Rockarma - Rockarma

Rockarma - Rockarma

Wydawca: Rockelly Music / Metal Mayhem
Rok wydania: 2005

  1. Each Other
  2. Rock All Night
  3. That's All
  4. Feels Like I'm Falling
  5. The Other Side
  6. Honestly
  7. Fool Inside
  8. Bush Party
  9. Our Love Is Here To Stay
  10. I'm Lost

Skład: Damon Kelly - śpiew, gitara; Allen McKenzie - gitara basowa; Michael Foster - perkusja i instrumenty perkusyjne; Bill Leverty - aranżacje strunowe

Produkcja: Bill Leverty

Można by rzec, że Rockarma zaczynała jako grupa pół kanadyjska, pół amerykańska. Kanadyjczyków wspomogli koledzy z amerykańskiego zespołu Firehouse - perkusista Michael Foster i gitarzysta Bill Leverty, który odpowiada też za produkcję debiutanckiego krążka. Wpływ Strażaków jest tu wyraźnie słyszalny, niestety brzmienie i kompozycje w niewielkim stopniu nawiązują do pierwszych wydawnictw ekipy Leverty'ego, bliżej im za to do tych ostatnich.

A jaka jest cała płyta? Szczęśliwie dużo lepsza niż jej okładka, choć jakiejś rewelacji także nie ma się co spodziewać. Poza wpływem wspomnianego nowego oblicza Firehouse da się też wyczuć pewne nawiązania do choćby co niektórych kompozycji Enuff Z'Nuff i kilku innych znanych załóg, z tego powodu wydawnictwo może spodobać się miłośnikom party rocka i gatunków pokrewnych. Najsłabszym ogniwem pozostaje brzmienie krążka, na szczęście ten mankament zostanie wyeliminowany przy okazji drugiego dzieła formacji. Początek Each Other opiera się na porządnym rock'n'rollowym riffie, ale takie zagrywki są już osłuchane tysiące razy. Dalej zespół zdaje się podążać śladami Poison, czyli jest w tym trochę rocka i masa glamu. Jeśli miałbym komuś ten numer polecić, to właśnie docelową grupą słuchaczy byliby fani Poison. Niemal identycznie ma się rzecz z kolejną w secie pozycją, czyli Rock All Night. Znów imponujący wstęp, który tym razem tworzy ciekawa linia gitary basowej (efekt byłby piorunujący, gdyby zatroszczono się o lepsze brzmienie), a potem reszta nagrania przeradza się w dość sztampowy party rock. Jest w tym coś z The Cult i coś ze stylu ekipy Breta Michaelsa. Mimo wszystko kawałek robi lepsze wrażenie od swego poprzednika. Podobnie, a zarazem nieco inaczej, będzie w That's All, ale teraz kapela zmierza w kierunku wyznaczonym przez Mötley Crüe, gdzieś pomiędzy Same Ol' Situation (S.O.S.) a Girls Girls Girls. Różnica jest jednak w partiach wokalnych, którym bliżej do glamowych wynurzeń z lat '70, po prostu głos Kelly'ego nie brzmi tak ekspresyjnie jak wokale Neila. Za nadzwyczaj udany numer można uznać Feels Like I'm Falling. Rozpoczyna się od naprawdę niezłego balladowego wstępu, by przejść w przyjazny radiowej edycji rockowy utwór. Dobrze słucha się takich rzeczy właśnie z radia podczas nie za szybkiej jazdy samochodem, kiedy do pokonania pozostaje jeszcze sporo kilometrów, ale zarazem nikomu się nigdzie nie spieszy. Technicznie bez fajerwerków, pod względem kompozycyjnym jednak bardzo składnie. W The Other Side zdecydowano się grać nie za mocno i nie za ostro, pozostając mimo wszystko w stylistyce rockowej. Taki numer byłby dobrym rozpoczęciem jakiegoś koncertu, choć już nie jego głównym daniem, czy nawet deserem. Dość pospolite granie w tym gatunku, na szczęście wpadające w ucho i dostarczające rozrywki, a przecież o to właśnie w party rocku chodzi. Tytuł Honestly wzbudził we mnie pewne obawy, że może to być cover znanej, choć niezbyt przeze mnie lubianej ballady Strypera. Nie, nie jest to cover tego kawałka, ale i tutaj mamy do czynienia z ckliwą balladą, która niezbyt do mnie trafia. Ja muszę być w szczególnym nastroju do słuchania pościelówek, ale nawet jak jestem, to znajdę kilkadziesiąt lepszych nagrań utrzymanych w takim nastroju. Z drugiej strony, kobietom może się to spodobać. Rozczarowuje trochę Fool Inside i to z kilku powodów. Riff rozpoczynający utwór i przewijający się w zwrotkach jest niesamowity, ale cały potencjał ścieżki został zmarnowany przez niezbyt żywiołowe linie wokalne i pasujące "średnio na jeża" pozostałe zagrywki, że nie wspomnę o mało porywającym refrenie i w ogóle o brzmieniu, ale to ostatnie akurat dokucza całemu wydawnictwu. Szkoda. Bush Party to standardowe rock'n'rollowe granie i nie znajdziemy tu niczego nadzwyczajnego. Wpada jednym uchem i wypada drugim. Może, gdyby tak wokalista bardziej się postarał i włożył w aranżacje i wykonanie swoich partii więcej energii, wyszłoby z tego coś lepszego, a tak mamy raptem w miarę przyzwoity zapychacz. Silnie nacechowane glamem lat '70 pod względem wokalnym wydaje się być Our Love Is Here To Stay, numer zagrany na łagodnym brzmieniu gitar. W sumie nie powstydziłoby się tego nawet pochodzące z innej bajki Beach Boys. Mimo iż jest to granie melodyjne, kompletnie nie trafia w mój gust. Płytę zamyka kompozycja I'm Lost, którą przesunąłbym gdzieś w okolice środka całego zestawu, gdyż jest znacznie lepsza niż chociażby jej dwie poprzedniczki. Pojawiają się tu hard rockowe riffy niby to rodem z Whitesnake z czasów Whitesnake 1987, przeplatane gdzieniegdzie knajpianym bluesem, diabeł tkwi jednak w szczegółach, a tutaj takim szczegółem są partie wokalne, nie mające nic a nic wspólnego z głosem Coverdale'a. To akurat żadna wada, choć wymagałbym po raz kolejny od wokalisty nieco więcej żywiołowości. Linie perkusji przypominają natomiast Firehouse ze starych dobrych czasów. Ogólnie moim zdaniem jest to jeden z najlepszych kawałków na krążku.

Jeśli zestawić ze sobą dwa pierwsze albumy Rockarmy, to zdecydowanie wygrywa płyta numer dwa, chociaż uczciwie trzeba przyznać, że jak na debiut jedynka jest całkiem udana. Dokucza płaskie brzmienie całości i niedobory energii wśród znacznej części kompozycji na krążku. Jeśli ktoś nie jest pod tym względem szczególnie wybredny i szuka zwyczajnie dobrego party rockowego wydawnictwa, może mimo moich narzekań śmiało sięgnąć po debiut Kanadyjczyków.

Oficjalna strona zespołu: www.rockarma.com