
Trixter - Hear!
Wydawca: Mechanic / MCA
Rok wydania: 1992
- Road Of A Thousand Dreams
- Damn Good
- Rockin' Horse
- Power Of Love
- Runaway Train
- Bloodrock
- Waiting In That Line
- Nobody's A Hero
- Wild Is The Heart
- What It Takes
- As The Candle Burns
- On The Road Again
Skład: Pete Loran - śpiew; Steve Brown - śpiew, gitary, harmonijka, chórki; Mark "Gus" Scott - perkusja, instrumenty perkusyjne, chórki; P.J. Farley - gitara basowa, chórki
Gościnnie: Liad Cohen - instrumenty klawiszowe
Produkcja: James Barton, Steve Brown i Dean Fasano
To niesamowite, jak dwa lata praktyki w graniu potrafią zmienić oblicze zespołu. Po bardzo młodzieńczym i nie do końca dopracowanym debiucie chłopaki z Trixtera powracają z nowym materiałem. Tym razem całościowo jest on bardziej spójny, dopracowany w szczegółach, ogólnie bardziej dojrzały, chociaż niestety również bardziej jednolity.
Road Of A Thousand Dreams otwiera płytę i od razu na myśl przywodzi dokonania zespołu Tyketto. Niemalże taka sama rytmika perkusji, sposób prowadzenia melodii, wplecione gdzie się da gitary akustyczne, zupełnie jak w grupie Vaughna. Sama kompozycja jest znakomita i chyba nawet najlepsza w zestawie. Loran śpiewa tu z czuciem, Brown gra przednią solówkę, zdecydowanie jeden z najlepszych numerów w całej dyskografii Trixtera, oczywiście też mój faworyt z tego krążka. Dalej już bardzo ostro, bo pojawia się Damn Good z gitarami ostrymi jak brzytwa. Tajemniczy wstęp nie trwa za długo i oto mamy rasowy hard rockowy riff. Nie ma tu miejsca na poprockowe granie w stylu Bon Jovi, stąd dla miłośników takiej stylistyki i AORu może być to repertuar za ostry, fani mocnego uderzenia znajdą za to coś dla siebie. Siła gitar jest tu tak rażąco potężna, że linie wokalne miejscami się z nimi niemal zlewają, co stanowi pewną wadę tego wyśmienitego skądinąd kawałka. Chwila wytchnienia... jakiego wytchnienia? Chłopaki ani myślą spuszczać z tonu i zapodają Rockin' Horse, numer o nieprzypadkowym tytule, bo jest on podszyty rock'n'rollem zawodowo, można go nawet zatańczyć. Nawet gitarowa solówka nawiązuje do złotej ery tego gatunku. Power Of Love mógłby być balladą, gdyby sugerować się tytułem, ale nic z tego. Muzycy konsekwentnie trzymają się rockowej formuły i częstują słuchaczy wybuchową mieszanką Guns 'N Roses (w niektórych zagrywkach), Tyketto (w zwrotkach), Roxette (we wstępie), do tego jeszcze gdzieniegdzie pobrzmiewa szybki blues'n'roll. By jednak ballady nie zabrakło na krążku otrzymujemy Runaway Train, znów nieco bluesa z wpływami country. Dość typowy patent, gdyż podobnie grywała i Tesla i Mr. Big i Poison, po prostu delikatny kawałek podbity mocniejszymi akcentami w śpiewie wokalisty, mimo to dobrze się go słucha po poprzednikach. Album miał być jednak z założenia ostry, zatem w Bloodrock powracamy do uprzedniej stylistyki. Riffy gitarowe przypominają tu dość znacznie to, co słyszeliśmy w kawałku nr 3, ale tym razem jest to mimo wszystko troszkę spokojniejsze. Wokalnie Loran zbliża się tu do Jona Bon Jovi, przez co całość może kojarzyć się z ostrzejszymi kompozycjami z New Jersey, choć i do Danger Danger podobieństw nie brak. Następne w kolejności Waiting In That Line niby nie jest złe, ale jakoś zaczyna nużyć, może dlatego że wszystko się tu zlewa ze sobą. Kawałek ma w sobie coś z ducha lat '60 i jakby do nich nawiązuje, jeśli nie melodiami to na pewno strukturami. Dalej jest różnie. Nobody's A Hero wyposażony został we wstęp a'la Def Leppard, z tą tylko różnicą, że zabił go nadmiar szczegółów. Bardzo ciekawie zaranżowano za to zwrotki i refreny, chociaż niestety wokalista jakoś wypadł mało przekonująco, na szczęście jako rekompensatę za to dostajemy dobrą solówkę. Kołyszące bluesy, harmonijki i znów typowo amerykańskie granie w postaci Wild Is The Heart. Nieodparte wrażenie, że się to już gdzieś słyszało, ale jak ma się wskazać, gdzie, to już nic konkretnego nie przychodzi do głowy, może dlatego, że zbyt wiele kapel tak grało. Mimo wszystko całkiem udany numer. What It Takes to kolejne deja vu, patent z trzaskami w stylu płyty analogowej jest oczywiście mocarny, ale co z tego, skoro użyty po raz któryś z kolei nie robi już takiego wrażenia. Tak samo riffy w kawałku, niby dobre, ale łudząco podobne do tego, co już było w pozycji nr 2, refren również gdzieś już słyszeliśmy (chyba w KISS i Whitesnake, na pewno kilka lat wcześniej). Pod koniec krążka znalazła się bardzo udana ballada As The Candle Burns, muszę przyznać, że jak na jego zawartość, piosenka bardzo dobra, bo niepodobna do reszty zestawu. Jakoś kojarzy się ze świątecznym nastrojem, z wieczorem, no i z tą świeczką z tytułu. Chłopakom udało się stworzyć nastrój i mają za to u mnie wielki plus. Płyta zaczęła się od drogi i na drodze (może i w drodze) się kończy. W On The Road Again znowu jest rock'n'rollowo, co nawet uwydatnia sam tekst, może się to spodobać harleyowcom. Przy okazji zebrało się muzykom na żarty, kawałek rozpoczyna się od pełnego kpiny śmiechu, w środku pojawią się niby to kłótnie. Numer ma w sobie coś, co sprawia, że chce się albumu posłuchać ponownie. Podobne rzeczy grało później Roxx Gang, ale wokalnie lepiej wypada tutaj Trixter.
Co do tego krążka mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony jest tu naprawdę kilka dobrych numerów, co sprawia, że po płytę co jakiś czas sięgam, z drugiej strony jest tu też kilka kompozycji mało ciekawych, przez co nie sięgam po nią zbyt często. Wydawnictwo nie należy ani do klasyki gatunku, ani też nie jest niczym odkrywczym, myślę jednak, że warto po nie od czasu do czasu sięgnąć.
Oficjalna strona Pete Lorana: www.peteloran.com