
Ratt - Detonator
Wydawca: Atlantic
Rok wydania: 1990
- Intro To Shame
- Shame, Shame, Shame
- Lovin' You's A Dirty Job
- Scratch That Itch
- One Step Away
- Hard Time
- Heads I Win, Tails You Lose
- All Or Nothing
- Can't Wait On Love
- Givin' Yourself Away
- Top Secret
Skład: Stephen Pearcy - śpiew; Warren DeMartini - gitary, instrumenty klawiszowe, chórki; Robbin Crosby - gitary, chórki; Juan Croucier - gitara nasowa, chorki; Bobby Blotzer - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Jon Bon Jovi - chórki; Desmond Child - chórki; Myriam Naomi Valle - chórki; David Garfield - syntezatory i instrumenty klawiszowe; Steve Deutsch - syntezatory
Produkcja: Sir Arthur Payson
Muzycy z Ratt nie byli do końca zadowoleni ze współpracy z Beau Hillem przy okazji poprzedniego krążka, Reach For The Sky, do produkcji piątego albumu studyjnego zatrudnili więc Sir Arthura Paysona. Krytycy różnie podeszli do Detonatora, zwłaszcza jeśli chodzi o jego brzmienie. Jedni zachwycali się hair metalową przebojowością, inni zarzucali grupie brak żywiołowości, jaka udzieliła się na wcześniejszej płycie.
Sam nie wiem, jak to się stało, że nie napisałem tej recenzji już kilka lat temu, chociaż miałem to w planach. Teraz, kiedy zbliża się premiera nowego dzieła powracającego w chwale zespołu, nadarza się dobra okazja, by po latach przyjrzeć się ponownie Detonatorowi. Tak więc album ukazał się w połowie roku 1990, czyli jeszcze na długo przed grunge'ową powodzią, a jednak nie osiągnął statusu platyny jak jego poprzednicy. Fakt to zadziwiający tym bardziej, że do wspólnego komponowania grupa zaprosiła znanego "hitmakera" Desmonda Childa, w jednym z utworów zaśpiewał w chórkach Jon Bon Jovi, a do tego jeszcze przy jednej z piosenek maczała palce Diane Warren. Cóż, może coś wisiało w powietrzu... Wydawnictwo otwiera apetyczne Intro To Shame, gdzie na tle sprzężeń pojawiają się króciutkie, bluesowe solówki. No i od razu rusza Shame, Shame, Shame, jedna z najbardziej charakterystycznych kompozycji na tej płycie i zarazem jedna z najszybszych, jakie kiedykolwiek zespół nagrał. Brzmieniowo nie odbiega to zbytnio od czasów Reach For The Sky, natomiast czuć podbicie tempa w nagraniu. Pearcy śpiewa ze sporą radością w głosie, znaną zresztą chociażby z takiego I Want A Woman, z tym że tutaj dochodzi jeszcze quasi-sleazowa maniera, przez co partie wokalne wypadają tak, jakby Stephen kogoś przedrzeźniał. Bez wątpienia jest to jeden z najbardziej charakterystycznych wokalistów rockowych i choć wielu innych śpiewaków próbowało podrabiać swoich kolegów po fachu, to nie przypominam sobie, by ktoś zabrzmiał podobnie do gardłowego Ratt. Trzecie w kolejce jest Lovin' You's A Dirty Job, które to nagranie wybrano do promowania krążka teledyskiem. Do tej pory zachodzę w głowę, dlaczego akurat ten numer, wszak w moim mniemaniu jest to jedna z najsłabszych kompozycji w zestawie. Wprawdzie rozpoczyna się zachęcająco i ma nawet ciekawą rytmikę, ale wokalnie to porażka na całego. Bardzo słabe zwrotki i do tego lamerskie refreny, gdzie Stephenowi nie chciało się nie pokazał, na co go stać (a z innych ścieżek wiemy, że stać go przecież na dużo więcej). Gdyby nie ten wstęp i bluesujące solo, nie byłoby tutaj niczego godnego uwagi. Pod tym względem lepiej wypada następne w kolejce Scratch That Itch. Nieco chaotycznie brzmiące gitary dodają mu uroku (czy ja tu słyszę technikę slide?), wokalnie wprawdzie nadal bez rewelacji, ale już znacznie lepiej niż wcześniej. Kapitalnym nagraniem jest One Step Away, gdzie da się wychwycić wpływy Van Halena. Drużyna Pearcy'ego zapożyczyła to i owo od ekipy Eddiego, ale rozwinęła to we własny styl. Ileż to podobnych zagrywek przewija się na płytach Ratt i zawsze myślimy "tak, to jest Ratt" nie zastanawiając się, kto był tego pierwowzorem. Co się tyczy solówki, to zapewne wioślarze grupy musieli być zapatrzeni w George'a Lyncha (albo odwrotnie, bo oba zespoły zaczynały swe kariery w podobnym okresie). Zaskakuje Hard Time tym, że jest mało "rattowy". Sporo tu naleciałości popowych a'la U2 i zarazem sporo bluesa. Nawet gitarowa solówka jakby wzięta od innego zespołu, jakby wypożyczona od innej hair metalowej ekipy. Ale to nie są zarzuty, ta odmienność mi wcale nie przeszkadza i bardzo lubię ten kawałek. Podobnie rzecz ma się z Heads I Win, Tails You Lose, gdzie w chórkach pojawił się znany wszystkim zawodnik - Jon Bon Jovi. Zresztą jego wymiana wokaliz z Pearcym wypada bardzo ciekawie, notabene. Bardziej uwagę zwraca klasycznie rock'n'rollowa struktura ścieżki. Tuż po roku 1990 grało tak wiele kapel, ale mało której z nich dane było rozwinąć skrzydła i zrobić karierę. All Or Nothing, jeden z dwóch numerów, przy których komponowaniu brał udział Robin Crosby, nosi pewne znamiona czasów Reach For The Sky, chociaż jest tu też nieco stylistyki, jakiej nie wstydzili się Aerosmith czy nawet Extreme. Najważniejsze chyba jest jednak to, że dzięki tego typu zabiegom album nie jest nudny i płyta słuchacza nie nuży. Can't Wait On Love to też dzieło Crosby'ego. Kiedy usłyszałem pierwsze takty tego numeru, pomyślałem, że będziemy mieli coś na wzór Cant Stand The Heartache Skid Row, ale na wstępie ścieżki wszelkie podobieństwa między tymi dwoma utworami się kończą. Całkiem ciekawe nagranie, w którym finalna solówka jest jak wisienka na torcie. Z zestawu wyróżnia się też napisane wspólnie z Diane Warren Givin' Yourself Away. Z charakteru piosenki wnoszę, że lwią część roboty odwaliła Diane, bo numer jest kompletnie nie w stylu Ratt. Kawałek bardziej popowo-AORowy, to jednak nie wada, w podobnym okresie zbliżony sposób grało i Whitesnake, jeśli wspomnieć radiową wersję Here I Go Again z Dannem Huffem za wiosłem. Odpowiada mi to brzmienie gitar, a przy okazji zaskakuje głos Stephena, który tutaj jakby spuszcza z tonu przy swojej falsetowej manierze. Album zamyka świetny numer o tytule Top Secret, również z podbitym tempem, jak to miało miejsce przy Shame, Shame, Shame. Znakomity rocker w nowej wersji, bo o ile się orientuję, była to chyba pierwotnie autorska kompozycja z repertuaru Mickey Ratt, grupie na której gruzach wyrósł znany nam Ratt. Oryginalną wersję można znaleźć na składance Collage z 1997 r., gdzie brzmienie gitar jest bardziej szorstkie i Pearcy śpiewa nieco inaczej.
Bez dwóch zdań jest to jedna z najlepszych płyt w dyskografii Ratt i w zasadzie wydawnictwo pozbawione jest większych potknięć. Można polemizować, czy zatrudnienie zewnętrznych kompozytorów zaszkodziło czy pomogło grupie, ja skłaniam się ku twierdzeniu, że pomogło, bo przy Reach For The Sky słychać było spadek formy zespołu (zdarzyło się kilka słabszych nagrań), a tutaj powodów do narzekań nie ma.
Oficjalna strona zespołu: www.therattpack.com