
Magnitude Nine - Decoding The Soul
Wydawca: Inside Out / Marquee Inc. / SPV
Rok wydania: 2004
- New Dimension
- Lies Within The Truth
- Facing The Unknown
- To Find A Reason
- Walk Through The Fire
- Dead In Their Tracks
- Changes
- Torn
- Thirty Days Of Night
- Sands Of Time
- Relay Torque [japoński bonus track]
Skład: Corey Brown - śpiew; John Homan - perkusja; Ian Ringler - gitara basowa; Rob Johnson - gitary; Joseph Anastacio Glean - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Magnitude Nine i Michael Vescera
Co by było, gdyby np. Dream Theater grał ciężej, ostrzej, szybciej? Zapewne wyszłaby z tego muzyka, w której porusza się formacja Magnitude Nine. Sami muzycy tejże grupy nie ukrywają, że inspiracją dla nich były takie zespoły jak Fates Warning, Iron Maiden, Queensrÿche, Yngwie Malmsteen, TNT, Dio, Rush... i to słychać. Jest to dokładnie mieszanka wszystkiego, co wyżej zostało wymienione. Ot, metal progresywny, czy też prog-metal, jak kto woli...
Gdyby Decoding The Soul wyszło jakieś 10 lat temu, mogłoby przejść bez echa, ale z gąszczu współczesnej tandety zdecydowanie się wyróżnia. Na płycie rewelacyjnie wypadają gitarzysta (znany w gitarowych kręgach wymiatacz) i wokalista, ale czasem, np. w New Dimension lwia część roboty należy do perkusisty. Trudno wtedy nie ulec wrażeniu, że ścieżki perkusyjne leżały u podstaw takich kompozycji. Stylistycznie ów kawałek kojarzy mi się z zespołem Cornerstone, chociaż akurat tutaj mamy do czynienia z dużo cięższym graniem. Zupełnie inaczej sprawa się ma z utworem Lies Within The Truth. Grupa jakby zapomina, że miała grać prog-metal, za to przypomniała sobie o potędze hard rocka. Piosenka przypadnie do gustu fanom melodyjnego rocka z lat '80 oraz zespołów Frontline i Evidence One, aczkolwiek wokalnie bliżej tu chyba do Żelaznej Dziewicy. Tak czy inaczej, numer przedni, w dodatku jeden z moich ulubionych z tego krążka. Facing The Unknown nieodparcie nasuwa na myśl dokonania wspomnianego Frontline, połączonego z Yngwie Malmsteenem (czasy Magnum Opus się kłaniają), przy czym to ostatnie stwierdzenie bardziej tyczy się linii perkusji. Zresztą po raz kolejny moim zdaniem najbardziej wyróżnia się tu perkusista. Nawiązania do Cornerstone ponownie wracają w To Find A Reason. Przesłuchawszy kilka następujących po sobie kawałków dostrzegam jednak pewne braki aranżacyjne. Gitary w podkładach opierają się głównie na akordach kwintowych, a szkoda, bo czasem muzyka aż się prosi, by wstawić tam chociażby jakieś tercje. Właśnie takie smaczki sprawiają, że pod tym względem Dream Theater pozostaje wciąż niedościgniony... To, co przed chwilą napisałem, nie dotyczy utworu Walk Through The Fire. Jest to najlepszy numer na płycie, bogaty aranżacyjnie, melodyjny, progresywny i niesamowicie składny. Prawdziwa perełka wśród tegorocznych wydawnictw i album warto mieć chociażby ze względu na to dzieło. Ja bym ten kawałek przesunął na początek płyty, bo tam jest jego miejsce. Niestety po takiej dawce muzycznej rozkoszy zespół postanowił zagrać coś w klimacie power metal i wyszło to, co wyszło, czyli zupełnie przeciętna i podobna do setek innych kompozycja. Mowa oczywiście o Dead In Their Tracks. Ja takie kawałki nazywam "dyliżansem przez prerię" ;). Dużo lepiej jest w Changes. Niby też pobrzmiewa tu power metal, ale za to taki bardziej ambitny, coś w stylu Last Tribe. Znów ten nieoceniony perkusista... W Torn uwagę zwróci głównie gitara, zarówno nieprzesterowana jak i ta typowo rockowa. Znakomite aranżacje, doskonały pomysł i takoweż wykonanie. Miód, malina. Kiedy z kolei słucham Thirty Days Of Night, słyszę nawiązania do grupy Fifth Angel, a że bardzo lubię tę formację, nie trudno zgadnąć, że na mojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech. Ścieżki wokalne, gitarowe i perkusyjne wydają się być wierną kopią tego, co u "aniołków" było najlepsze. Zamykające krążek Sands Of Time jest jakby powrotem w klimaty Cornerstone, chociaż akurat ta kompozycja jest zupełnie przeciętna i równie dobrze mogłoby jej tutaj nie być.
Ilekroć słyszę taki zestaw utworów, zastanawiam się, czemu tej muzyki nikt nie promuje w mass mediach. W latach '80 ubiegłego wieku płyta tego pokroju sprzedałaby się w milionach egzemplarzy, w dzisiejszych czasach zapewne też, gdyby tylko ten repertuar trafił do radia i telewizji. Ponieważ sytuacja jest jaka jest, album trafi tylko do odtwarzaczy nielicznych poszukiwaczy dobrej muzy. Polecam go fanom klimatów melodyjnych i zarazem ambitnych.
Oficjalna strona zespołu: www.mistchild.com/magnitude9/