Silence - Open Road

Silence - Open Road

Wydawca: Kivel Records
Rok wydania: 2008

  1. Light Always Seems Brighter In The Dark
  2. Time Keeps Running
  3. Far From You
  4. Never Look Back
  5. Forgive Me
  6. Endless Nights
  7. On My Way Back Home
  8. When Friendship Turns To Love
  9. Flower Of Pain
  10. If You Don't Need Me Anymore
  11. Jealousy
  12. Voices
  13. The Best
  14. Anywhere

Skład: Ben Venet - śpiew, chórki, gitara prowadząca w [14]; Bruno Levesque - gitary, instrumenty klawiszowe, gitara basowa, chórki
Gościnnie: Valérie Paul - śpiew w [9]; Aurélie Nogue - chórki, śpiew w [14]; Thomas Bissot, Stéphane Dellemmes, Pierre Douzal, Eric Dupre, Olivier Roman Garcia, Christophe Godin, Denis Paufique, Kenny Serane i Vince Vercaigne - gitara prowadząca w [14]

Produkcja: Bruno Levesque

Rok 2008 przejdzie do historii muzyki jako rok AORu. O ile w latach poprzednich proporcje pomiędzy wydawnictwami z różnych gatunków muzycznych były wyrównane, o tyle ten podgatunek melodyjnego hard rocka teraz zyskał supremację. Jednym z albumów, obok których fan takiej stylistyki nie może przejść obojętnie, jest Open Road, kolejne, piąte już dziecko francuskiego projektu Silence dowodzonego przez multiinstrumentalistę Bruno Levesque. Stało się w zasadzie regułą, że każdą kolejną płytę grupa nagrywa dla innej wytwórni, tak jest i tym razem, gdyż zespół po rozstaniu się z MTM Music i Vinny Records i zagościł w progach Kivela. I jest to chyba najlepszy nabytek tego wydawcy od dobrych kilku lat.

Zaszły drobne zmiany w składzie i może nie przypadkiem również w brzmieniu. Wraz z pojawieniem się w szeregach projektu wokalisty Bena Veneta muzyka grupy stała sie jeszcze bardziej łagodna, delikatna. Wstęp do Light Always Seems Brighter In The Dark zaczyna sie hard rockowo w styliu The Cult czy Slaughtera, ale już po chwili przechodzi w bardziej AORowe nuty. Głos Beneta posiada dość charakterystyczną barwę z chrypką, coś pomiędzy Bryanem Adamsem a Stevem Lee z Gotthard. Pełny emocji kawałek, co słychać po liniach wokalnych, aranżacjach środka i zgrabnej, acz krótkiej solówce. Po dobrym otwarciu następuje nie gorsze Time Keeps Running. Tutaj muzycy poeksperymentowali na początku i wstawili kilka dźwięków industrialnych, ale to tylko kilka pierwszych sekund, dalej już danie główne, w jakim grupa się specjalizuje. Powinno się to spodobać miłośnikom lat '80, bo to typowo radiowa muzyka nawiązująca do tamtego okresu. Brzmieniowo, zwłaszcza jeśli chodzi o nieprzesterowane gitary i klawisze, utworowi blisko jest do Here I Go Again Whitesnake w zremiksowanej wersji z 1989 r. To niemal cud, że jeszcze ktoś pielęgnuje takie tradycje i chce tak grać prawie dwie dekady później. Hit, po prostu hit. Podobne brzmienia są też w nieco balladowym Far From You, chociaż tutaj nie jest aż tak przebojowo. Razi industrialno-popowy dźwięk perkusji, przede wszystkim dlatego, że uszedłby u U2, ale tutaj zwyczajnie nie pasuje. Taka wstawka na siłę. Skoro już o perkusji mowa, to trzeba dodać, że nie ma tu perkusisty, jego rolę pełnią sekwencery i pewnie stąd partie bębnów są niezbyt finezyjne i nie raz wypadają nieco plastikowo. Pomijając te niedogodności, sam kawałek bardzo udany. W średnim tempie utrzymany jest Never Look Back, gdzie najbardziej podoba mi się patent umieszczenia solówki jeszcze przed połową utworu. Kompozycja co najmniej przyzwoita, przypominająca trochę Sunstorm, bardziej brzmieniem niż pomysłem, gdyż pod tym względem to bliżej do starego Def Leppard, różnice tkwią przede wszystkim w wokalach. W tej materii z kolei Benet próbuje wzorować się na nowszych wypocinach Jona Bon Jovi, gdzie różnorodność melodyczną zastępuje się mruczankami. Podobnie rzecz ma się w Forgive Me, choć w tym naśladownictwie zespół idzie jeszcze dalej i całość osadza na bazie country. Nie jest to typowo klasyczne country, ale raczej jego wydanie nowoczesne, niemal pozbawione riffów, a silnie trzymające się prostych sekwencji akordowych. Gdyby zabrać z tego klawisze, ciężko byłoby już poznać, że to numer AORowy. W Endless Nights muzycy powielają pomysły z numeru drugiego, znów eksperymenty z brzmieniem perkusji, natomiast w liniach wokalnych mamy powtórkę z historii nowszej, czyli z pozycji czwartej. Nie wiem, na ile jest to celowe nawiązanie do tej piosenki, a na ile próba utrzymania spójności albumu, w każdym bądź razie zastosowana przez zespół receptura się sprawdza. Najlepszym momentem tego kawałka są damskie śpiewy pod jego koniec i szkoda, że dopiero tam zostały zamieszczone, chętnie słyszałbym je przewijające się przez całą piosenkę. On My Way Back Home to przede wszystkim cud aranżacyjny, bo pomysły trochę za bardzo leppardowskie. Brzmienie kryształowe, pomimo zadziornie wypadających gitar gdzieś w podkładach numer zachowuje swój delikatny klimat, pozostaje nastrojowy. Refren jest poprawny, choć szablonowy, chętniej widziałbym tu coś bardziej żywiołowego, aczkolwiek rozumiem, że emocje miały przede wszystkim wskazywać na spokój, być odprężające. When Friendship Turns To Love, cóż za groźny tytuł ;). Ponownie trochę pod country, ale za to w jak wielkim stylu! Niektóre dźwięki akustycznych gitar są bardzo silnie zaakcentowane, wspaniale i z wyczuciem zastosowano technikę slide, do tego jeszcze wpleciono coś, co przypomina banjo. Myślę, że chłopaki z Bon Jovi w tym momencie powinni być bardzo zawstydzeni, oj, bardzo. Pora na coś zdecydowanie bardziej balladowego i dostajemy Flowers Of Pain. Sięgnięto po patent rodem z lat '80 i strukturę utworu oparto na duecie wokalnym, mamy więc wokale męskie i żeńskie. Szczerze mówiąc nie trafia to do mnie, z reguły nie przepadam za śpiewającymi na zmianę dwoma głosami (są wyjątki, owszem, ale ten do nich nie należy), jeśli już śpiewa facet, to kobiece głosy lepiej wypadają w chórkach. Jeśli ktoś ma do tego inne podejście niż ja, to może być oczarowany. Eksperymenty powracają w If You Don't Need Me Anymore, niestety te industrialno-popowe. Nie powiem, nie brzmi to źle, ale tylko wtedy, gdy nie występuje w nadmiarze, a to już trzeci taki moment na płycie. Wychodzi na to, że chciano po raz kolejny uzyskać hybrydę Bon Jovi, Def Leppard i późnego U2. Z drugiej strony nachodzi mnie pewna refleksja. Ta kapela gra na dokładnie takim samym poziomie, jak wspomniane formacje i gdyby wydała płytę pod ich nazwą, pewnie byłaby sławna i sprzedała się w podobnym nakładzie. Pojawia się więc pytanie, czemu się nie sprzedaje? Siła reklamy lub jej brak. Można nagrać album, rozesłać po różnych serwisach muzycznych, a i tak mało kto go kupi, jak nie wpompuje się odpowiednio dużej kasy w teledyski i plakaty. Jealousy jest najsłabszym numerem w zestawie. Nie wnosi niczego nowego, powtarza tylko wcześniejsze schematy i nawet szkoda czasu na jego komentowanie. Lepiej jest w Voices, wprawdzie ponownie mamy eksperymenty, ale za to muzykom udało się stworzyć pewien specyficzny klimat. Jest nieco tajemniczo, trochę schizofrenicznie, numer pobudza do myślenia pozostając jednocześnie piosenką rozrywkową. Ciekawie wypada seria krotkich solówek, gdzie każda utrzymana jest w innym stylu. Pierwsza ostra, demoniczna, druga łagodniejsza, bluesowa, trzecia na niemal czystym brzmieniu, taka trochę w stylistyce telewizyjnych programów rozrywkowych. The Best to cover utworu autorstwa Holly Knight, a śpiewanego niegdyś przez Tinę Turner i Bonnie Tyler. Wersja prezentowana przez Silence bliższa jest wykonaniu Tyler, przy czym w sumie nie ustępuje poprzedniczkom, może za wyjątkiem początku. Ten kawałek jest po prostu nieśmiertelny, jedna z kompozycji wszech czasów i o ile ktoś jej celowo nie okaleczy (oby nigdy nie powstały wersje w stylu dance czy punk), zawsze będzie brzmiała wspaniale. Kapitalnym numerem jest też kończące płytę Anywhere. W piosence pojawiają się na krótko wokale męskie i żeńskie, na tle stylistyki szybkiego, dynamicznego country, cała seria gitarzystów gra swoje solówki, różne stylistycznie. Słychać, że od samego początku ten prawie instrumentalny utwór komponowano z myślą o przeboju. Szczególnego wymiatania nie ma, w tym wypadku nie ma jednak co narzekać, bo to, co otrzymujemy, jest przede wszystkim składne i pasuje do potrzeb piosenki.

Poszczególne części płyty wzbudzają różne emocje, początek bardzo dobry, koniec wręcz genialny, środek poprawny, choć bez rewelacji. Całościowo album na pewno się broni i jest to jedno z lepszych wydawnictw roku 2008. Spora mieszanka stylistyczna, od AORu i modern rockowego oblicza Bon Jovi, poprzez eksperymenty a'la U2 z czasów Achtung Baby i późniejszych jego krążków, klasyki Def Leppard, a kończąc na country. Kto lubi dobry AOR z wplecionymi obficie wstawkami z innych gatunków, powinien być zachwycony. Szczególnie polecam płytę fanom nowoczesnego oblicza Bon Jovi, niech sobie porównają ostatnie dokonania swoich idoli z tym, co pokazało Silence. Jak dla mnie ci ostatni są dwie klasy wyżej.

Oficjalna strona zespołu: http://silenceprod.free.fr