
Joe Satriani - Surfing With The Alien
Wydawca: Relativity Records / Sony
Rok wydania: 1987
- Surfing With The Alien
- Ice 9
- Crushing Day
- Always With Me, Always With You
- Satch Boogie
- Hill Of The Skulls
- Circles
- Lords Of Karma
- Midnight
- Echo
Skład: Joe Satriani - gitara, gitara basowa, instrumenty perkusyjne, programowanie perkusji; Jeff Campitelli - perkusja, instrumenty perkusyjne; Bongo Bob Smith - programowanie perkusji, instrumenty perkusyjne, obróbka dźwięku; Jeff Kreeger - pre-produkcja, programowanie i obróbka dźwięku; John Cuniberti - instrumenty perkusyjne
Produkcja: Joe Satriani i John Cuniberti
Surfing With The Alien to płyta szczególna, nie tylko dla Joe Satrianiego, dla muzyki gitarowej i milionów muzyków, ale również i dla mnie. Satrianiemu przyniosła przede wszystkim rozgłos i uznanie wśród wszelkiej maści przedstawicieli branży muzycznej. Album dotarł do 30 miejsca na liście Billboardu i w owym czasie był najwyżej notowaną instrumentalną płytą gitarową (uzyskał status platynowej płyty jako jedno z nielicznych wydawnictw w tej kategorii), gitarzystę nominowano do nagrody Grammy, a prestiżowe magazyny jeden po drugim zaczęły nazywać go "najlepszym gitarzystą". I chyba, co najważniejsze, "Surfing..." zachęciło wielu gitarzystów do sięgnięcia po instrument i podążenia śladami mistrza...
Płytę tę po raz pierwszy usłyszałem w 1989 roku i mogę powiedzieć, że zmieniła ona całkowicie mój ówczesny sposób postrzegania muzyki, stąd też mój szczególny szacunek do tego wydawnictwa. W owym czasie wydawało mi się, że szczytem techniki gitarowej i muzycznego kunsztu byly solówki grane przez gitarzystów zespołów Slayer i Metallica. Kiedy więc jeden z kolegów pożyczył mi kasetę Joe Satrianiego (a była to właśnie Surfing With The Alien) i powiedział, że na niej znajdę dużo lepsze rzeczy, spojrzałem na okładkę kasety z niedowierzaniem. Nie było na niej ani trupich czaszek, ani gitar w fikuśnych kształtach, niczego, co mogłoby sugerować jakieś powiązania z gitarowa sztuką, widniał na niej za to jakiś komiksowy łysy facet na desce surfingowej. Kasetę zapuściłem sobie mimo wszystko w domu i... przez kolejne pół roku tylko ona gościła w moim magnetofonie, a wkrótce potem sam sięgnąłem po raz pierwszy za gitarę. Płytę uważam za kultową, po dziś dzień często do niej wracam, dzięki niej zrozumiałem, co tak naprawdę znaczy słowo WIRTUOZ. Powaliły mnie już pierwsze hard rockowe akordy tytułowego Surfing With The Alien, a to, co usłyszałem dalej, już tylko mnie przyprawiło o totalny opad szczęki. Joe wygrywał perfekcyjne podciągnięcia strun, generował doskonałe flażolety, wspaniale operował technikami legato i staccato, ale największe wrażenie wywarła na mnie ekstremalnie szybka zagrywka techniką tappingu. Pamiętam, jak kilka miesięcy później poszedłem z taśmą do kolegi-gitarzysty i długo dumaliśmy, jak też Joe mógł to zagrać. Odpowiedź na to pytanie udało mi się uzyskać, kiedy od innego kolegi wyhandlowałem nuty z tabulaturami do tego utworu - Satriani dźwięki te wydobywał szybkimi, wręcz drgawkowymi uderzeniami kostki w odpowiednie progi gitary zamiast standardowych dla tej techniki uderzeń palcami prawej ręki (to takie info dla gitarzystów). Z podziwu nie wyszedłem też, gdy usłyszałem genialne nuty Ice 9, kompozycji z silnymi wpływami bluesa. Muzyka bluesowa wywarła silny wpływ na Satrianiego, toteż nie dziwi fakt, że wszędzie doszukać się można skal pentatonicznych. Kto wie, może gdyby nie Joe, nigdy sam nie sięgnąłbym po wydawnictwa bluesowe... Mój podziw nie ustał wraz z dźwiękami Crushing Day, kawałka ze strukturą przypominającą tradycyjną budowę zwrotka-refren. Uwagę zwracał przede wszystkim zgrabny riff i partie gitary, która niemalże śpiewała, by zastąpić "nieobecnego" na płycie wokalistę. Po tych wszystkich kaskadach dźwięków nie mogło zabraknać na albumie kompozycji wolniejszej. Always With Me, Always With You działa rozluźniająco, momentami brzmi radośnie, a momentami przejmująco. Niesamowite, jak za pomocą gitary można wyrazić tak różnorodne nastroje, jeszcze bardziej niesamowite, że można tak płynnie przechodzić z jednego nastroju w drugi. Jeśli ktoś powie, że gitarzyści pokroju Satrianiego potrafią tylko bezmyślnie wymiatać i nie dbają o walory artystyczne swoich utworów, będzie oznaczało to tylko i wyłącznie, że nie wie o czym mówi i że nie słyszał płyt Joe Satrianiego! Satch Boogie to chyba jedna ze sztandarowych piosenek mistrza Joe, bowiem grywa ją na koncertach po dziś dzień. Tutaj siłę napędową stanowią synkopowane rytmy i ostry hard rockowy riff, a wszystko osadzone zostało gdzieś pomiędzy rockiem a boogie, może nawet big beatem. Doskonały numer, jak zresztą i pozostałe szybkie z tego krążka, do szybkiej jazdy samochodem i wymyślnych akrobacji na deskorolkach, może nawet do tańca. Odmiennie będzie w Hill Of The Skull, gdzie całość wydaje się być bardzo rozciągła, demoniczna, katastroficzna - bo takie nasuwa mi skojarzenia. Nie ma tu żadnego wymiatania, niemniej jednak nie oznacza to wcale, że te wolne melodie są łatwe do zagrania. Joe włożył w nie sporo serca, co słychać w sferze artykulacyjnej. Circles to jedna z moich ulubionych kompozycji Satrianiego - jest to taka przeplatanka wolnych melodii granych na czystych brzmieniach gitar z odjazdowymi zagrywkami na przesterowanej gitarze elektrycznej. Cały efekt jest dość nietypowy, gdyż słuchacz nie spodziewa się tak radykalnej zmiany tempa i klimatu w utworze. Mnie osobiście zastanawia tylko, jak to się dzieje, że Joe znajduje tak wiele pomysłów, które wkłada do jednego kawałka. W rezultacie na krążku jest tak wiele różnorodnych patentów, że inni muzycy skleciliby z tego kilka różnych albumów... Jednym z lepszych kawałków w zestawie jest Lords Of Carma. Wyróżnia się spośród reszty tym, że ze względu na swój klimat bardziej pasowałby na pierwsza płytę Satrianiego, lub też na kolejną. Można zatem rzec, że jest to numer pomostowy, poniekąd jeden z bardziej typowych dla Joe. Ponoć to w tej kompozycji gitarzysta zagrał swoje najszybsze solo - jak zmierzono, można się doliczyć około 15 dźwięków na sekundę. Muzyk zaskoczył mnie też utworem Midnight, gdzie użył techniki tappingu połączonej z nieprzesterowanym brzmieniem gitary (zrobił to już zresztą na poprzedniej płycie). Nie wiem, czy dokonał już tego ktoś przed nim, znam jednak podobne naśladownictwa z lat późniejszych. Efekt jest zaskakujący, miejscami zagrywki brzmią, jak by były rozkładanymi pasażami granymi kostką na gitarze akustycznej, miejscami przypominają nieco harfę (sposobem wydobycia dźwięku, a nie jego barwą). Zamykająca płytę piosenka o tytule Echo to też jedno z typowych dzieł Satcha, dla odmiany z tych łagodniejszych i wolniejszych. Tempa są tu zdecydowanie wolne, czasem tylko zbliżające się do średnich, natomiast główny nacisk położony został na zabiegi artykulacyjne. Nawiązania do tego utworu będą się jeszcze pojawiać w twórczości wirtuoza na takich płytach jak chociażby Joe Satriani, Strange Beautiful Music, czy Is There Love In Space?. Czy to wydawnictwo ma jakieś słabe strony? Patrząc na to z perspektywy muzyki gitarowej i z punktu widzenia kompozycji, nie ma żadnych słabych stron, poszczególne piosenki różnią się od siebie, mają różne tempa i aranżacje. Przyczepić można się za to do podkładów perkusyjnych, które były programowane i generowane z sekwencerów. Nie można jednak chyba mieć o to pretensji do Satrianiego - płyty z muzyką instrumentalną nie sprzedawały się jeszcze wtedy w odpowiednio wysokich nakładach, by "żywi" muzycy chętnie brali udział w ich nagrywaniu.
Album z czystym sumieniem mogę polecić przede wszystkim gitarzystom o poważnym podejściu do tworzenia muzyki, chociaż zapewne tacy już ten krążek w swoich kolekcjach posiadają. Wydawnictwo powinno spodobać się też fanom muzyki hard rockowej, ogólnie rockowej, bluesowej, blues rockowej, gitarowej, każdej melodyjnej, o ile będą potrafili spojrzeć na kompozycje bez uprzedzeń i ogarnąć je szerokim horyzontem muzycznych gustów. Dla mnie jest to jeden z albumów wszech czasów, ze ścisłej czołówki tego, co do tej pory dokonano.
Oficjalna strona artysty: www.satriani.com