Helix - Vagabond Bones

Helix - Vagabond Bones

Wydawca: Perris Records
Rok wydania: 2009

  1. The Animal Inside (Won't Be Denied)
  2. Go Hard Or Go Home
  3. Vagabond Bones
  4. Monday Morning Meltdown
  5. When The Bitter's Got The Better Of You
  6. Hung Over But Still Hanging In
  7. Best Mistake I Never Made
  8. Make 'em Dance
  9. Jack It Up

Skład: Brian Vollmer - śpiew; Brent "The Doctor" Doerner - gitara prowadząca, chórki; Daryl Gray - gitara basowa, chórki; Greg "Fritz" Hinz - perkusja
Gościnnie: Sean Kelly - gitara, gitara basowa, chórki; Steve Georgakopoulos - gitara; Brent "Ned" Niemi - perkusja; Rob MacEachern - perkusja; Cheryl Lescom - śpiew; Russ "Dwarf" Graham - śpiew w [6]

Produkcja: Aaron Murray, Sean Kelly i Brian Vollmer

Kto by pomyślał, że założony w 1974 r. na potrzeby jednej z "bitew kapel" zespół przetrwa do dnia dzisiejszego, co prawda z licznymi zmianami składu, ale zawsze. Rok 2009 obdarzył fanów ekipy Vollmera jeszcze jednym studyjnym krążkiem i jest to wydawnictwo dość udane. Rewolucji w grze grupy nie ma żadnej, Kanadyjczycy dalej robią swoje i w zasadzie Vagabond Bones można uznać za w prostej linii kontynuację płyty The Power Of Rock And Roll z przerwą na przeróbki kolęd w międzyczasie.

Tak, tak, Vagabond Bones to już dwunasty album studyjny w dyskografii grupy Helix, a nawet 21 pozycja, jeśli liczyć wszystkie krążki. Przyznam się szczerze, że dokonania formacji jakoś nigdy mnie do siebie nie przekonały, było to granie dość sztampowe i podobne do wielu innych wykonawców (zazwyczaj drugoligowych gwiazd z USA), ale to jeden ze sztandarowych i eksportowych, muzycznych towarów Kanady, więc nie znać go nie wypadało. Jest jeszcze druga strona medalu, nowsze albumy Helix bardziej do mnie trafiają niż te klasyczne, może dlatego, że teraz takiego grania jest znacznie mniej niż kiedyś. Vollmer zebrał znów do kupy żyjących kolegów z najbardziej znanego składu z lat osiemdziesiątych (czyli Brent "The Doctor" Doerner na prowadzącym wiośle, Greg "Fritz" Hinz za perkusją, Daryl Gray na basie), a w powstawanie i produkcję krążka uwikłany był też Sean Kelly (Crash Kelly), jednak odszedł on jeszcze przed jego wydaniem, by zahaczyć się do grupy towarzyszącej Nelly Furtado. Ale nie ma się co czarować, to nie magia starego składu przyciągnęła mnie do tej płyty, a bardzo obiecujące sample znalezione w Internecie. Na czele zestawu umieszczono The Animal Inside (Won't Be Denied) i od razu rzuca się w ucho typowo "perrisowe" brzmienie. Ile to już kapel nagrywających dla Perris Records miewało podobne? Sama kompozycja, jak to zwykle w przypadku Helix bywa, jest poprawnie i bez zarzutu zagrana, natomiast nie ma w niej niczego porywającego. Fanom hair metalu powinna się jednak spodobać, zwłaszcza gdy usłyszą ją w wersji koncertowej, bo to całkiem niezły numer na otwarcia występów. Znacznie lepsze jest kolejne w secie Go Hard Or Go Home. Średnie tempo i rock'n'rollowe riffy przypadną do gustu miłośnikom The Cult i grup operujących w podobnej stylistyce. Fakt, że muzycy tworzący skład mają już swoje lata i natury oszukać się nie da, ale gra instrumentów i głos Vollmera wciąż mają w sobie sporo siły (chciałbym wyróżnić tu adekwatnie grającego perkusistę). No i przychodzi czas na tytułowe Vagabond Bones, które zwabiło mnie swymi samplami do przesłuchania całego krążka. Ponoć album miał pierwotnie nosić tytuł "It’s Rock Science, Not Rocket Science!", ale zmieniono go właśnie pod wpływem tej piosenki skomponowanej przez Kelly'ego. Do kawałka nakręcono teledysk ze śpiewającym i tańczącym kościotrupem, więc jak widać, poczucie humoru muzyków nie opuszcza. Świetny, pełen energii utwór, od razu wpadający w ucho, tak że niemal pewny hit, problem tylko w tym, by stacje muzyczne chciały go emitować. Jak dla mnie, jest to jedna z najlepszych kompozycji w dorobku grupy. Nieco inaczej rzecz się ma z Monday Morning Meltdown. Tutaj mamy mieszankę hair metalu z riffem rodem jakby z jakiegoś Offspring, zatem przynajmniej momentami ścieżka brzmi bardzo nowocześnie. Oczywiście zespół nie przestał grać melodyjnie, choć można odnieść wrażenie, że chciał upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i ukłonić się również publiczności modern rockowo-punkowej. Prostą, ale i radosną zarazem muzyczką jest When The Bitter's Got The Better Of You, co nie znaczy, że to jakiś gniot. Wręcz przeciwnie, całkiem miło się tego słucha, po prostu nie jest to coś, o czym będzie się z sentymentem wspominać wnukom. Tempo nieco podbite, szybsze od średniego, lecz wciąż daleko do szaleńczej jazdy bez trzymanki. Początek Hung Over But Still Hanging In jest dość obiecujący, niestety reszta nagrania na kolana jakoś nie powala. Tutaj wokalnie wspomógł Vollmera Russ "Dwarf" Graham, znany z Killer Dwarfs. Taki hard rock w trochę knajpianym wydaniu i dlatego lepiej trafia do świadomości po kilku "głębszych". Szkoda, że grupie nie starczyło energii, która jeszcze udzielała się na początku krążka, by to wszystko pociągnąć dalej. Best Mistake I Never Made może zaskoczyć swoją stylistyką, jeśli porównać je z poprzednikami. Tutaj mamy coś na wzór country, zapewne próba przypodobania się pewnemu typowi publiczności, która od wieków w USA jest dość liczna (najwidoczniej z góry założono, że sprzedaż wydawnictwa w samej rodzinnej Kanadzie będzie nikła). Słuchać się da, choć raz jeszcze o ekscytację trudno. Pozytywne wrażenie pozostawia po sobie Make 'em Dance, ponownie sięgające gdzieś do dokonań The Cult. Ze swym tempem nieco szybszym od średniego potrafi postawić na nogi, a nawet zachęcić do tytułowego tańca. Tak, panie i panowie, to jest dawka solidnego rock'n'rolla. Kto usiedzi, będzie przynajmniej tupał nogami. Na sam koniec muzycy zostawili hard rockową kompozycję Jack It Up, która jest niczego sobie. Jakimś hitem się nie stanie, bo przebojowości w niej brak, jednak wszystko zagrane jest tu poprawnie, zgodnie z pewnymi standardami. I to wszystko, na tym koniec, raptem 9 nagrań, co wydaje się liczbą bardzo małą, jak na współczesne wydawnictwa. Gdyby to były same hiciory, złego słowa o płycie nie dałoby się powiedzieć, niestety aż tak dobrze to nie ma.

Zachwycić się można mniej niż połową kompozycji, a nie trzeba być zbyt dobrym z matematyki by wiedzieć, że połowa z dziewięciu to raczej niewiele. Owszem, krążek jest na tyle porządny, że uszu nie pokłuje, chociaż płytoteka wybrednych kolekcjonerów może się bez niego obejść. Za to po album mogą sięgnąć śmiało fani grupy Helix i wszyscy ci, którym podobało się wydane dwa lata wcześniej The Power Of Rock And Roll.

Oficjalna strona zespołu: www.planethelix.com