Shakra - Power Ride

Shakra - Power Ride

Wydawca: Point Music
Rok wydania: 2001

  1. Power Ride
  2. Why Don't You Call Me
  3. Watching You
  4. The Sun Will Shine
  5. Out In The Rain
  6. In Your Eyes
  7. Get It All Out
  8. A Dollar Too Much
  9. She's My Pride
  10. Tell Me
  11. The Way Back Home
  12. Too Close
  13. Take My Hand

Skład: Pete Wiedmer - śpiew; Thomas Muster - gitary; Thom Blunier - gitara prowadząca; Roger Tanner - perkusja; Oli Linder - gitara basowa

Produkcja: Thom Blunier

Pamiętam, jak pod koniec lat '90 zrobiło się głośno na temat powrotów kilku gwiazd hard rocka sprzed ponad dekady. Większość z nich nie była zbyt udana, a kiedy starzy wyjadacze zawodzą, wzrok i słuch kierują się naturalnie w stronę młodszych muzyków. W 2001 taki "mniej znany" zespół, szwajcarska Shakra, nagrał jedną z najlepszych płyt w swojej dyskografii i zarazem jedną z najciekawszych pozycji owego roku. Power Ride, sam tytuł i okładka już dużo mówią, spodziewać się wręcz należy hard rockowej jazdy i takąż jazdę właśnie otrzymujemy.

Pierwsze dwa studyjne wydawnictwa Shakry nie do końca mnie przekonały. Były dobre, ale nie rewelacyjne. Sytuacja zmienia się wraz z tym krążkiem, kiedy muzycy wiedzą już, w jakim kierunku chcą podążać. Tytułowe Power Ride to w zasadzie krótkie intro, niezbyt typowe, bo zamiast jakichś tajemniczych odgłosów czy szumów wita nas przesterowana gitara. Słychać drapanie kostką po strunach, efekt wzmaga jeszcze dodatek w postaci phasera lub czegoś do niego podobnego. Wchodzi wreszcie wyborny numer Why Don't You Call Me i to w nim jest ten charakterystyczny drive, jakiego spodziewaliśmy się po poprzedniku. Jest też dość specyficzny riff, który stał się niejako znakiem rozpoznawczym zespołu. Chłopaki grają tak tutaj i będą tak grać jeszcze na następnym krążku. Wypada wspomnieć o wokaliście - Pete Wiedmer pojawia się na tej płycie po raz ostatni, bowiem miał problemy ze zdrowiem i epilepsja powodowała, że zapominał słowa utworów. Jego głos ma odpowiednią barwę i pasuje idealnie do prezentowanego przez grupę materiału. Gdybym miał go jakoś scharakteryzować, powiedziałbym, że jest to coś pomiędzy gardłowymi z niemieckiego Bonfire i fińskiego Shotgun Messiah (myślę zresztą, że muzyka formacji powinna spodobać się fanom tychże zespołów). Chłopaki nie spuszczają z tonu i serwują nam kolejny energetyczny kawałek - Watching You. Stylistycznie aż tak daleko od poprzedniego nie odbiega, choć jest nieco wolniejszy. Przy okazji można wyłowić dość specyficzną cechę zespołu - ewidentnie gra on w tym samym stylu, w jakim grało wiele zespołów na początku lat '90 (Pretty Maids czy Victory, by się zbytnio nie rozpisywać). Jest to postawienie na całość, rezygnacja z klawiszy i budowanie brzmienia na ostrych, acz zazwyczaj dynamicznych partiach gitar. Jakby na potwierdzenie tej tezy przychodzi następne danie - The Sun Will Shine. Ostro, ale melodyjnie, muza typowo męska, choć ze względu na melodykę może również podobać się niewiastom. Zresztą o paniach zespół nie zapomniał i zaraz po tym utworze zagrał balladę Out In The Rain. Po tych dawkach mocnej jazdy miło jest usłyszeć coś takiego, gdyby nie takie zwolnienia nawet energetyczne kompozycje wydawałyby się monotonne. Ze względu na przebojowość płyty wszystkie zawarte tu numery powinny być rotacyjnie puszczane w radiu i z tego co pamiętam, od tego albumu zrobiło się ogólnie głośniej o zespole, wydawnictwo dotarło nawet do godnych uwagi list sprzedaży. In Your Eyes jest swego rodzaju zapowiedzią następnego krążka, gdzie podobnych zagrywek będzie więcej. Zwrotki pod względem wokalnym kojarzą mi się ze wspomnianym wcześniej Shotgun Messiah, gitarowo tylko po części, gdyż mniej tu jest wstawek, jakie występowały obficie u Finów. W sumie jest to jeden z moich ulubionych numerów, przy czym warto zaznaczyć, że wybór faworytów jest tu znacznie utrudniony, bo po prostu na albumie aż roi się od dobrych kompozycji. Od reszty odstaje trochę kolejny Get It All Out, ale nie dlatego, że jest niby gorszy, tylko z powodu eksploatowania rejonów już wcześniej wyeksploatowanych. Brzmi to trochę jak powtórka z rozrywki, ale jeśli kogoś to męczy, to może wcisnąć klawisz pauzy, pójść po kolejnego browara i wyskoczyć po pizzę. Po powrocie oczywiście słuchamy płyty dalej. Teraz robi się bardziej rock'n'rollowo, nadciąga A Dollar Too Much. Można się trochę pobujać i spalić nieco kalorii po wspomnianych browarach i pizzy ;). Jeszcze jeden dynamiczny numer z partią basu pracującą dzielnie non stop. Wspomnę przy okazji o brzmieniu, które jak na rok produkcji jest po prostu bombowe. Słucha się tego i nie sposób nie odnieść wrażenia, jakoby było to wydawnictwo z lat '80. W She's My Pride doszukać się można podobieństw do Victory i Bonfire, ten sam typ przebojowości. Są wzniosłe chórki, gitary dbają o odpowiedni klimat, nawet solówka utrzymana jest w niemal identycznym stylu. W Tell Me główna rola przypada wokaliście, który daje z siebie wszystko, reszta zespołu gra bardzo dobrze, tyle tylko że sam kawałek nie wyróżnia się zbytnio spośród reszty. Owszem, melodie są tu inne niż uprzednio, ale ogólna stylistyka gry pozostaje wciąż ta sama. Nie oznacza to bynajmniej, że sama kompozycja jest do bani. Pasuje do całej płyty idealnie i z pewnością spodoba się słuchaczowi. Lepiej jest w The Way Back Home, tym razem grupa zadbała o większe urozmaicenie całości i przemyciła kilka ciekawych patentów. Mimo tego nie trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko co najlepsze zostało już zamieszczone na początku albumu, a reszta dokomponowana została na zasadzie "niech będzie, skoro tylko pasuje stylistycznie do płyty". I znowu nie chciałbym być źle zrozumiany, kawałek to więcej niż przyzwoity i kogo ujęła pierwsza połowa wydawnictwa, temu spodoba się także jego końcówka. Too Close pasowałby chyba bardziej na kolejny krążek i w sumie odbieram go jako zapowiedź Rising, zwłaszcza teraz, po latach. Co do treści, to mógłbym teraz powtórzyć te same uwagi, co przed chwilą. Jakiś szczególny killer to nie jest, ale też żadna klapa. Ot, całkiem niezły numer. Ostatnie w zestawie Take My Hand to taka ballada, o tyle nietypowa, że nie ma tu perkusji, ani partii gitary basowej. Same gitary akustyczne i wokal. Nie powiem, ma to swój urok, zwłaszcza że gardłowy śpiewa też nieco inaczej niż dotychczas. Nawet lubię takie granie, o ile nie występuje za często. Tym razem jest to tylko jeden taki kawałek na krążku, więc nie mam nic przeciwko niemu i traktuję go jako swego rodzaju smaczek.

Jedno z lepszych dzieł początku XXI wieku, z pewnością godne nie tylko wysłuchania, ale i zakupu. Shakra nagrała bardzo dobry, składny album, dając tym samym przykład tego, że jak się chce, to można. Wiele uznanych sław mogło w owym czasie popatrzeć na Szwajcarów operujących w niezbyt przychylnym dla hard rocka okresie, tymczasem jedne dinozaury nagrywały kiepskie płyty, a inne nie nagrywały ich wcale. Naprawdę niesamowity krążek, którego wartość podnosi jeszcze data jego wydania.

Oficjalna strona zespołu: www.shakra.ch