi tu do całości i psują ogólny odbiór tego zacnego kawałka. Ostatnie w zestawie jest Beautiful Girls i mamy tu powrót do bardziej typowego grania jak na ten zespół. Nie jest to może nagranie wybitne, raczej taki vanhalenowy standard, który dobrze się komponuje z resztą setu i w uszy nie kłuje. Nawet "mówione" linie Davida jakoś szczególnie mnie tu nie drażnią.
Jak można się było spodziewać, również tym razem Eddie zadbał, by na krążku nie zabrakło różnego rodzaju smaczków i perełek. Komu podobał się debiut Van Halen, ten nie będzie ani trochę zawiedziony i zapewne z radością przyjmie kolejne dzieło ekipy z Pasadeny. Fanom Edka i maniakom hard rocka płytę oczywiście polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.van-halen.com