
Liquid Tension Experiment - Liquid Tension Experiment 2
Wydawca: Magna Carta
Rok wydania: 1999
- Acid Rain
- Biaxident
- 914
- Another Dimension
- When The Water Breaks
- Chewbacca
- Liquid Dreams
- Hourglass
Skład: John Petrucci - gitara; Jordan Rudess - instrumenty klawiszowe; Tony Levin - gitara basowa, chapman stick; Mike Portnoy - perkusja i instrumenty perkusyjne
Produkcja: Liquid Tension Experiment, Pat Thrall, Spyros Poulos i Kosaku Nakamura
Liquid Tension Experiment miało być pierwotnie projektem Mike'a Portnoya, gitarzysty Dream Theater, chociaż ostatecznie wyszło z tego coś w rodzaju "Dream Theater 2". W zamierzeniach gitarzystą tego przedsięwzięcia miał podobno zostać nieżyjący już Dimebag Darrel z zespołu Pantera, ale ponieważ nie wyraził on zainteresowania, został nim nie kto inny jak John Pertrucci. Skład projektu uzupełnili basista Tony Levin (znany z King Crimson) i klawiszowiec Jordan Rudess, obecnie będący członkiem DT, wtedy jeszcze znany raczej jako wirtuoz instrumentów klawiszowych mający za sobą współpracę ze Stevem Morsem czy Vinnie Moorem. Muzycy obdarzyli słuchaczy doskonałym debiutanckim krążkiem w 1998 r., by w roku kolejnym wydać jego wybitną muzyczną kontynuację o tytule Liquid Tension Experiment 2, który to w ramach cyklu "wspaniałe płyty instrumentalne" zamierzam niniejszym przedstawić.
Zawartość płyty to przede wszystkim mieszanka fusion i rocka progresywnego. Słychać to już w otwierającym krążek Acid Rain, gdzie ścierają się wpływy "Teatru Marzeń" z jazz rockiem (gitarowa solówka w środku numeru), może też jest tu co nie co z grania neoklasycznego. Podobne rzeczy grywał w owym czasie w Vinnie Moore i kilku innych gitarzystów, był to chyba więc swego rodzaju dość powszechny trend w muzyce, nazwijmy ją, rockowej. Myślę, że fani hard rocka w wykonaniu takich grup jak Bon Jovi czy Europe nie mają tu czego szukać, za to zapraszam do odsłuchania wydawnictwa wszystkich tych, którzy lubią dużą ilość dźwięków, zmienne tempa, nietypowe aranżacje i międzygatunkowe wycieczki. Brzmienie albumu jest bardzo dobre, nie małą w tym zasługa nowojorskich Bear Track Studios, w których pół dekady wcześniej wykuwało się przecież legendarne Images And Words. Do tych czasów nawiązuje zresztą quasi-ballada Biaxident, gdzie znajdziemy dużo więcej melodyki niż u poprzednika. Jednak i tutaj muzycy nie ograniczają się do jednego gatunku muzycznego, tak więc nich nikogo nie zdziwią np. ani aranżacje a'la Elton John, gitary a'la Carlos Santana, czy jazzowe klawisze (prawie big beatowe). Ogólnie utwór brzmi bardzo ciepło, chyba głównie za ten efekt odpowiedzialne są partie gitar. Muzycy nie zamierzają się powtarzać i oto rusza rytmicznie futurystyczny 914. Tutaj pierwszy plan tworzy gitara basowa i klawiszowe zagrywki, typowych gitar w zasadzie nie słychać. Jak na tego typu kompozycje, ta jest dość krótka, trwa zaledwie 4 minuty. Zaraz po niej mamy natomiast prawie 10 minutowe arcydzieło w postaci Another Dimension, z tytułem bardzo adekwatnym do zawartości muzycznej. Petrucci pokazuje swoją klasę i wysoką formę, która przez te kilka lat ani trochę nie osłabła. Jest tu dużo elementów progresywnych, ale w tym wydaniu bardziej metalowym niż rockowym. Co należy podkreślić, liczba pomysłów użytych w tym kawałku wystarczyłaby na skomponowanie kilku innych utworów, ale to już taki standard w tym gatunku. Czy spodziewalibyście się usłyszeć akordeon na wydawnictwie rockowym? W dodatku taki brzmiący coś jakby ni to z Francji, ni to z terenów dawnej Jugosławii... a zaraz po nim gitara jakby flamenco. Muzycy lubią nas zaskakiwać, ale to dobrze. Płacz dziecka i zaraz po nim następuje When The Water Breaks, znów solidna porcja muzyki, blisko 17 minutowa. Zaczyna się od ballady, ale nie na długo, bo już nadchodzą dźwięki rodem jak z Dream Theater, potem nieco słodkawych melodii i klimat znów łagodnieje. Wiadomo, niejeden "artysta" próbował już łączyć ze sobą odległe gatunki i niejeden udowodnił, że z reguły gówno z tego wychodzi, ale Petrucci, Levin, Portnoy i Rudess przecież nie są pierwszymi lepszymi grajkami i swoje rzemiosło dobrze znają. Tak, im wolno łączyć gatunki, bo robią to znakomicie. Przed połową utworu główną postacią jak dla mnie jest tu Portnoy, reszta instrumentów robi jakby za tło do jego popisów, dalej muzycy wymieniają się na stanowisku wirtuoza. Mamy popisy gitarowe, które niejednego gitarzystę mogą wpędzić w kompleksy, jak również co nie co wymiatania na klawiszach. Chewbacca rozpoczyna się mało interesująco, ale na szczęście ten stan rzeczy nie trwa długo i oto nadchodzą ciekawsze dźwięki. Tutaj bryluje Petrucci ewidentnie pokazując, że do jego mistrzów należeli Vai i Satriani oraz że pod względem umiejętności technicznych wcale od nich nie odstaje (później zresztą cała trójka zagra ze sobą jako G3). W połowie numeru mamy "smaczki" w postaci rytmów afrykańskich, a dalej panowie zapędzają się w jakieś rejony eksperymentalne i znów nie mogę się nadziwić, jak do tych "chorych" dźwięków Portnoy mógł tak łatwo doaranżować swoje bębny. Bliżej końca ponownie prym wiedzie Petrucci, przy czym na uwagę zasługuje niekoniecznie typowe użycie efektu Wah-Wah, popularnie zwanego kaczką. Prawie 11 minutowe Liquid Dreams to niemal w całości ballada, nie da się jednak ukryć, dalece odbiegająca od standardów rockowych, za to bardzo bliska stylistyce jazz / fusion. Myślę, że fani Vaia nie będą zawiedzeni, a i miłośnicy Dream Theater też to jakoś przełkną, dla innych może to być dość ciężko strawne. Dla tych ostatnich grupa przygotowała coś bardziej klasycznego w strukturach, mianowicie zamykające krążek Hourglass, oparte na gitarach akustycznych i pianinie. Gdyby dodać do tego linie wokalne, mógłby z tego być niezły przebój. Jest to jednak, podobnie jak i cała płyta, materiał skierowany bardziej do elit niż do pospolitego słuchacza.
Patrząc z perspektywy czasu na koniec lat '90 muszę stwierdzić, że jest to chyba najlepsza płyta z tego okresu, obok Metropolis Pt. 2 - Scenes From A Memory macierzystej formacji Petrucciego i Portnoya. W całej tej powodzi kapel nu-metalowych, neo-punkowych i modern rockowych muzycy pokazali, kto tu tak naprawdę potrafi dobrze grać. Wirtuozeria najwyższych lotów, z tym że nie na każde ucho. Album polecam przede wszystkim fanom rocka progresywnego i fusion, a także tym wszystkim, dla których struktury typu zwrotka-refren to stanowczo za mało.
Oficjalna strona zespołu: www.yesiknow.com/lte