
George Lynch - Sacred Groove
Wydawca: Elektra Entertainment / WEA
Rok wydania: 1993
- Memory Jack
- Love Power From The Mama Head
- Flesh And Blood
- We Don't Own This World
- I Will Remember
- The Beast Part I
- The Beast Part II (Addiction To The Friction)
- Not Necessary Evil
- Cry Of The Brave
- Tierra Del Fuego
- Satan's Shorts [japoński bonus track]
- Shake My Rattle [japoński bonus track]
Skład: George Lynch - gitary, sitar, chórki; Jeff Pilson - gitara basowa, fortepian; John Cunniberti - efekty specjalne, chórki; Chris Solberg - gitara basowa; Denny Fongheiser - perkusja i instrumenty perkusyjne; Ray Gillen - śpiew; Chris Fuhrman - mellotron; Matthew Nelson - śpiew; Gunnar Nelson- śpiew; Byron Geither - organy; Mandy Lion - śpiew; Little John Chrisley - mellotron, harmonijka; Sam Fear - fletnia Pana (syringa); Glenn Hughes - śpiew; Pattie Brooks - śpiew; Private Property - chórki; Daryl Gable- gitarowe solo w [10]; Tommy Hendricks - gitara basowa; Tony Menjivar - kongi i bongosy
Produkcja: John Cunniberti
Solową płytę Lyncha zakupiłem właściwie dla dwóch numerów, które podobały mi się od zawsze. Trafiła się okazja bardzo taniego zakupu, więc nawet długo się nie zastanawiałem. Zawartość całego krążka była mi znana wcześniej, wpadła bowiem w moje ręce w postaci zestawu utworów mp3. Już po zakupie odsłuchałem wszystko znacznie dokładniej, na wysokiej klasy sprzęcie Hi-Fi i, jak się okazuje, spodobała mi się większość materiału.
Muszę przyznać, że George nagrał dokładnie takie wydawnictwo, jakiego oczekiwali od niego fani. Kompozycyjnie jest tu mieszanka tego, co gitarzysta prezentował na albumach Dokken (z okresu Back For The Attack) i Lynch Mob (z czasów Wicked Sensation), oczywiście wszystko z jeszcze większą dawką gitar. Seria zgrzytów i skrzypów wygenerowana gitarą i wspomagana elektroniką to otwierające płytę intro o tytule Memory Jack. Jak w przypadku większości tego typu wstępów nie jest to standardowa piosenka, ale dobrze się tego słucha. W tym szaleństwie jest metoda, bo zaraz potem następuje instrumentalny numer Love Power From The Mama Head, jak dla mnie największy hit z krążka. Duża dawka gitarowego wymiatania na bardzo wysokim poziomie, coś w stylu Mr. Scary, ale nawet lepsze. Fani tamtego kawałka i amatorzy shreddingu będą tym zachwyceni, brzmieniowo przypomina to sporo "ekstremistycznego" Satrianiego, nic dziwnego, gałkami kręcił John Cuniberti. Z kolei Flesh And Blood to pozycja dla miłośników równomiernego i rytmicznego walenia w centralki. Wypada to znacznie lepiej niż podobne bezmyślne zagrywki w zespołach power metalowych, niestety pod względem wokalnym nie wygląda to zbyt ciekawie. Znacznie lepiej wypadnie natomiast w We Don't Own This World, wierni fani Tyketto powinni być partiami wokalnymi zachwyceni. Najsilniejszym momentem tego utworu jest moim zdaniem solówka, zmyślna, konkretna i przede wszystkim pasująca do zawartości piosenki. Przy okazji zastanawiałem się, dlaczego Lynch nie nagrał albumu całkowicie instrumentalnego, jak to zazwyczaj robią inni wioślarze. Może ze względów komercyjnych, płyta z wokalistą ma zawsze większe szanse na lepszą sprzedaż. Na szczęście instrumentali tutaj nie zabrakło, stanowią one około 1/3 materiału. Wśród nich wyróżnia się też kolejny I Will Remember. Bardzo wysmakowana kompozycja, na wpół balladowa, oparta po części na czystych brzmieniach gitar, choć grana na elektrykach. Brzmieniowo trochę pod The Shadows, ale i bluesująca, do tego jakiś cień melancholijnego sentymentalizmu coś jak Chris Rea. Cudo. No i niestety zaraz po tym podwójne nieporozumienie, "dwie bestie", The Beast Part I i The Beast Part II. Tutaj to Lynch wynalazł nu-metal i industrial razem wzięte. Stylistycznie blisko temu do repertuaru White Zombie czy solowych dzieł Roba (demoniczne wokale z charakterystyczną chrypą), chociaż gitary niby grają hard rockowo, tyle tylko że bardzo wolno i na przymulonym brzmieniu. W pierwszej bestii znaleźć można natomiast dość ciekawy fragment utrzymany w klimatach orientalnych, coś dla tych którzy lubią brzmienie sitaru. Witaj Arabio, opowiedz coś jeszcze Szeherezado, bardzo ładny taniec brzucha Fatimo ;). Druga bestia we wstępie to chyba nabijanie się z kapel black metalowych, bardzo specyficzny skrzek, w Norwegii parę lat później wysypało się kilka setek grup tak "śpiewających". Powrót do normalnego grania następuje wraz z Not Necessary Evil, ale nie jest to zbyt ciekawa pozycja. Ot takie poprawne rockowe granie, gdzieś nawet z pogranicza country, dość typowe dla muzyki z USA. Wydaje mi się, że George chciał na tym albumie pokazać się jako muzyk uniwersalny i właściwie mu się to udało. Jeden z kawałków, dla których kupiłem to wydawnictwo, to Cry Of The Brave. Znakomite dzieło, rewelacyjnie wypadł tu na wokalu Glenn Hughes, głos jak kryształ, czyżby zapraszając Glenna Goerge chciał coś udowodnić Donowi Dokkenowi?. Stylowo i brzmieniowo ten numer przypomina czasy Wicked Sensation mafii Lyncha (czy też bandy linczowników). No i na koniec totalna niespodzianka, Lynch zapuszcza się w rejony latyno-amerykańskie. Grając Tierrda Del Fuego daje prztyczka w nos Carlosowi Santanie i pokazuje, że tez tak potrafi grac, w dodatku na wyższym poziomie technicznym (np. rewelacyjny fragmencik zagrany na flażoletach). Niemniej jednak słychać, że George to muzyk rockowy, Santana mimo wszystko w swoją grę włożył więcej uczucia, no ale nie każdy rodzi się przecież Latynosem.
Krążek bardzo udany, Lynch pokazuje się tutaj z różnych stron jako gitarzysta i kompozytor, do tego jeszcze całość jest dobrze wyprodukowana. Co najciekawsze, z czystym sumieniem mogę polecić ten album fanom hard rocka i ogólnie tym, którzy lubią melodyjne gatunki muzyczne i zarazem preferują rockowe granie. Jeśli uda Wam się znaleźć tę płytę w przyzwoitej cenie, bierzcie śmiało, bo warto.
Oficjalna strona artysty: www.georgelynch.com