
Sora - Desire And Truth
Wydawca: Avenue Of Allies Music / 101 Distribution / Marquee Inc. / Zoom
Rok wydania: 2010
- Taste Of Rock & Roll Play
- The Storm Has Just Begun
- What's It Gotta Do With You And Me
- Winter
- When You're Gone
- Diamonds In The Wind
- Invitation
- Stop Messin' Around
- Rock & Roll Dog
- When You Gonna Love Me
- Highway To Nowhere (remix) [japoński bonus]
Skład: Erol Sora - śpiew, gitara; Brendan Mooney - gitara basowa; Gregory MacDonald - instrumenty klawiszowe, organy Hammonda; Jason Solyom - perkusja
Produkcja: Erol Sora
Maniacy dobrego, hard rockowego grania nie mogą pominąć tego roku znakomitej pozycji, którą obdarzył nas tego roku Erol Sora. Płyta Desire And Truth posiada tego ducha dawno minionej epoki, jakiego próżno szukać wśród dzisiejszych wydawnictw. Słychać pasję w graniu i nie bez znaczenia jest też brzmienie, jakże zbliżone do tego znanego nam z lat '80.
Pochodzący z Montrealu kanadyjski wokalista i gitarzysta postanowił poświęcić się karierze muzyka rockowego po tym, jak zobaczył w połowie lat '70 występ KISS w telewizji i jak sam mówi, "ćwiczył sporo, kiedy inni zajęci byli oglądaniem hockeya". Podczas swej kariery udzielał się na licznych sesjach nagraniowych, ale najbardziej znany jest jako członek John Lawton Band, ekipy byłego wokalisty Uriah Heep i Lucifer's Friend, z którą nagrał 4 płyty. Fani porządnego hard rocka mogą jeszcze pamiętać jego solowy album Demented Honour, wydany najpierw w małym nakładzie w 2005 r. i ponownie rok później przez MTM Music, który Erol nagrał w czasie odpoczynku od tras koncertowych. Na pierwszym solowym krążku muzyka była pierwszorzędna, ale moim zdaniem zbyt dopieszczone i uwspółcześnione brzmienie materiału zabijało trochę ducha samych kompozycji. Na szczęście na Desire And Truth, może to przypadkiem, a może celowo, brzmienie płyty to jeden z jej atutów, bo nawiązuje do tego, co mogliśmy słyszeć na wydawnictwach z lat '80. Erol zresztą specjalizuje się w łączeniu pomysłów charakterystycznych zarówno dla klasycznego hard rocka z lat '70, jak i melodyki i rozwiązań, które obecne były w mainstreamie dekady późniejszej. Sam muzyk nie krył, że chciał oddać ducha takich wykonawców jak MSG, Whitesnake, Rainbow, UFO, czy Gary Moore i z pewnością mu się to udało. Zestaw nagrań otwiera jakże wymownie zatytułowane Taste Of Rock & Roll. Już pierwsze riffy utworu powinny napełnić sympatyków hard rocka pozytywną energią. Słucha się tego jak krążka wydanego w złotej erze takiej muzyki, czyli ponad 25 lat temu. Wiele różnych skojarzeń mi się tu nasuwa - muzycznie numer przypomina mi coś pomiędzy wprawdzie nieklasycznymi płytami Liesegang / White i Danny'ego Danziego, natomiast sama barwa głosu i styl śpiewania Erola to coś z pogranicza Davida Coverdale'a, Doogiego White'a i Glenna Hughesa. Czyż to wszystko nie jest apetyczne? Aha, zapomniałem wspomnieć o świetnej solówce, a takich na tym wydawnictwie będzie przecież więcej. Radość nie opada wraz z kolejnym w secie The Storm Has Just Begun. Zagrywkę napędową jakbym gdzieś już słyszał (może w Seventh Key), co nie znaczy, że nie posłucham jej chętnie w innym wykonaniu raz jeszcze. Nie jest to może już kawałek najwyższej próby jak poprzednik, ale wciąż wyczuwa się, że nic nie jest tu grane na siłę, wszystko wypływa z naturalnej potrzeby serca, czuć w tym pasję i oddanie, a refren po prostu musi wpadać w ucho. What's It Gotta Do With You And Me ma w sobie coś z "zaginionego" nagrania, jakie mogłyby nagrać Rainbow czy Uriah Heep (już z Shawem na wokalu). Z jednej strony prostota, bo sam utwór nie jest jakoś strukturalnie zbyt skomplikowany, z drugiej przemyślane linie wokalne i bardzo zgrabna aranżacja ścieżki i obowiązkowo rasowa solóweczka. Po kilku przesłuchaniach można pokochać ten numer. W zasadzie żadnych zastrzeżeń do następnego w kolejce Winter. Specyficzne tempo i hard rockowy "drive" to jest to, czego oczekują fani tego gatunku, a sam kawałek nadaje się idealnie do jazdy motorem, co prawdopodobnie zapewni mu sympatię wszelkiej maści rockersów. Nad nastrojową balladą When You're Gone unosi się duch Rainbow z tego ich najbardziej komercyjnego etapu kariery. Grupa bardzo wpływowa zresztą i chyba ponownie wracająca do łask, bo coraz więcej słyszę nawiązań do jej twórczości (jakieś 2 latat temu zaskoczył mnie powracający Driver, który mimo iż z zasady grał ostrzej, jednak zamieścił coś na podobną nutę). Nie jest to hair metalowa pościelówa, ale za to porządna hard rockowa ballada. Bardzo podoba mi się energetyczny kawałek Diamonds In The Wind, utrzymany w tempie szybkiego marsza. Piosenka potrafi rozbudzić i chyba zapamiętam ją sobie na jesienne, deszczowe dni. Strukturalnie prosta rzecz, a jakże potrafi ucieszyć ucho, zwłaszcza że i solóweczka pełna jest przykuwających uwagę melodii. Invitation trochę nie w moim typie, ale spójność brzmieniowa z resztą płyty jest nadal zachowana. Traktuję ten numer nieco jak wypełniacz, ale też nie spodziewałem się przecież naiwnie, że dostanę płytę z samymi "killerami", bo takie teraz to rzadkość. Za to Stop Messin' Around trafia do mnie od razu, błyskawicznie, a to zapewne z powodu nawiązań do Uriah Heep. Charakterystyczna praca sekcji rytmicznej, umiejętnie użyte Hammondy i do tego pełen pasji głos Erola Sory. To zaskakujące, że muzyk ten jest znany głównie jako gitarzysta, podczas gdy i możliwościami swego gardła może stawać w konkury z wieloma znanymi śpiewakami ze swego, hard rockowego podwórka. Środek nagrania ma ponadto spora dawkę rock'n'rolla, co także udziela się i samej solówce. Rock & Roll Dog to z kolei dawka mięsiwa dla fanów wcielenia Whitesnake z Johnem Sykesem obsługującym gitary. Bardzo zbliżone podejście do komponowania kawałków, podobne brzmienie gitar, no i Erol śpiewający trochę jak Coverdale. Z różnic należy wymienić jednak choćby solówkę jakby z innej bajki, ale i tak nie zmienia to faktu, że sporo tu z Białego Węża. Na deser jeszcze jedna ballada - When You Gonna Love Me. Zaskoczył mnie jej początek, a to ze względu na pewne skojarzenia ze znanym kawałkiem Tom Petty & The Heartbreakers (Mary Jane’s Last Dance), lecz zaskoczył pozytywnie, bo akurat go lubię. Cały numer ma podobne tempo, podobne rozwiązania melodyczne i w zasadzie różni się tylko drobnymi szczegółami. I tyle. 10 ścieżek i koniec, choć Japończycy dostali jeszcze remiks jednej piosenki zaczerpniętej z pierwszej płyty Sory. Nie ma go na moim wydaniu, więc nie wiem, czym różni się od wersji pierwotnej.
Płyta niesamowicie spójna i powinna zachwycić słuchacza, który nie ma ochoty ani na bezmyślne rąbanki, ani na popelinę. Specyficzny klimat utrzymuje się przez całe wydawnictwo, więc komu spodobają się początkowe ścieżki, ten bez znudzenia dotrwa do końca albumu. Jak dla mnie jest to jedna z najlepszych, czysto hard rockowych płyt jakie nagrano w 2010 roku. Jak najbardziej polecam.
Oficjalna strona artysty: www.erolsora.com