Roxx Gang - The VooDoo You Love

Roxx Gang - The VooDoo You Love

Wydawca: Perris Records
Rok wydania: 1995

  1. Daddy's Farm
  2. Stone Dead Drunk
  3. Time Bomb
  4. Hot For Love
  5. Silver Train
  6. Can't Catch Me
  7. What You See
  8. Be Your Man
  9. Shame On Me
  10. Hot 'Lanta
  11. Thick As Thieves
  12. Meanwhile Back At The Ranch

Skład: Kevin Steele - śpiew; Stacey Blades - gitara, chórki; Dorian Sage - gitara basowa; Tommy Wedder - perkusja, chórki

Produkcja: The Roxx Gang

Ileż to było zespołów hair metalowych startujących pod koniec lat '80, które nie zrobiły wielkiej kariery w owym okresie? Były ich setki, może nawet tysiące, po prostu zaczynały zbyt późno. Jednym z nich był Roxx Gang. Wprawdzie wydał jedną płytę już w 1988 r., jednak na kolejną - The VooDoo You Love, trzeba było czekać aż do połowy lat dziewięćdziesiątych. Jest to pozycja skierowana do słuchaczy takich gatunków jak sleaze i glam, o silnych wpływach bluesa i rock'n'rolla.

Pianinko z epoki kina niemego i zaczyna się rock'n'rollowo bigbeatowa uczta o tytule Daddy's Farm. Jak na mój gust, to nie pasuje tu barwa głosu wokalisty i chyba jest on najsłabszym ogniwem w zespole. Sam kawałek się broni, ma niezłą solówkę i sporo się w nim dzieje. Końcówka ma zdecydowane inklinacje bluesowe. Wszystko przypomina mi nieco Extreme, nawet wokalnie, ale tutaj zdecydowanie uniknięto wpływów funkowych. Stone Dead Drunk (Again) to bardzo dobry numer sleazowo-glamowy, ale ponownie mamy problem z wokalem. Z drugiej strony w kapelach glamowych zazwyczaj wokaliści nie byli wysokich lotów, więc fani tej muzyki na pewno nie będą do tego przykładali dużej wagi. Zważywszy na rok wydania płyty, jest to muzyka naprawdę przednia, bo ile było grup tak grających w owym okresie? Z inspiracji klasyką w tym gatunku można wskazać chociażby Poison, Britny Foxx czy Gypsy Rose. Coś jakby wziętego z Guns N' Roses mamy w Time Bomb, zwłaszcza w wokalach. Partie gitar wypadają dość ciekawie, mianowicie brzmią jakby membrany w głośnikach były już naderwane, albo chociaż zasłonięte jakąś tekturą. Hot For Love zaczyna się bluesowo, dalej przechodzi w stylistykę sleazową. Powinno zadowolić miłośników takich kapel jak Cinderella i Sleeze Beez, ale też The Cult czy Slaughter. Gitarzyści odwalają tu kawał naprawdę dobrej roboty, basista również nie śpi i po raz kolejny zawodzi tylko frontman. Kolejne Silver Train to typowo country-bluesowa ballada, niczym szczególnym nie wybijająca się ponad inne podobne w tym stylu. Nie miażdży w fotelu, ale też jest niczego sobie, z pewnością jest to bardzo poprawnie skomponowany i odegrany utwór. Tym razem Kevin sprawdza się doskonale w takim repertuarze i obiektywnie nie można się do niego o nic przyczepić. Can't Catch Me jest jeszcze jednym poprawnym numerem o znamionach rock'n'rolla, niestety pozbawionym jakiejkolwiek oryginalności i również niestety - zagranym jakoś tak "bezjajecznie". Takich kawałków słyszałem już tysiące, a było ich tyle pewnie dlatego, że nie są zbyt trudne do zagrania. Nie mam nic przeciwko takim kompozycjom, ale oczekuję, że jak już są grane, to niech przynajmniej będą grane z czadem... jak kolejne What You See. Tutaj chłopakom wróciła forma i choć nadal nie grają niczego nadzwyczajnego, jest jednak w tym jakaś energia. Ten numer musi brzmieć potężnie w wykonaniu koncertowym i pewnie z myślą o występach na żywo został skomponowany. Jeszcze lepiej będzie w Be Your Man. Już tytuł wskazuje na to, że docelowym słuchaczem ma być płeć piękna, nic dziwnego więc, że chłopaki przypomnieli sobie, że jednak mają jajka ;) Chętnie posłuchałbym tego na odpowiednio dużej głośności, niestety ze względu na upierdliwych sąsiadów nie jest to możliwe... Shame On Me ma w sobie coś z Ratt, choć refrenem nawiązuje bardziej do klasyków KISS, ogólnie jednak jest to dość typowy kawałek dla lat '80, bardziej klubowy niż płytowy rzekłbym. No i przede wszystkim zagrany 10 lat po tym, jak podobnie zagrali już inni. No i następny bluesik, slide leje się kaskadami w Hot 'Lanta. Taaak, Cinderella w Atlancie, trochę też w tym gunsów z jedynki i co nie co z Junkyard. Bajerancko zaaranżowano partie solówki, podzielonej jakby na dwie gitary i przy uzyskaniu efektów stereofonicznych. Przyznam się nieśmiało, że uwielbiam wyszukiwać takie smaczki w utworach. "Przymulone" gitary na wstępie i leci Thick As Thieves, niestety ponownie nieciekawa kompozycja, typowy zapychacz, z jakich niestety w większości ta płyta się składa. Flaki z olejem, strasznie niemrawe granie. Po co na siłę wrzucać na krążek 12 kawałków, kiedy ma się niewiele ciekawego materiału do zaoferowania, może lepiej byłoby wydać po prostu EP-kę? W międzyczasie wrócimy na ranczo... Meanwhile Back At The Ranch znowu prezentuje dobrą formę zespołu, ale musiałbym powtórzyć te same uwagi, co w przypadku pierwszego numeru. Mamy tutaj z kolei najlepszą solówkę na całym albumie (bardzo podobną do jednej zagranej niegdyś przez Cacophony notabene), aż dziw bierze, że poza znanymi wirtuozami ktoś w 1995 r. jeszcze tak grał. I na koniec kawałka prawie że powtórka z rozrywki. Miód, malina.

Patrząc na to wydawnictwo z pewnego dystansu mamy tu "fifty-fifty", połowa kawałków jest nędzna, a połowa dobra, nieliczne bardzo dobre. Takich płyt była cała masa, ale z drugiej strony rok wydania jest tu pewną okolicznością łagodzącą. Nie jest to pozycja z serii "musisz mieć", ale jeśli istnieje możliwość taniego okazyjnego zakupu, to chyba nie należy zbytnio się wahać. Można mieć.

Oficjalna strona zespołu: www.roxxgang.com