Grave Digger - The Reaper

Grave Digger - The Reaper

Wydawca: GUN Records / BMG / Victor
Rok wydania: 1993

  1. Tribute To Death
  2. The Reaper
  3. Ride On
  4. Shadows Of A Moonless Night
  5. Play Your Game (And Kill)
  6. Wedding Day
  7. Spy Of Mas'on
  8. Under My Flag
  9. Fight The Fight
  10. Legion Of The Lost (Pt.2)
  11. And The Devil Plays Piano
  12. Ruler Mr. H
  13. The Madness Continues

Skład: Chris Boltendahl - śpiew; Uwe Lulis - gitary; Tomi Göttlich - gitara basowa; Jörg Michael - perkusja

Produkcja: Chris Boltendahl, Uwe Lulis i Piet Sielck

Grave Digger to już ugruntowana i zasłużona marka wśród niemieckiego heavy metalu. W 1993 r. grupa Boltendahla powróciła w chwale z albumem The Reaper, który uważam za najlepszy w całej dyskografii Niemców. Wcześniej przez 6 lat milczała, a i tak poprzedni krążek nagrany został pod skróconą nazwą Digger.

Z pierwotnego składu pozostali tylko wokalista i lider Chris Boltendahl oraz zasłużony dla zespołu gitarzysta Uwe Lulis, za to nowe wcielenie formacji mogło pochwalić się bębniarzem w postaci Jörga Michaela, bardziej znanego ze swych późniejszych występów w Running Wild i Stratovarius. Warto zwrócić uwagę na fakt, że od tego krążka ekipa Chrisa gra ogólnie ostrzej i szybciej, a teksty piosenek robią się mroczniejsze. Na okładce wydawnictwa pojawia się "ponury żniwiarz", który od tej pory stanie się maskotką kapeli i jego postać będzie zdobiła wszystkie kolejne albumy Niemców. Dlaczego The Reaper uważam za najlepszy krążek w dyskografii Grave Digger? Powód jest bardzo prozaiczny - niemal na każdej płycie zespołu podobają mi się jakieś nagrania, ale tutaj udało się chłopakom uzbierać najwięcej utworów wpadających w mój gust. Inna sprawa, że była to zarazem pierwsza płyta grupy, jaką dane mi było usłyszeć i już wówczas jej wielkim plusem było podobieństwo do twórczości Running Wild, które wtedy ślepo wielbiłem. Tradycyjnie dla wydawnictw metalowych album otwiera zgrabne intro zatytułowane Tribute To Death. No, nie powstydziłby się takiego wstępu ani King Diamond (jakieś podobieństwa do początku krążka Abigail), ani Venom (szepty jak w In League With Satan). Świetnie tworzy klimat wprowadzający słuchacza w resztę materiału. Od razu po nim startuje szybko z kopyta The Reaper w stylu, w jakim kapela przygrzeje jeszcze nie raz na swych następnych dziełach. Gitary chodzą w sposób dość podobny do współczesnych albumowi płyt Running Wild, ale jest jedna dość znaczna różnica, mianowicie głos pana Boltendahla, który brzmi dużo ostrzej od głosu Kasparka. Prawdziwy dynamit mamy na pozycji trzeciej - mowa o Ride On, numerze, co do którego mam szczególny sentyment. Kiedy przyszło mi robić magisterkę, w dniu obrony pracy miałem ochotę powtórzyć materiał, ale jakiś głos przeznaczenia w mojej głowie podpowiedział mi, że lepiej puścić sobie jakiś kawałek o dużej dozie energii, naszpikowany czymś pozytywnym, co miałoby mnie umotywować do nadchodzącej "bitwy". Ride On to było dokładnie to, czego potrzebowałem. Szybka galopada perkusji i gitar, riffy niemal hard rockowe w końcówkach taktów, tyle że cholernie szybko zagrane, no i ten wspaniały refren... "Higher and higher, straight to the sky"... A że zaraz po nim jest równie świetne Shadows Of A Moonless Night, to jeszcze lepiej. Kawałek trochę czasu się rozkręca, ale po diabelskim charknięciu idzie szybki hard rock zagrany na heavy metalową nutę. Zaiste w tamtym czasie Chris Boltendahl miał niesamowitą wenę do układania wpadających w ucho linii wokalnych i przede wszystkim do przebojowych refrenów. Moim zdaniem jeden z najbardziej charakterystycznych i charyzmatycznych wokalistów tamtych czasów. Ścieżka Play Your Game (And Kill) ma w sobie coś z naśladownictwa Running Wild, tyle że jest szybsza i ma bardziej "patatajowane" partie perkusji. Refren niemal power metalowy, ale chyba bardziej agresywny niż cokolwiek, co w tym gatunku zostało nagrane. Przepis na sukces był prosty: gramy ostro, szybko i arcymelodyjnie, lecz bez zbędnego przesładzania. Wedding Day to już ukłon w kierunku dokonań Accept i kto wie, czy tym nagraniem Grave Digger nie oddaje hołdu bardziej znanym rodakom. Ba, nawet Boltendahl swym głosem ewidentnie kroczy ścieżką wytyczoną przez Udo Dirkschneidera. Co tu dużo mówić, dla fanów Accept rzecz obowiązkowa. Ciekawa sprawa jest ze Spy Of Mas'on. Ten numer zawsze mi swym początkiem coś przypominał, nigdy nie mogłem jednak wskazać, o co mi chodzi. Teraz byłbym chyba skłonny przywołać do tablicy Slayera. Później nagranie robi się szybsze i w sumie takie sobie - nie dorównuje już poprzednikom, chociaż jest bardzo poprawnie zagrane i ciężko się do czegoś formalnie przyczepić. W Under My Flag spotykają się Running Wild, Sinner i Accept, czyli znów mamy bardzo niemieckie granie. De facto, kiedy byłem jeszcze młody, zawsze chciałem, by moja gitara tak brzmiała... Może i mało skomplikowana kompozycja, jednak wpadająca w ucho. Fight The Fight to typowe dla Grave Diggera młócenie, czyli numer, jakich będzie pełno na późniejszych płytach. Taki szybki heavy metal, który niektórzy wolą nazywać power metalem. Zazwyczaj nie lubię jednostajnych, perkusyjnych galopad, ale muszę przyznać bez większego wstydu, że u ekipy Boltendahla jakoś mi to szczególnie nie przeszkadza. Legion Of The Lost (Pt.2) jest kompozycją zmajstrowaną z nieco większym, epickim rozmachem. Tu już bliżej do niektórych kawałków Iron Maiden i Manowar. Najbardziej odpowiadają mi tutaj wolniejsze fragmenty i uważam, że niepotrzebnie wpleciono te szybsze. Po tytule kolejnego And The Devil Plays Piano spodziewać by się można czegoś zagranego na pianinie, ale nic z tego. To taki wolny heavy metal, melodycznie przypominający słabsze utwory Judas Priest, z tym że warto zauważyć, iż Chris śpiewa tu inaczej, z inną manierą niż wcześniej. Bliżej temu do późniejszych nu-metalowych śpiewaków i kto wie, czy Boltendahl nie stał się tu jednym z prekursorów tego gatunku. Po wolniejszym wstępie jeszcze jedna młócka w postaci Ruler Mr. H. Ze słów może to nie wynikać, ale zawsze jakoś kojarzyłem to tytułowe "H" z pewnym facetem o imieniu Adolf. Sama ścieżka taka sobie i poniżej możliwości Grave Diggera. Płytę zamyka tzw. outro. Jest nim The Madness Continues, coś z jednej strony nawiązującego do początku wydawnictwa, ale już bez szeptów, raczej jakieś kliniczne klimaty i coś w rodzaju bicia serca. Nadałoby się niewątpliwie na podkład do jakiegoś horroru.

Krążek zawsze wysoko notowałem w moich osobistych rankingach i nawet po latach mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jeśli o heavy metal chodzi, to jest to jedna z lepszych płyt w gatunku. Rzecz polecana sympatykom Running Wild, Manowar, Accept, może nawet Judas Priest, a z pewnością samego Grave Diggera. Gorąco polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.grave-digger-clan.com