
Slash's Snakepit - It's Five O' Clock Somewhere
Wydawca: Geffen Records / Fontana
Rok wydania: 1995
- Neither Can I
- Dime Store Rock
- Beggars & Hangers-On
- Good To Be Alive
- What Do You Want to Be
- Monkey Chow
- Soma City Ward
- Jizz Da Pit [Instrumental]
- Lower
- Take It Away
- Doin' Fine
- Be The Ball
- I Hate Everybody (But You)
- Back And Forth Again
Skład: Eric Dover - śpiew; Slash - gitara prowadząca; Gilby Clarke - gitara rytmiczna; Mike Inez - gitara basowa; Matt Sorum - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Dizzy Reed - instrumenty klawiszowe; Teddy Andreadis - harmonijka
Produkcja: Mike Clink i Slash
Z albumem tym wiąże się wiele ciekawostek. Po pierwsze spora część materiału na tym krążku miała znaleźć się na nowej płycie Guns N' Roses, ale piosenki nie spodobały się Axlowi, więc Saul Hudson, bardziej znany światu jako Slash, przetrzymał je do późniejszego użycia. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że koniec kapeli jest bliski. Po trasie promującej Use Your Illusion gitarzysta zajął się budową własnego studia nagrań, które nazwał Snakepit, od którego z kolei zostanie zaczerpnięta nazwa kolejnego zespołu. Z tytułem płyty też wiąże się ciekawa opowieść. Podobno na jakimś lotnisku barman nie chciał podać Slashowi drinka tłumacząc się, że alkohol serwuje się dopiero po piątej po południu. Wioślarz poprosił o niego mimo to, a skłonny do ustępstw barman odpowiedział, że ostatecznie gdzieś tam na świecie jest już piąta... Jakby tego było mało, okładka płyty to podobno zdjęcie malowidła sprayem wykonanego przez brata gitarzysty w jakimś apartamencie i podobno kiedy się dobrze przyjrzeć okładce, to w prawym dolnym rogu widać nawet kawałek kontaktu. Jak na mój gust, to zbyt dokładny to obraz, by można go było namalować sprayem, ale kto wie...
Cały czas należy mieć na uwadze, że tak mogłaby brzmieć kolejna płyta Gunsów. W nagraniach wspomagali Slasha jego koledzy z macierzystej kapeli, gitarzysta rytmiczny Gilby Clark i perkusista Matt Sorum, do tego jeszcze gościnnie klawisze odegrał Dizzy Reed, więc w sumie zabrakło tylko panów Rose'a i McKagana (choć jest on akurat współkompozytorem jednej z kompozycji). Partiami basu zajął się Mike Inez z Alice In Chains, a spośród 40 wokalistów posadę otrzymał Eric Dover z mniej znanego zespołu Jellyfish. Efekt tego taki, że materiał jest całkiem niezły, a już z pewnością lepszy od tego, co szykuje nam Axl na owianym legendą Chinese Democracy, o ile oczywiście kawałki, które wyciekły do Internetu, to faktycznie numery z tego krążka. Początek Neither Can I przywodzi na myśl sławetne My Michelle z repertuaru GN'R, dalej spora dawka knajpianego bluesa z dodatkiem harmonijki, nie zabrakło też rocka. Całość robi wrażenie choćby z tego powodu, że w udany sposób łączone są tu różne gatunki muzyczne. Pod względem brzmienia nie odbiega to jakoś szczególnie od dwóch najbardziej znanych płyt Gunsów, a do tego jeszcze jest to lepsze od większości zapychaczy z tych wydawnictw. Warto przy okazji zwrócić uwagę na ogólną tendencję łączenia brzmień hard rocka i grunge'u w połowie lat '90. Drugi na płycie Dime Store Rock trzyma wysoki poziom poprzednika, choć utrzymany jest w nieco innym klimacie. Tu już rockowa jazda na całego. Zadziwia mnie klarownie wypadająca perkusja, jak słychać, opłaca się w studiu kręcić gałkami nawet przy takim instrumencie. Co ciekawe, Slash gra tutaj dużo bardziej technicznie niż u Axla, więc jednak grać potrafi, do czego miałem kilka razy wątpliwości. Dobrze, że tym razem poprzeczkę postawił sobie wyżej. W Beggars & Hangers-On, którego współkompozytorem jest wspomniany wcześniej McKagan, trochę powtórzonych patentów z numeru pierwszego, ale brzmi to naprawdę przednio, bo w takich bluesiorach z "mruczącymi" gitarami grupa dobrze się spisuje. Daleko muzycy odeszli od stylistyki znanej z Guns N' Roses, co słychać po gitarach i przede wszystkim po liniach wokalnych. Ma to swój urok i wcale nie mam żalu do chłopaków, że w taki sposób próbują się odciąć od przeszłości i nie jadą tylko na swojej wyrobionej wcześniej opinii. Jest to w sumie taka mieszanka wczesnego Black Sabbath zLynyrd Skynyrd, coś podobnego kilka lat później zrobi też wylde'owskie Pride & Glory Posłuchajcie ponadto, jak Dover nie oszczędza tu swojego gardła. Good To Be Alive to przede wszystkim dobry początek, bo dalej juz zaledwie poprawnie zagrany kawałek, bez szczególnych wzlotów, na szczęście też bez bolesnych dla naszego ucha upadków. Posłuchać można, ale ekscytować się nie ma czym. Więcej kombinowania jest w What Do You Want To Be, gdzie szczególnie wyróżnia się partia gitary basowej. Najciekawsze jest chyba to, że grupa gra muzykę typowo klubową, ale uzyskała bardzo soczyste brzmienie i jak pomyśli się w tym momencie o Velvet Revolver, czyli o dekadę późniejszym wynurzeniu Slasha, to aż na usta ciśnie się pytanie, czemu chłopaki porzucili ten "sound" i postanowili brzmieć bardziej garażowo. Monkey Chow to jeden z najlepszych kawałków z tej płyty, ma ten charakterystyczny groove, jest bardzo żywiołowy. Niesamowicie musiał brzmieć na koncertach, bo aż chce się przy nim skakać. Muszę poszperać w necie i poszukać jego wykonania w wersji live, zobaczyć, jak zachowują się muzycy na scenie. W Soma City Ward błyszczy głównie perkusista, wokal natomiast próbuje śpiewać z manierą Sebastiana Bacha, czy też innych wokalistów sleazowych z tamtego okresu. To takie na wpół śpiewanie, na wpół wydzieranie się, dość typowy środek ekspresji w muzyce, która pretenduje do miana ostrej, a zarazem nie jest zbyt ciężka, bo przecież wciąż na bazie rock'n'rolla. Wrażenie robi instrumentalne Jizz Da Pitt. Od samego początku rock'n'rollowe wymiatanie, a od połowy numeru zwolnienie i klimaty ni to stare Sabbath, ni to grunge. Szkoda, że kawałek jest króciutki i że nie kończy się w podobny sposób, jak się zaczął. Na kolejny Lower zespół przygotował inne patenty. Knajpiany blues ze swingiem, gdzieniegdzie z mocniejszymi akcentami. Wokalista śpiewa bardziej rozwlekle, co nadaje całości nieco mroczny klimat. Tak czy inaczej, muzycy zadbali o urozmaicenie na krążku, ale jednocześnie płyta wydaje się być bardzo spójna. Spora dawka hard rockowych riffów jest podstawą Take It Away, brzmieniowo i stylistycznie utwór plasuje się gdzieś koło wydanego w tym samym roku albumu Dysfunctional grupy Dokken. Może gitarzyści używali podobnych wzmacniaczy, może mieli podobne inspiracje, nie wiadomo. Co ciekawe, po latach oba krążki podobają mi się dużo bardziej niż wtedy, kiedy się ukazały. Gust podobno zmienia się co siedem lat ;). Doin' Fine to najbardziej gunsowy numer z całego zestawu, od razu człowiek zaczyna sobie wyobrażać Axla za mikrofonem i mimowolnie porównywać obu wokalistów, nawet solówka zagrana jest w stylu starej ekipy Slasha. Kompozycja ma też w sobie coś kowbojskiego, choć jakichś bezpośrednich nawiązań do muzyki country tu nie ma. Bardziej słyszalne jest to w samym frazowaniu gitar i akcentach w liniach wokalnych. Ogólnie jest to taki wabik na fanów Guns N' Roses. Wabik bardzo zresztą udany. Od bardzo pretensjonalnej i oklepanej perkusji zaczyna się Be The Ball, ale rekompensują to następujące dalej gitarowe riffy. Jest w nich specyficzny klimat i od razu kojarzy mi się to z jakimś filmem o Jamesie Bondzie. Sam kawałek jest wyśmienity, nawet mimo braku przebojowego refrenu, gdybym to ja ustalał kolejność ścieżek na płycie, dałbym go może nie na początek, ale gdzieś na jednej z pierwszych pozycji. I Hate Everybody (But You) to znów ukłon w stronę Gunsów i silnie nawiązuje do ery "Illusion...". Te charaterystyczne zagrywki gitarowe i zbliżone brzmienie, idę o zakład, że to właśnie jeden z tych kawałków, które miały się znaleźć na kolejnym krążku ekipy Axla. Płytę zamyka nadzwyczaj zgrabna ballada o tytule Back And Forth Again. Na wstępie witają nas łagodnie zaaranżowane organy, po nich wchodzą gitary akustyczne i delikatnie tym razem brzmiący głos Dovera. Owszem, pojawiają się tu i ówdzie mocniejsze akcenty, ale numer mimo to pozostaje balladą. Stylistycznie najłatwiej to chyba porównać do ballad Mr. Biga, może trochę do Extreme, choć zdecydowanie podobieństw do tej pierwszej kapeli jest zdecydowanie więcej.
Ze względu na przeszłość Slasha najłatwiej oczywiście materiał zestawiać z ostatnimi płytami Guns N' Roses. Nie ma tu wprawdzie jakichś superprzebojów na miarę Don't Cry czy November Rain, ale pod względem całości to wydawnictwo wypada jakoś lepiej, nie ma tu bowiem tak dużej liczby zapychaczy, jakie znajdowały się na krążku Gunsów. Dobrze wpływa to na spójność dzieła. Jeśli chodzi z kolei o brzmienie, to znów wypada to lepiej od późniejszego projektu o nazwie Velvet Revolver. Widać wytwórnia przeznaczyła spore nakłady pieniężne na produkcję, zresztą zespół mial pierwotnie nazywać się po prostu Snakepit, ale to właśnie wytwórnia ze względów komercyjnych nalegała, by dodać przed nazwą pseudonim gitarzysty. Nie wiem, na ile wpłynęło to na sprzedaż krążka, ale fani docenili album i wkrótce po wydaniu pokrył się platyną. Płytę polecam fanom Gunsów i nie tylko.
Oficjalna fansite Slasha: www.snakepit.org