Heaven & Hell - The Devil You Know

Heaven & Hell - The Devil You Know

Wydawca: Rhino Records / WEA / Roadrunner
Rok wydania: 2009

  1. Atom & Evil
  2. Fear
  3. Bible Black
  4. Double The Pain
  5. Rock & Roll Angel
  6. The Turn Of The Screw
  7. Eating The Cannibals
  8. Follow The Tears
  9. Neverwhere
  10. Breaking Into Heaven

Skład: Ronnie James Dio - śpiew; Tony Iommi- gitary; Geezer Butler - gitara basowa; Vinny Appice - perkusja

Produkcja: Heaven And Hell i Mike Exeter

O powrocie starego składu Black Sabbath z Ronniem Jamesem Dio za mikrofonem głośno było już od dłuższego czasu. Ozzy Osbourne ze względu na udaną karierę solową do macierzystej grupy wrócić nie chciał, zresztą by uniknąć wszelkich spraw sądowych ekipa Iommiego zdecydowała się występować pod szyldem Heaven & Hell, co miało nawiązywać do tytułu jednego z dawnych krążków formacji. Podobno w 2006 r., kiedy to panowie z Black Sabbath z Dio w szeregach zebrali się, by nagrać trzy nowe piosenki na kompilację z największymi przebojami, mowy o nowym materiale studyjnym jeszcze nie było mowy. Zainteresowanie prasy i dobrze przyjęta trasa koncertowa w roku kolejnym sprawiły jednak, że muzycy zmienili zdanie i oto w kwietniu 2009 r. otrzymujemy kolejny zestaw kompozycji autorstwa "Black Sabbath".

Tytuł płyty, The Devil You Know, mówi wszystko. Muzycy zaangażowani w projekt oddają w ręce fanów dokładnie takie dzieło, jakiego oczekują i dokładnie w takim wydaniu, jakie znają. Album stanowi kwintesencję stylu, który grupa prezentowała w czasach z Dio za mikrofonem, ale można i znaleźć wiele nawiązań do wczesnych wydawnictw zespołu. Teksty, jak można się było spodziewać, są mroczne, pod względem kompozycyjnym utwory wypadają nieco archaicznie, natomiast samo brzmienie jest już dużo bardziej nowoczesne. Nie, nie chodzi mi o barwę dźwięku gitar w stylu jakiegoś nu-metalu, raczej o to, że nie jest to brzmienie analogowe, słychać ingerencję komputerową. Atom & Evil otwiera krążek w sposób ciężki i wolny, przy tym bardzo mroczny. W sumie tak mogłaby zagrać dowolna początkująca kapela, bo jakiejś szczególnej wirtuozerii tu nie ma, tak samo zagrywki to nic wyszukanego. Zapewne takie było założenie, gdyż przede wszystkim liczy się tu klimat, no i zadowolenie starych fanów. Dużo lepsze jest kolejne w zestawie Fear. Tutaj Iommi pokazuje swój talent do komponowania interesujących riffów, jest w tym ten sabbathowski duch, ale jak się dobrze wsłuchać, to znajdziemy i motywy jak u Wingera z czasów Pull (ta płyta też była dość ponura). Tak, to pierwszy hicior, poprzedni numer można potraktować jako rozgrzewkę. Warto dodać, że i solówkę Tony wyciął niczego sobie, rzekłbym nawet, że chyba jedną z najlepszych w swojej karierze. Singlowe Bible Black to kompozycyjny dynamit. Kapitalny balladowy wstęp wprowadza nas w odpowiedni nastrój, za nim pojawia się gitara prowadząca, która gra miłe dla ucha melodyjki, jakby dla zmyłki, bo zaraz wchodzi z ciężkim riffem gitara rytmiczna z resztą sekcji. Jeśli tak mają wyglądać powroty, to ja jestem jak najbardziej za. Trochę brakuje mi tu jakiejś większej ekspresji w głosie Dio, ale wiadomo, lata już nie te i nowego Holy Diver się nie spodziewam. Za to gitarowe solo znów rewelacyjne, teraz także ze świetnie dobranym podkładem. Jak na singla, cholernie dobry wybór. Double The Pain uzbrojone jest w kilka mocarnych riffów, momentami pełen mroków hard rock, chwilami z kolei jakby ktoś grał Slayera w zwolnionym tempie. Także Dio postarał się bardziej niż uprzednio, słychać, że kawałek został dobrze przemyślany - gustowna mieszanka starych Sabbathów, Alice In Chains i Slayera. Mylący może być tytuł Rock & Roll Angel, bo kto spodziewa się tu rock'n'rolla, to czeka go niespodzianka. To raczej zbiór zagrywek spomiędzy hard rocka i heavy metalu, zagranych w dodatku wolno, zaskakuje przy tym bluesowa solówka w połowie piosenki. Sam utwór niczego sobie, wcale nie pozostaje w tyle za swymi poprzednikami. Słabszy jest za to The Turn Of The Screw, aczkolwiek należy pochwalić tu pracę gitary basowej, której ścieżki są bardzo dobrze słyszalne, co powoduje, że nagranie wyróżnia się z setu. Jak na mój gust albo numer powinien być zagrany szybciej, albo powinno się przy nim zadbać o większe bogactwo aranżacyjne. Jak na zawołanie otrzymujemy coś bardziej dynamicznego, czyli utwór o ciekawym tytule Eating The Cannibals. Tutaj Iommi i spółka pozwolił sobie na rock'n'rollową jazdę, chociaż ścieżka nie traci przy tym swojej mroczności, ot po prostu tempo zostało przyspieszone. Za to jak ktoś się uprze, to może śmiało ruszyć do tańca, lub powywijać "piórami", zależnie od woli. Follow The Tears to potęga mroku, odpowiedni nastrój budowany jest już od samego początku tego numeru. Nie wiem czemu, ale kojarzy mi się on z ostatnią płytą Alice Coopera, no i oczywiście z solowymi, wolniejszymi nagraniami Dio. Tak czy inaczej, jeszcze jedna znakomita kompozycja na krążku i w dodatku idealnie pasująca do nazwy zespołu - chociaż większa część kawałka brzmi jak wyjęta z czeluści piekieł, są i momenty niebiańskie. Demoniczny heavy metal jest daniem firmowym w Neverwhere, utworze wprawdzie dość prostym strukturalnie, ale przy tym przebojowym. Muszę przyznać, że Dio rozszalał się tu na dobre, słychać, że nie wyszedł z formy wokalnej i że wciąż miewa ciekawe pomysły na aranżacje swoich ścieżek. Ostatnim daniem w zestawie jest Breaking Into Heaven, gdzie znów mamy powrót do grania wolniejszego. Z uwagi na pozycję piosenki na liście można uznać, że jest to jakby klamrowe zamknięcie, rozpoczęte wcześniej przez Atom & Evil, chociaż końcowe wynurzenie na płycie w moim odczuciu wypada jednak lepiej. I tyle, raptem dziesięć kompozycji znalazło się na albumie, co może wydawać się niewielką ilością jak na dzisiejsze standardy wydawnicze. Ale miał to być diabeł, którego już znamy, więc nawet i w tak symboliczny sposób grupa daje nam do zrozumienia, że chce być klasyczna do bólu.

Najwyraźniej płytę nagrano "pod starych fanów" i myślę, że miłośnicy Black Sabbath nie będą mieli powodów do narzekań. Album bardzo wyrównany, na 10 utworów siedem jest bardzo dobrych, jeden dobry i dwa słabsze, choć na szczęście nie tragiczne. Wynik nadzwyczaj dobry jak na muzyków, którzy teoretycznie powinni być już twórczo wypaleni. Jeśli nie będą teraz nagrywać płyt każdego roku, to kto wie, może jeszcze zaskoczą nas kolejnym dobrym wydawnictwem. Przyznam szczerze, że The Devil You Know pozytywnie mnie zaskoczyło, spodziewałem się czegoś drugiego sortu, a otrzymałem jedną z lepszych płyt tego roku. No i okazało się przy okazji, że Black Sabbath potrafi bardzo dobrze funkcjonować bez Ozzy'ego. Album oczywiście polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.heavenandhelllive.com