H.A.R.D. - Traveler

H.A.R.D. - Traveler

Wydawca: Hammer Records / Nail
Rok wydania: 2008

  1. Forever Hard
  2. Rock Is My Name
  3. Stay
  4. Troublemaker
  5. Traveler
  6. Voices
  7. Two Hearts
  8. Dreamworld
  9. Live For Tomorrow
  10. Call Of The Wild
  11. Light The Flame
  12. Time To Change

Skład: Zoltán "BZ" Bátky-Valentin - śpiew, instrumenty klawiszowe; Zsolt Csillik - gitary; Gábor "Zserbó" Mirkovics - gitara basowa; Tibor Donászy - perkusja i instrumenty perkusyjne; Zoltán Váry - perkusja i instrumenty perkusyjne; Ferenc Béres - instrumenty klawiszowe

Produkcja: H.A.R.D.

Jeszcze jednym objawieniem roku 2008 jest węgierski zespół H.A.R.D., wokół którego zrobiło się na tyle głośno, że zainteresował się nimi sam legendarny producent Beau Hill. Z jego pomocą muzycy zabrali się za miksowanie kilku utworów z płyty Traveler wydanej jak dotąd tylko na Węgrzech (to już czwarte wynurzenie zespołu, jeśli wliczyć w to debiutancką EP-kę, ale pierwsze anglojęzyczne). Na efekty współpracy z Hillem trzeba będzie jeszcze poczekać i nie wiem, czy album zostanie zmiksowany i ponownie wydany, czy też miksowane utwory ukażą się w formie nowego krążka (nagrania nowych demówek już się rozpoczęły) . Muzycy tworzący skład supergrupy to znane nazwiska na lokalnej scenie, wcześniej związani byli z takimi formacjami jak Dance, Edda, Fix, Bikini, Jack Daniels, Beatrice, Wendigo, Sing Sing, Stonehenge, After Crying, KISS Forever Band czy Queen Tribute... Sporo tego i szkoda tylko, że nazwy te niewiele mówią publiczności nie-madziarskiej. Już w "anglojęzycznym składzie" zespół miał okazję grać u boku Jeffa Scotta Soto i Tempestt.

Ponieważ grupa jest w Polsce mało znana, pozwolę sobie na nieco szerszą prezentację jej historii. Zespół powstał w 2004 w Budapeszcie z inicjatywy wokalisty Józsefa Kalapácsa i basisty Gábora Mirkovicsa, skład uzupełnili ponadto gitarzysta Zsolt Csillik i perkusista Zoltán Váry. Przy pomocy sesyjnego klawiszowca grupa nagrała debiutancką EP-kę o tytule Égni kell (2005 r.), a już ze stałym klawiszowcem Ferencem Béresem zarejestrowano album Égi jel. Dwa lata później owocem współpracy muzyków była płyta 100% Hard, po czym z zespołu odszedł Vary (później wrócił - tak, to pokręcone) ustępując miejsca Tiborowi Donászy'emu, a w 2008 r. zespół przygotował anglojęzyczną kompilację swoich utworów właśnie w postaci Traveler już z Zoltánem Bátky-Valentinem za mikrofonem (zastępującym w tej roli Kalapácsa), który zajął się też instrumentami klawiszowymi po odejściu Béresa. Bátky-Valentin ponoć włada językiem angielskim jako "native speaker" (nie od urodzenia w prawdzie, ale od czasu dłuższego pobytu w Kanadzie), więc z pewnością wychodzi to na dobre muzyce grupy i (być może) otwiera drogę do międzynarodowej kariery. Album otwiera obiecujące Forever Hard, swym tytułem już sugerujące, że zespół nie odstąpi od hard rockowej ścieżki. Klimatyczne klawisze we wstępie, potem bardzo obiecujące gitarowe solo zakończone wejściem klawiszy stylizowanych na Hammondy. Środek kompozycji momentami ostrzejszy, ale w swym ogólnym wydźwięku raczej łagodny i to wbrew tytułowi. W jakimś wywiadzie zarzucano grupie, że jej muzyka jest niewystarczająco ostra by być adekwatną do nazwy, formacja ripostowała, że hard rock to szerokie pojęcie i zawiera w sobie wiele podgatunków, które muzycy chcieli objąć całościowo. W pełni zgadzam się z wypowiedzią zespołu, ale i zarazem też domagałbym się ostrzejszego grania, bo przecież na brak pozycji AORowych w bieżącym czasie narzekać nie można, a typowy hard rock jest jednak deficytowy. Właśnie dlatego tak bardzo lubię kolejne Rock Is My Name, kompozycję mocniejszą, z bardziej wyrazistymi przesterowanymi gitarami. To już coś w klimatach połączonych sił KISS, Whitesnake, Winger, Journey i Uriah Heep, z charakterystycznie pompowanym basem i przebojowym refrenem, plus poprawnie zagrana solówka. Oby zespół częstował nas większą porcją takich smakowitości. Dalej mamy pół-balladowe Stay z klawiszami przypominającymi mi jeden z klasycznych hitów TNT - Tonight I'm Falling, przy czym refren jest już typowo AORowy. Na jego bazie pojawia się też gitarowe solo ogrywające tę samą melodię, którą wcześniej wyśpiewywał wokalista. Patent wprawdzie mało oryginalny, ale ostatnimi czasy dość rzadki, zatem plus dla grupy, że nie pozwala takim pomysłom odejść w zapomnienie. W kolejnej odsłonie, Troublemaker, muzycy powracają do klimatu, jaki w ich twórczości odpowiada mi najbardziej, czyli do hard rocka. Brzmi to trochę jak połączenie Whitesnake z wczesnym Pretty Maids i Twisted Sister, do ścieżek gitar powraca po raz kolejny większe nasycenie przesterem, numer jest bardziej dynamiczny, a solówka naprawdę robi wrażenie. Za połową piosenki pojawia się jeszcze mówiony głos, mocno przypominający... Alice Coopera. Też fajny efekt. Tytułowy Traveler zaczyna się mało ciekawie, w stylu typowym dla współczesnego AORu, ale dalej chłopaki "rockują" już jak stary dobry Biały Wąż, chociaż linie wokalne brzmią trochę jakby wyjęte z innej bajki. Całościowo numer się broni i po kilku przesłuchaniach można go nawet pokochać, zwłaszcza refren. Rytmika, a nawet melodyka następującego dalej Voices też nie pozostawia złudzeń, że Whitesnake należy do jednej z największych inspiracji w twórczości muzyków. Ponownie elementem "z innej opowieści" wydaje się tu być głs wokalisty, ale jeśli zapomnimy na chwilę o snake'owych inspiracjach i podejdziemy do tego bez uprzedzeń, to dojdziemy do wniosku, że tak też jest OK. Rzecz obowiązkowa do zapoznania się dla tych, którzy lubują się w typowym hard rocku. Dałbym głowę, że otwierający Two Hearts riff gdzieś już słyszałem... Coś podobnego miał w swym repertuarze Slaughter, chociaż tam było to chyba wolniej zagrane, coś podobnego miał i Gotthard, bliźniacza zagrywka pojawiła się i u Victory... Zwykłem nazywać takie kawałki harleyowymi, bo po prostu pasują do przejażdżki na tym mechanicznym wierzchowcu. Wyjazd na autostradę i gaz. Znów powrót w AOR wraz z Dreamworld i muszę przyznać, ze tym razem piosenka w tej stylistyce nadzwyczaj się grupie udała. Wokale trochę pod Tyketto, tutaj przydałyby się akustyki jak w oryginale, ale tak też może być. Solówka przypomina nieco te grane przez Huffa z Gianta, jakie nagrywał udzielając się w charakterze muzyka sesyjnego dla innych projektów. Jeszcze jedna perełka z nadejściem Live For Tomorrow, aranżacja perkusji we wstępie jest po prostu świetna, a gitarowy riff wyłaniający się zaraz po niej to rewelacja. Utwór zaczyna później funkować, ma bardziej skoczny rytm, co już mniej mi się podoba, może dlatego że w takim repertuarze najbardziej odpowiada mi Extreme, grupa której nikt chyba w takiej stylistyce nie pobije. Są i hammondujące klawisze, niestety słychać, że to nie oryginalne Hammondy, a poprzez dość szybkie następstwo dźwięków brzmi to trochę jak z wiejskiego odpustu. Call Of The Wild zaskakuje swym orientalnym początkiem, trochę w tym Bliskiego Wschodu, melodii arabskich, ale i z japońską melodyką. Jest to moment niemalże genialny i szkoda, że reszta kawałka jest raczej przeciętna. Żaden z instrumentalistów nie wysilił się dalej, by stworzyć coś powalającego na kolana, a niestety cienkie plus cienkie daje w wyniku nic więcej jak cieniznę. Utwór ratują jeszcze tylko okolice solówki, bliższe początkowi kompozycji. Powrót do formy wraz z Light The Flame, zaczynającym się nieco majestatycznie, dalej już trochę w stylistyce country-ballady. Piosenka wprawdzie łagodna, ale bardzo miła dla ucha i utrzymana na odpowiednim poziomie, świetnie się jej słucha w kameralnym gronie, ale myślę, że i na stadiony by się nadała. Lekkim numerem jest też zamykające krążek Time To Change, tutaj też mamy takie country zmieszane z Tyketto, ponadto pojawiają się klawisze stylizowane na pianino. Ilekroć tego słucham, to czuję się jak na jakimś rancho późnym popołudniem, z takim kawałkiem chłopaki mogą śmiało udać się na podbój Ameryki Północnej.

Najbardziej odpowiada mi to hard rockowe oblicze formacji i mam nadzieję, że na przyszłość muzycy zadbają, by nowy materiał zdominowany był przez te ostrzejsze kompozycje. Zespół prezentuje dość wysokie umiejętności techniczne, nad pomysłami musi jeszcze popracować, bo mimo genialnych momentów na płycie znalazło się też sporo przeciętnego grania. Ten talent jest jak nieoszlifowany diament, ale skoro wziął się za niego Beau Hill, to może w końcu uda się z niego zrobić prawdziwy klejnot. Będę obserwował dalsze poczynania kapeli i wszystkim polecam to samo. Wprawdzie album teoretycznie ukazał się tylko na Węgrzech, ale podobno można go zdobyć na zasadzie re-dystrybucji za pośrednictwem wytwórni AOR Heaven. Warto posłuchać i jest do czego wracać.

Oficjalna strona zespołu na MySpace: www.myspace.com/hardhungary