
Human Cometh - Evolution
Wydawca: Human Cometh
Rok wydania: 2010
- Aiming High
- Himalaya
- Jaded
- White Sky
- Stalker In The Night
- No Fear
- Cross The River Styx (instrumental)
- Morning Star
- Irukandji
Skład: Morgan Petterson - gitara prowadząca; Kaj Roth - śpiew; Bjorn Pehrson - gitara basowa; Jan Robbins - perkusja; Steven Gardner - chórki
Produkcja: Morgan Petterson
Coraz więcej zespołów decyduje się na udostępnienie swojej twórczości do darmowego pobrania z Internetu, ewentualnie za dobrowolną donacją. Kolejną załogą, która stara się zdobyć fanów w ten sposób jest szwedzkie Human Cometh (album Evolution dostępny jest do ściągnięcia na oficjalnej stronie grupy). Swoje granie muzycy określają jako melodic metal / hard rock.
Zespół uformował się w grudniu 2009 r., kiedy to gitarzysta Morgan Pettersson zaprosił do współpracy wokalistę Kaja Rotha, de facto znanego recenzenta współpracującego z serwisem Melodic.net. Dokooptowano resztę składu i już po dwóch miesiącach ekipa miała gotowych dziewięć utworów na debiutancki krążek. Płyta powstała jak widać bardzo szybko i jak na tak krótki okres tworzenia jest ona dość udana, chociaż ma i pewną wadę - spora część utworów jest do siebie cholernie podobna, zdecydowanie materiałowi doskwiera brak różnorodności. Album rozpoczyna się od kompozycji Aiming High, wolnej i przez to nieco monotonnej. Ciężki hard rock na nutę klasycznego Black Sabbaath, ale dosłyszeć można się podobieństw do nowszych rzeczy jak Fozzy (też lubią łączyć hard rocka z heavy metalem) czy Red Circuit (trochę ciągot ku progresowi, na razie jeszcze ledwie słyszalnych, ale zobaczymy, jak się sytuacja rozwinie). Brakuje mi tu jakiegoś zapadającego w pamięć riffu, który pociągnąłby numer do przodu, za to mamy przyzwoity refren i niezłą solówkę. Szybciej trafia do mnie Himalaya. Ten kawałek wydaje się być bardziej przemyślany strukturalnie i melodycznie i życzyłbym sobie takich więcej. Solóweczka jeszcze lepsza niż uprzednio, niewątpliwie wioślarz dysponuje odpowiednią techniką gry i potrafi ze swego instrumentu wykrzesać ciekawe dźwięki. Bluesowy feeling oraz interesująca artykulacja. Po "atmosferycznym" wstępie rusza Jaded, kolejna pozycja z naszego menu. Wyraźnie hard rockowe inklinacje, ale znów gdzieś z sabbathowskich rejonów. Również tym razem solidna, gitarowa robota. Początku White Sky nie powstydziłaby się chyba żadna załoga z dłuższym stażem w branży, a i dalej grupa prezentuje całkiem wysoki poziom wykonawczy. Niemieckie Bonfire miewało podobne zagrywki i to w zbliżonych klimatach na płycie Strike Ten. Wprawdzie muszę być w szczególnym nastroju, by takich rzeczy słuchać, ale od czasu do czasu lubię sięgnąć do czegoś w takiej stylistyce. Jednym z moich faworytów z debiutu Szwedów jest zgrabny kawałek o tytule Stalker In The Night. Rozpoczyna się on od bliskowschodnio brzmiących nut, by przez serię neoklasycznych zagrywek przejść w granie bliższe progresowi. Naturalne stają się skojarzenia z dokonaniami Red Circuit, Myrath i Mob Rules. Utwór potrafi przyciągnąć uwagę, trzeba tylko lubić ten gatunek muzyczny, a dodatkową atrakcją jest gitarowe solo o bluesowym zabarwieniu. No Fear w swej pewnej części jest zbyt modern rockowe na mój gust, ale za to podobają mi się zwrotki, gdzie Kaj śpiewa trochę jak niegdyś Ozzy Osbourne. Ścieżka w okolicach solówki przywodzi na myśl twórczość Thin Lizzy i kilku innych kapel grających podobnie. Sprytna kompozycją jest jedyny instrumentalny utwór na płycie - Cross The River Styx. Fani neoklasycznego grania na wzór Yngwiego Malmsteena powinni być nim ukontentowani, zwłaszcza ci, którzy z sentymentem wspominają czasy, gdy Yngwie grał jeszcze z nieco łagodniejszym brzmieniem. Powrót do sabbathowskiego hard rocka następuje wraz z Morning Star, przedostatnią pozycją w secie. Trochę niepotrzebne mnożenie bytów, bo w podobnej stylistyce grupa zaprezentowała się już na początku krążka. Z drugiej strony, jak ktoś gustuje w takich klimatach, pewnie się ucieszy. Album zamyka Irukandji, które jest pewnego rodzaju podsumowaniem wydawnictwa, bo łączy w sobie elementy wcześniej słyszane w poprzednich nagraniach. Najbardziej podoba mi się tu solówka zagrana z bluesowym zacięciem i nienaganną artykulacją. Dziewięć kawałków to niewiele jak na dzisiejsze standardy, ale chłopaki planują wydać swój drugi krążek jeszcze tego roku. Mam nadzieję, że jednak wstrzymają się z tym na jakiś czas i że skutkiem zwłoki będzie materiał bardziej różnorodny. Na razie słychać, że grupa szuka jeszcze swego stylu, że jeszcze nie wie do końca, w jakim kierunku ma podążyć.
Zasadniczo płytę Szwedów mogę polecić słuchaczom lubiącym Black Sabbath, Fozzy i Red Circuit. Owszem, mamy tu wpływy i innych zespołów, ale są to wpływy stosunkowo nieliczne i nie zdziwiłbym się, gdyby na kolejnych płytach zniknęły całkowicie. Z pewnością Human Cometh jest grupą obiecującą i warto dać jej szansę. Warto poczekać, z czym objawią się następnym razem.
Oficjalna strona zespołu: www.humancometh.com