Michael Bormann - Capture The Moment

Michael Bormann - Capture The Moment

Wydawca: RMB Records / AOR Heaven / Soulfood Music
Rok wydania: 2000

  1. When Push Comes To Shove
  2. Friends Of A Lifetime
  3. Come Take Me Higher
  4. Live Your Life
  5. I Wanna Hear Your Voice
  6. Half Way Down
  7. I Will Hold The Line
  8. Love Is Magic
  9. Glory And Pain
  10. Don't Bother Me
  11. Doing Or Not
  12. Still Haven't Found It
  13. For Just A Little While
  14. Go Going Gone

Skład: Michael Bormann - śpiew, perkusja, gitary, gitara basowa, instrumenty klawiszowe; Andreas 'Rippel' Rippelmeier - gitary
Gościnnie: Chris Ivo, Eric Ragno, Niklas Olssen, Marco Grasshoff - instrumenty klawiszowe; Sabine Edelsbacher, Sonja Rippelmeier - śpiew; Guido Gallus - dodatkowe partie perkusji; Bobby Stöcker - dodatkowe solówki gitarowe; Tommy Denander - dodatkowe partie gitar, gitary basowej i instrumentów klawiszowych; Lanvall - dodatkowe solówki gitarowe

Produkcja: Michael Bormann

Michael Bormann znany jest przede wszystkim jako były wieloletni wokalista Jaded Heart, chociaż angażował się też w liczne projekty) m. in. Bloodbound, Redrum) i wspierał różne zespoły (swego czasu nawet Bonfire). W ciągu ostatnich kilku lat wydał tez trzy płyty solowe, z czego ostatnia, Capture The Moment to wydawnictwo tegoroczne. Produkcja stoi tu na wyższym poziomie niż na pochodzącym sprzed dwóch lat krążku Conspiracy, same kompozycje wydają się aż tak od niego nie różnić.

When Push Comes To Shove otwiera płytę i udowadnia, że Michael wciąż ciepło wspomina czasy pierwszej płyty Jaded Heart. Numer powinien spodobać się też fanom wolniejszych nagrań Bondire i chyba wszystkiego, czego tylko tknął się Bormann. Jest to taki melodyjny hard rock silnie zahaczający o AOR, granie pełne melodii, raczej spokojne, bez szaleństw i zarazem przemyślane. Nasuwają się też pewne porównania z trójką Wingera. Jakieś klimaty wschodnie, ale to na zmyłkę, bo dalej wchodzi coś w klimatach starych Leppardów. Tak zaczyna się kolejne Friends For A Lifetime, pozycja raczej przeciętna jak na możliwości głosowe Bormanna, choć poprawnie zagrana i znośna. Po prostu dobra, zaś nie rewelacyjna. W nieco szybsze tempo wprowadzi nas Come Take Me Higher, przy czym wciąż jest leppardowo, nadal bez szaleństw. Dla ozdoby Michael zdecydował się wzbogacić utwór o klawisze przypominające klimatycznie kapele gotyckie. Dzięki temu momentami mamy tu nastrój rodem jak z jakiegoś dreszczowca. Ostrzej i ciężej jest w Live Your Life, ale słychać, że wokalista upodobał sobie granie w raczej wolnych tempach, bo i tu na jakieś szybsze zagrywki nie mamy co liczyć. Dobry kawałek, zwłaszcza jak na dzisiejsze czasy, choć obawiam się, że w konkurencji z hitami z lat '80 nie miałby zbyt dużych szans na przeżycie. To samo można powiedzieć o nadciągającej balladzie, I Wanna Hear Your Voice, niestety. Z jednej strony jest poprawnie zagrana i spełnia założenia gatunkowe, z drugiej jej wadą jest to, że nieszczególnie zapada w pamięć. W pamiętnych latach '80 było wiele ballad, które aż po dziś dzień gdzieś nam w duszy grają, są wręcz niezapomniane. Nie wiem natomiast, czy tę piosenkę będę jeszcze pamiętał za choćby miesiąc. Początek Half Way Down zwiastuje typowy AOR, ale dalej tempo wreszcie przyspiesza, przez co kawałek, a nawet płyta jako taka nabiera właściwej dynamiki. Takich to zagrywek mi tutaj brakuje i chętnie usłyszałbym ich więcej. Dzięki temu kompozycja staje się zresztą moim faworytem z całego zestawu. Pianino plus gitarowy riff na przesterze i nieco stylistyki przestrzennej to patent na kawałek I Will Hold The Line. Myślę, że nie powstydziłoby się czegoś takiego Royal Hunt, a refren bliższy jest już dokonaniom topowych wykonawców lat osiemdziesiątych. W połowie płyty Bormann rozkręcił się i wyszło to wydawnictwu na dobre. Jeszcze jedna ballada na krążku - Love Is MagicNiespecjalnie za nią przepadam, bo choć są tu pewne podobieństwa do starego Bon Jovi czy Def Leppard, to także jest w tym coś z New Kids On The Block (był kiedyś taki boys band, promowany na siłę i może stąd moja niechęć do tego kawałka). Wysłuchanie tego wymaga sporo cierpliwości, na szczęście nic nie trwa wiecznie i nadchodzi kolejne Glory And Pain. Tempo nieco szybsze, klawisze wybrzmiewają bardziej majestatycznie, wokale trochę pod Kipa Wingera, po prostu znacznie lepiej. Sam kawałek plasuje się stylistycznie gdzieś pomiędzy Bonfire a Valentine i słucha się go dobrze, zwłaszcza w okolicach refrenu. Jedna z pozycji, które aż się proszą o ponowne odsłuchanie. Następne w kolejności Don't Bother Me jest bardziej żwawe i zaczyna się od zabawy gitarzysty z efektem Wah-Wah. Dalej wchodzą damskie wokale i przeplatają się z głosem Michaela. Zapewne kobiecy głos miał być tu jakiegoś rodzaju atrakcją, ale w moim odczuciu nie za bardzo pasuje do stylistyki utworu. Nawet jeśli pomysł był dobry, to jego realizacja raczej nawaliła. Doing Or Not to najbardziej hard rockowy kawałek w secie. Przypomina coś w klimatach Europe między Out Of This World a Prisoners In Paradise, z domieszką odrobiny wokali leppardowskich. Powinien przypaść do gustu fanom właśnie takiego grania. Powrót do AORu następuje w Still Haven't Found It i zarazem dostajemy jeden z najlepszych numerów na krążku. Więcej w nim feelingu, słychać, że nie został odegrany na odczepnego, że muzycy bardziej się postarali. Tego trochę brakowało w poprzednich kompozycjach. Wstęp do For Just A Little While straszy swoim nowoczesnym początkiem, ale tylko chwilę (zupełnie jak w tytule), dalej to już mocny kawałek, bardziej dynamiczny i cud, że zachowano go na koniec płyty. Zdecydowanie powinien zostać przesunięty na początek wydawnictwa, może niekoniecznie na pozycję pierwszą, ale niedaleko niej. Solidna dawka energii, aż miło tego słuchać. Go Going Gone to ballada zamykająca album, Wypada znacznie lepiej ballad z pierwszej połowy zestawu, więc automatycznie pojawia się po raz kolejny pytanie, co ten numer robi na tak dalekiej pozycji. Może i jest w tym jakaś taktyka - jeśli zamieści się najlepsze kawałki na samym końcu krążka, to słuchacz szybko sięgnie po płytę, by jej jeszcze raz posłuchać. A co, jeśli nie wytrzyma tak długo, znudzi się kilkoma pierwszymi kompozycjami i wyłączy odtwarzacz, zanim jeszcze przeboje zdąrzą się pojawić? Jak to się mówi - ryzyk-fizyk.

Dzieło dobre, może nawet bardzo dobre, z pewnością jednak nie rewelacyjne. Zdaję sobie sprawę, że muzykowi z tak długim stażem może być trudno wymyślić jeszcze coś nowego, czy nawet utrzymać doskonałą formę. Nie każdy nagrywa wspaniałe płyty jedna za drugą. Pocieszający jest fakt, że potencjał Bormanna jeszcze się nie wyczerpał, że sam muzyk się nie poddaje i że jest wierny wciąż temu samemu gatunkowi. Jedno z lepszych wydawnictw tego roku, choć nie z tych najlepszych.

Oficjalna strona artysty: www.michaelbormannpage.de