Human Cometh - Evolution

Human Cometh - Evolution

Wydawca: Human Cometh
Rok wydania: 2010

  1. Aiming High
  2. Himalaya
  3. Jaded
  4. White Sky
  5. Stalker In The Night
  6. No Fear
  7. Cross The River Styx (instrumental)
  8. Morning Star
  9. Irukandji

Skład: Morgan Petterson - gitara prowadząca; Kaj Roth - śpiew; Bjorn Pehrson - gitara basowa; Jan Robbins - perkusja; Steven Gardner - chórki

Produkcja: Morgan Petterson

Coraz więcej zespołów decyduje się na udostępnienie swojej twórczości do darmowego pobrania z Internetu, ewentualnie za dobrowolną donacją. Kolejną załogą, która stara się zdobyć fanów w ten sposób jest szwedzkie Human Cometh (album Evolution dostępny jest do ściągnięcia na oficjalnej stronie grupy). Swoje granie muzycy określają jako melodic metal / hard rock.

Zespół uformował się w grudniu 2009 r., kiedy to gitarzysta Morgan Pettersson zaprosił do współpracy wokalistę Kaja Rotha, de facto znanego recenzenta współpracującego z serwisem Melodic.net. Dokooptowano resztę składu i już po dwóch miesiącach ekipa miała gotowych dziewięć utworów na debiutancki krążek. Płyta powstała jak widać bardzo szybko i jak na tak krótki okres tworzenia jest ona dość udana, chociaż ma i pewną wadę - spora część utworów jest do siebie cholernie podobna, zdecydowanie materiałowi doskwiera brak różnorodności. Album rozpoczyna się od kompozycji Aiming High, wolnej i przez to nieco monotonnej. Ciężki hard rock na nutę klasycznego Black Sabbaath, ale dosłyszeć można się podobieństw do nowszych rzeczy jak Fozzy (też lubią łączyć hard rocka z heavy metalem) czy Red Circuit (trochę ciągot ku progresowi, na razie jeszcze ledwie słyszalnych, ale zobaczymy, jak się sytuacja rozwinie). Brakuje mi tu jakiegoś zapadającego w pamięć riffu, który pociągnąłby numer do przodu, za to mamy przyzwoity refren i niezłą solówkę. Szybciej trafia do mnie Himalaya. Ten kawałek wydaje się być bardziej przemyślany strukturalnie i melodycznie i życzyłbym sobie takich więcej. Solóweczka jeszcze lepsza niż uprzednio, niewątpliwie wioślarz dysponuje odpowiednią techniką gry i potrafi ze swego instrumentu wykrzesać ciekawe dźwięki. Bluesowy feeling oraz interesująca artykulacja. Po "atmosferycznym" wstępie rusza Jaded, kolejna pozycja z naszego menu. Wyraźnie hard rockowe inklinacje, ale znów gdzieś z sabbathowskich rejonów. Również tym razem solidna, gitarowa robota. Początku White Sky nie powstydziłaby się chyba żadna załoga z dłuższym stażem w branży, a i dalej grupa prezentuje całkiem wysoki poziom wykonawczy. Niemieckie Bonfire miewało podobne zagrywki i to w zbliżonych klimatach na płycie Strike Ten. Wprawdzie muszę być w szczególnym nastroju, by takich rzeczy słuchać, ale od czasu do czasu lubię sięgnąć do czegoś w takiej stylistyce. Jednym z moich faworytów z debiutu Szwedów jest zgrabny kawałek o tytule Stalker In The Night. Rozpoczyna się on od bliskowschodnio brzmiących nut, by przez serię neoklasycznych zagrywek przejść w granie bliższe progresowi. Naturalne stają się skojarzenia z dokonaniami Red Circuit, Myrath i Mob Rules. Utwór potrafi przyciągnąć uwagę, trzeba tylko lubić ten gatunek muzyczny, a dodatkową atrakcją jest gitarowe solo o bluesowym zabarwieniu. No Fear w swej pewnej części jest zbyt modern rockowe na mój gust, ale za to podobają mi się zwrotki, gdzie Kaj śpiewa trochę jak niegdyś Ozzy Osbourne. Ścieżka w okolicach solówki przywodzi na myśl twórczość Thin Lizzy i kilku innych kapel grających podobnie. Sprytna kompozycją jest jedyny instrumentalny utwór na płycie - Cross The River Styx. Fani neoklasycznego grania na wzór Yngwiego Malmsteena powinni być nim ukontentowani, zwłaszcza ci, którzy z sentymentem wspominają czasy, gdy Yngwie grał jeszcze z nieco łagodniejszym brzmieniem. Powrót do sabbathowskiego hard rocka następuje wraz z Morning Star, przedostatnią pozycją w secie. Trochę niepotrzebne mnożenie bytów, bo w podobnej stylistyce grupa zaprezentowała się już na początku krążka. Z drugiej strony, jak ktoś gustuje w takich klimatach, pewnie się ucieszy. Album zamyka Irukandji, które jest pewnego rodzaju podsumowaniem wydawnictwa, bo łączy w sobie elementy wcześniej słyszane w poprzednich nagraniach. Najbardziej podoba mi się tu solówka zagrana z bluesowym zacięciem i nienaganną artykulacją. Dziewięć kawałków to niewiele jak na dzisiejsze standardy, ale chłopaki planują wydać swój drugi krążek jeszcze tego roku. Mam nadzieję, że jednak wstrzymają się z tym na jakiś czas i że skutkiem zwłoki będzie materiał bardziej różnorodny. Na razie słychać, że grupa szuka jeszcze swego stylu, że jeszcze nie wie do końca, w jakim kierunku ma podążyć.

Zasadniczo płytę Szwedów mogę polecić słuchaczom lubiącym Black Sabbath, Fozzy i Red Circuit. Owszem, mamy tu wpływy i innych zespołów, ale są to wpływy stosunkowo nieliczne i nie zdziwiłbym się, gdyby na kolejnych płytach zniknęły całkowicie. Z pewnością Human Cometh jest grupą obiecującą i warto dać jej szansę. Warto poczekać, z czym objawią się następnym razem.

Oficjalna strona zespołu: www.humancometh.com