The New Black - The New Black

The New Black - The New Black

Wydawca: AFM Records / Regain Records
Rok wydania: 2009

  1. Everlasting
  2. Why I Burn
  3. Coming Home
  4. More Than A Man
  5. Simplify
  6. 50 Ways To Love Your Liver
  7. Ballad Of Broken Angels
  8. Not Me
  9. Superman Without A Town
  10. The Man Who Saw The Universe
  11. Love Is Blue [bonus w digipacku]
  12. Drive [bonus w digipacku]
  13. Welcome To Point Black
  14. Wound

Skład: Markus "Fludid" Hammer - śpiew; Fabian Schwarz - gitary; Christof Leim - gitary; Günt Auschrat - gitara basowa; Chris Weiß - perkusja

Produkcja: Fabian Schwarz

Zdarza się czasem, że muzycy nudzą się w swoich macierzystych grupach i zachciewa się im grania dla odmiany czegoś w innych klimatach. Do takiej sytuacji doszło wśród członków trzech niemieckich kapel - Paradox, Abandoned i Sinner, którzy powołali do życia nowy zespół o nazwie The New Black. Wyszła z tego dość osobliwa mieszanka muzyczna plasująca się gdzieś pomiędzy rockiem a metalem, niby stosunkowo ciężka, a zarazem bardzo melodyjna. Takie połączenie starego z nowym.

Co też za style łączą Panowie w swoim graniu? Eklektycznie brzmienie i pomysły takich kapel jak Black Label Society, Pantera, Bombay Black, Megadeth i Nickelback. Gitary wydają się być oparte na podobnych ustawieniach wzmacniaczy, co u ekipy Dimebaga Darrela (RIP), ale same ścieżki melodyczne bliżej mają do dokonań Zakka Wylde'a, z tym że wszystko jest jakby bardziej melodyjne. Także wokalnie niby trochę tu Wylde'a, ale z silną domieszką Monster Magnet i wspomnianego wcześniej Bombay Black. Dobrą tego ilustracją może być pierwszy numer na płycie - Everlasting. Po niemalże heavy metalowym wstępie, który nie trwa zbyt długo, wchodzi riff "wylde'owski", ale utrzymany w "panterowej" rytmice". Głos Fludida to taki bardziej melodyjny wariant Dave'a Wyndorfa, w czym zresztą przypomina partie wokalne z Bombay Black. Po tym skocznym kawałku przychodzi coś równie rytmicznego, czyli Why I Burn. Niby daleko nie odbiega to stylistycznie od poprzednika, ale jakoś wyczuwam tu wpływy Metalliki, gdzieś z okresu słynnego "czarnego albumu". Podobne podejście do komponowania gitarowych zagrywek, tyle tylko, że Hammer śpiewa inaczej niż Hetfield. Dlatego trzeba się chwilę zastanowić, gdzie słyszało się takie rzeczy, bo linie wokalne to dobra zasłona dymna powodująca, że niełatwo od razu te podobieństwa wychwycić. Wraz z Coming Home muzycy od razu rozwiewają złudzenia odnośnie kierunku, w jakim zmierzają. Nie ma miejsca na kompromisy, pościelowych ballad tu nie będzie, nie znajdziemy też ukłonów w stronę co bardziej komercyjnych stacji radiowych nadających muzykę pop. Wioślarzom udało się odnaleźć mocne brzmienie w swych wzmacniaczach i nic dziwnego, że wszystko wypada tak, jak to właśnie słychać, zapewne tego typu riffy same wychodzą gitarzystom spod palców. Przy czwartym utworze, More Than A Man granie bliźniacze do kompozycji wcześniejszych zaczyna trochę nużyć, lecz zauważają to zapewne i członkowie kapeli, więc starają się wplatać nieco więcej melodyjnych dźwięków sięgających swym rodowodem hard rocka, może nawet takiego w stylu Van Halena. Balladowo bluesowy początek Simplify może wprowadzić słuchacza w błąd, choć nadaje nagraniu southernowego posmaku, bo dalej mamy też wprawdzie bluesowo, ale już w klimatach skocznego hard rocka z domieszką boogie czy groove (w czym zresztą przypominają mi starsze krążki Victory). Niemcy starają się brzmieć bardzo amerykańsko, rzecz o tyle znamienna, że w samym USA od tego typu grania się już pomału odchodzi. Ciekawe patenty zespół zastosował w żartobliwym 50 Ways To Love Your Liver. Skocznie pogrywające gitary, a do tego raz to melodyjnie wesołe, raz to wywrzeszczane partie wokalne. Kawałek dedykuję notorycznym alkoholikom ;). Obok poprzednika i następcy jeden z moich faworytów na krążku, najwyraźniej najlepsze potrawy serwowane są w samym środku tego wydawnictwa. No i ballada się jednak pojawia, ale i tak nie jest to typowa pościelówka. Ballad Of Broken Angels zaczyna się southernowo, od partii odegranych na akustykach, ale nie utrzymuje się w tych klimatach zbyt długo, bo potem wchodzą ostre i ciężkie gitary. Fakt, że cały numer raczej trzyma się wolnego tempa, dopiero sama końcówka kompozycji bliższa jest galopady. Więcej łupanki znajdziemy natomiast w skocznym Not Me. Ze dwa, może trzy Red Bulle na łeb i można do tego zorganizować pogotekę. Superman Without A Town ma głupawy tytuł, jednak sam numer jest niczego sobie, przypomina mi tegoroczny debiut Solna. Różnica oczywiście taka, że tu nie mamy damskich wokali na froncie. Tak czy inaczej, słychać, że obu formacjom przyświecały podobne idee. Dobrze się tego słucha i chętnie zapoznałbym się z tym materiałem na żywo - trzeba będzie się zorientować, czy aby grupa nie koncertuje gdzieś w pobliżu. Starym, dobrym Megadeth podszyte jest The Man Who Saw The Universe, przez co od razu zyskuje moją sympatię .Gdyby tak jeszcze Fludid pociągnął tu linie wokalne pod Mustaine'a, to niczego nie brakowałoby do pełni szczęścia. Choć tak jak jest, też nie jest źle. Dobry, łatwo wpadający w ucho numer. Digipackowe wydanie krążka ma w tym miejscu dwa nagrania bonusowe. Całkiem przyzwoitą piosenką jest Love Is Blue, wprawdzie jakoś szczególnie niczego nowego do płyty nie wnosi, to jednak ma u mnie plusa za kolejne nawiązania do twórczości Megadeth. Rozbujany Drive ma w sobie coś z heavy metalu, tyle że jest szybciej zagrany i w ogóle sprawia wrażenie jakby bardziej ciężkiego. Welcome To Point Black w zasadzie powiela patenty znane z początku albumu, słychać jednak, że muzy nie stracili nic z autentyczności. Nadal dobrze się bawią, a z kawałka bije pewnego rodzaju naturalna energia. Płytę zamyka balladowe Wound, z tym że znów nie znajdziemy tu czegoś na wzór, powiedzmy Whitesnake czy Bon Jovi. Bliżej temu za to do pewnego znanego przeboju Crash Test Dummies, choć myślę, że i takie grupy jak Queensrÿche i Soundgarden też by się owej kompozycji nie powstydziły.

Pewną zaletą krążka jest to, że bardzo szybko wpada w ucho, przez co łatwo go polubić. Wada jest z kolei taka, że relatywnie szybko też nudzi się zestaw kilku pierwszych kawałków, na szczęście środek albumu rekompensuje małą kreatywność zespołu z początku wydawnictwa. Rzecz typowo rozrywkowa, bez większych ambicji wirtuozyjnych, choć oczywiście wykonana na przyzwoitym poziomie technicznym i uzbrojona w dobrą produkcję. Fanom southern groove metalu powinna przypaść do gustu.

Oficjalna strona zespołu: www.thenewblackofficial.de