Jaded Heart - Inside Out

Jaded Heart - Inside Out

Wydawca: Long Island / Zero Corporation
Rok wydania: 1994

  1. Inside Out
  2. Mama
  3. How Many Tears
  4. Excuse
  5. Hold On
  6. Hard To Stay Alive
  7. So Damn Easy
  8. Listen
  9. Won't Be Losin'
  10. Burning For Love
  11. Surrender
  12. Take Me Back
  13. Missing You

Skład: Michael Bormann - śpiew, chórki, gitary; Dirk Bormann - gitary, chórki; Michael Müller - gitara basowa, chórki; Axel Kruse - perkusja
Gościnnie: Stefan Braun - dodatkowe partie instrumentów klawiszowych

Produkcja: Udo i Michael Bormann

Jednym z fenomenów niemieckiego melodyjnego hard rocka, zahaczającego zresztą o AOR, jest grupa Jaded Heart. Pierwotna nazwa zespołu brzmiała podobno Tax, ale muzycy zdecydowali się ją zmienić na obecną tuż przed wydaniem debiutanckiego krążka. Od początku liderem formacji był jej założyciel i wokalista Michael Bormann, który w chwili pisania tej recenzji nie jest już jej członkiem. Bormann na przełomie lat 1993-1994 występował też w szeregach innej niemieckiej sławy, Bonfire oraz w grupie The Sygnet, chociaż jego najbardziej znanym projektem pozostaje właśnie Jaded Heart.

Otwierające krążek tytułowe Inside Out na wstępie kojarzy się z AORowymi klasykami z początku lat '80, a to ze względu na sposób, w jaki użyto klawiszy, choć dalej w podkładach zbliżają się one już ku debiutowi Frontline, który to album brzmiał podobnie i w dodatku został wydany w tym samym roku. Głos Bormanna przypomina z kolei głos Jona Bon Jovi, a jeszcze bardziej Gregga Fulkersona z Blue Tears czy Jesusa Espina z 91 Suite. Tak czy inaczej jak na otwarcie płyty to bardzo dobry numer. Naśladowanie brygady Jona najwyraźniej weszło ekipie Bormanna w krew, bowiem kolejne Mama to już nie tylko głos Michaela, ale także sama kompozycja utrzymana jest w klimatach jakby wyjętych żywcem spomiędzy Slippery When Wet i New Jersey. Podobieśstwa te są tak wielkie, że nie może być wątpliwości, co było inspiracją do powstania tego kawałka. I muszę stwierdzić, że w tym naśladownictwie Niemcy wypadli lepiej od oryginału. No i nadchodzi najlepsza moim zdaniem pozycja w zestawie - How Many Tears z początkiem hard rockowym i AORową resztą. Kilka lat temu, kiedy usłyszałem ten numer po raz pierwszy, nie zrobił na mnie większego wrażenia, za to teraz po latach wręcz przeciwnie, ilekroć slucham tego krążka, ten numer zawsze odtwarzam kilka razy z rzędu. Podoba mi się wzorcowa budowa utworu, bardzo dobre zwrotki i rewelacyjny refren, pulsujący bas i stonowane klawisze, wszystko utrzymane gdzieś na pograniczu stylów Frontline i Pink Cream 69. Piosenka jak wisienka w torcie. Dalej następuje pierwsza właściwa ballada w postaci Excuse, która choć dobra, jakoś specjalnie mnie nie porywa, może dlatego, że umieszczona jest za genialnym kawałkiem. Tak czy inaczej jest to coś, co powinno spodobać się szczególnie kobietom i co bardziej wrażliwym mężczyznom. Można dodać do składanki na imprezę, ewentualnie słuchać wieczorami, kiedy to takie kompozycje najłatwiej wchodzą. Hold On jest o tyle charakterystyczne, że bardziej dynamiczne, sunące do przodu, choć po wstępie gitary się nieco uspokajają. Mamy za to wspaniały refren, typowy dla lat '80, pełen patosu i oparty na chwytliwej melodii. Ciężko uwierzyć, że piosenka nagrana została już kilka lat po tym, jak hair metal wyszedł z mody. Czytałem wywiad z Bormannem, w którym opowiadał, że zajmował się tym, co lubił, więc nic dziwnego, że w 1994 r. nagrał coś niemodnego. Jakby na potwierdzenie tych słów mamy dalej Hard To Stay Alive, chyba najbardziej hard rockowy numer w zestawie. Gitary brzmią ostrzej, bardziej zdecydowanie. Jeden z najlepszych kawałków na płycie, aczkolwiek pewne podobieństwa w przedrefrenie do Bon Jovi tym razem, choć dobre, niekoniecznie muszą byc plusem. Za to na pochwałę zasługuje ciekawie zaaranżowana solówka, neoklasyczna, trochę jak wolniej zagrany Malmsteen. Jeszcze jedna ballada - So Damn Easy. Wydaje się ona mało rockowa, bliżej jej do twórczości przyogniskowych gitarzystów, z drugiej strony właśnie takie ballady były modne w latach '90, podobne rzeczy miało w swoim repertuarze i Tyketto i Firehouse. Wiadomo teraz, do jakiej publiczności piosenka ta jest kierowana. Powrót do AORu w Listen, ktore zaczyna się od chórków i śpiewu refrenu "a capella". Dobrze wypada to w środku, kiedy już towarzyszą temu instrumenty, ale na początku utworu trochę się to przejadło, po prostu schemat ten został już za bardzo wyeksploatowany przez tysiące kapel. Co do schematów, to mamy jeszcze jeden, tyle że teraz strukturalny, bo muzycy przeplatają mocniejsze kawałki balladami. Oto więc kolejna ballada, Won't Be Losin'. Zdecydowanie lepsza od poprzedniej, choć równie prosta, podpadająca trochę pod country, może jest to ukłon w stronę miłośników Poison i ich Every Rose Has Its Thorn. Schemat strukturalny zostaje zburzony, bo zamiast czegoś ostrzejszego otrzymujemy jedną balladę więcej. Burning For Love kierowane jest z kolei do wszystkich tych, którym podobały się takie pozycje jak whitesnake'owe Is This Love, co nie znaczy, że te kompozycje są do siebie podobne. Melodie są odmienne, ale jest pewne podobieństwo w tempie i przede wszystkim w stylistyce. Teraz zespół wraca do mieszanki AORu z hard rockiem i serwuje nam ostre gitary zmieszane z łagodnymi klawiszami w Surrender. Najłatwiej porównać to chyba do kawałków z repertuaru takich grup jak Honeymoon Suite i Coney Hatch. Ten numer mógłby się ukazać w połowie lat '80 i być groźnym konkurentem dla wcześniej wspomnianych zespołów. A teraz rasowy, zadziorny hard rock w Take Me Back, hicie, który mógłby zdominować rozgłośnie radiowe tuż przed nadejściem grunge'u. Niby nic oryginalnego, a cieszy i to jak. Dość ostro będzie jeszcze w zamykającym płytę Missing You. Numer długo się rozkręca, zupełnie jakby muzycy dopiero próbowali dogadać się, co mają zaraz zagrać, ale czekać warto. Mocne riffy gitar kontrastują z łagodniej brzmiącym wokalistą. Przesunąłbym ten numer gdzieś bliżej początku albumu i nie wiem, dlaczego coś tak dobrego umieszczono akurat na końcu. Może, by skusić słuchacza na kolejne odsłuchanie krążka, kto wie...

Album przedni i wart niemal każdej ceny, bo otrzymujemy płytę pozbawioną zapychaczy, zawierającą same hity. Takich wydawnictw w roku 1994 wychodziło już nie tak wiele, a niniejsze dzieło jest wyjątkiem potwierdzającym tę regułę. Jaded Heart nagrało kilka dobrych płyt, ale ta jest tą, po którą najchętniej i najczęściej sięgam. Dla mnie Inside Out to klasyka melodyjnego hard rocka, pomimo tego, że nie ukazało się w latach '80. Dzięki takim kapelom hair metal przetrwał jakoś najgorsze lata i istnieje po dziś dzień. Warto czasem oddać chłopakom cześć i posłuchać ich debiutu. Coś, co "musisz mieć".

Oficjalna strona zespołu: www.jadedheart.de