George Lynch - Orchestral Mayhem

George Lynch - Orchestral Mayhem

Wydawca: Cleopatra Records / Deadline Music
Rok wydania: 2010

  1. Bittersweet Symphony (The Verve)
  2. Für Elise (Beethoven)
  3. Carmina Burana (Orff)
  4. Eine Kleine Nachtmusik, 1st Movement (Mozart)
  5. Habanera (Bizet from the opera Carmen)
  6. Venetian Boat Song (Mendelssohn from Songs Without Words)
  7. Prelude In G Minor (Rachmaninoff)
  8. William Tell Overture (Rossini)
  9. The Waltz Of The Flowers (Tchaikovsky from The Nutcracker)
  10. Eine Kleine Nachtmusik, 4th Movement (Mozart)
  11. Clair De Lune (Debussy)
  12. Wizards In Winter (Trans-Siberian Orchestra)
  13. Christmas Eve / Sarajevo 12/24 (Trans-Siberian Orchestra)

Skład: George Lynch - gitary i inne instrumenty; Jurgen Engler - gitary; Adam Hamilton - gitara basowa; Fred Coury - perkusja

Produkcja: Chris Leitz, Adam Hamilton, Fred Coury i Jurgen Engler

Kilka ostatnich solowych dzieł George'a Lyncha, któremu sławę przyniosły występy w Dokken i Lynch Mob, oscylowało głównie wokół coverów, najwyraźniej gitarzysta nie ma jeszcze dość przerabiania cudzych rzeczy i wydaje kolejny krążek wg. tej formuły. Tym razem większość materiału to ekscerpta z muzyki poważnej, wśród nich znajdziemy nawiązania do Mozarta, Orffa, Beethovena i innych.

No właśnie, dlaczego napisałem "ekscerpta" i "nawiązania"? Bo nie są to typowe covery, gdzie utwory trzymają się nuta w nutę pierwowzorów. George wziął po prostu pewne tematy i sobie wokół nich poimprowizował/pojammował, co może oburzyć wszelkich purystów muzycznych, ale jeśli podejść do sprawy bez uprzedzeń i na luzie, okazuje się, że mamy do czynienia z fenomenalną płytą instrumentalną. Przed odsłuchem albumu warto zwrócić uwagę na ekipę towarzyszącą Lynchowi - trzeba przyznać, muzycy z takich zespołów jak Cinderella, L.A. Guns i Die Krupps to dość ciekawy zestaw. Płyta startuje ścieżką Bittersweet Symphony i nawiązuje do słynnego przeboju The Verve z 1997 r. Już w oryginale numer był cholernie przyzwoity, ale George przeniósł wszystko w inny wymiar. Z oryginału wziął tylko główny temat, który tam przewijał się przez całą piosenkę, dodał swoje solówki brzmiące momentami bardzo orientalnie i kojarzące się jak najbardziej ze stylem gry samego Lyncha (poczynając od jakichś deja vu z pamiętnego Mr. Scary, a kończąc na pierwszej solowej płycie). Rewelacyjna przeróbka. Drugi strzał między oczy to już coś z klasyki, czyli Für Elise zainspirowane Ludvigiem van Beethovenem. Tu również na tapetę poszedł główny motyw z tej znanej kompozycji, chociaż gdzieniegdzie przewijają się jeszcze inne nutki z tego samego utworu. Gitarzysta zagrał wszystko ciężej, na modłę heavy metalową, ale nie tracąc przy tym melodyjności. Zwróciłbym uwagę na sposób artykulacji George'a - momentami przypomina on innych wielkich jak Malmsteen, Vinnie Moore, czy nawet Steve Vai (w necie krąży przeróbka "piątej symfonii" Beethovena, przypisywana właśnie Vaiowi i tam mamy do czynienia z podobnym artykułowaniem dźwięków). Kolejna interpretacja Lyncha to Carmina Burana, a konkretniej otwierające kantatę "O Fortuna", w oryginale skomponowane przez Carla Orffa. Pierwowzór to dzieło chóralne i trzeba podziwiać odwagę George'a, że pokusił się o przeróbkę tej kompozycji w wersji gitarowej, co wydawałoby się rzeczą niemal niewykonalną. Jak można się spodziewać, niewiele tu pozostało z wykonania pierwotnego, ale jest tego wystarczająco dużo, by domyślić się, skąd zaczerpnięto sekwencje nutek. Eine Kleine Nachtmusik, 1st Movement to musiał być Wolfgang Amadeusz Mozart, bo to jeden z jego najbardziej znanych "szlagierów". W oryginale numer bardzo wesoły i zalotnie brzmiący, w odzwierciedleniu Lyncha zachowuje swój pierwotny wydźwięk. Mogę mieć tylko żal do gitarzysty, że spora część jego wymiatania tutaj za bardzo przypomina zwykłe wprawki grane przez muzyków dla utrzymania wprawy technicznej. Bodaj jednym z najlepszych wykonań na płycie jest słynna Habanera pochodząca z opery "Carmen" Georgesa Bizeta. No, tę piosenkę to muszą znać nawet gospodynie domowe, bo użyto jej w reklamie jakiegoś środka czyszczącego. Powiem wprost, wersja Lyncha jest rewelacyjna pod każdym względem. Nie dość, że muzyk zachował specyficznego ducha oryginału, to jeszcze dołożył od siebie masę dźwięków mocno pasujacych do pierwotnego tematu. Może jestem jakimś barbarzyńcą, bo nigdy nie ujmował mnie Mendelssohn. Lynch pokusił się o wariacje na temat Venetian Boat Song z jego "Songs Without Words", wyszło mu to chyba nieźle. Utwór Mendelssohna jest bardzo spokojną, pianistyczną kompozycją i słuchany przez znużonego odbiorcę z wieczora może skutecznie uśpić. Wersja George'a też jest dość spokojna, z dodanymi aranżacjami na nutę bluesową. Dalej interpretacja Prelude In G Minor Siergieja Rachmaninowa. Przyznam się szczerze, że obawiałem się o wykonanie Lyncha, gdyż jestem zdania, że tego utworu nie da się zagrać na innym instrumencie niż fortepian (chociaż jestem sobie w stanie wyobrazić go jeszcze np. na wiolonczelę lub skrzypce). Gitarzysta podszedł do tematu bardzo luźno i ciężko byłoby poznać, którą ścieżkę coveruje, gdyby nie wpis w książeczce. W William Tell Overture George postanowił poimprowizować wokół popularnego, galopującego tematu z opery "William Tell" Gioacchino Rossiniego. Gitarowo świetna robota, przyczepić można się tylko do brzmienia bębnów, choć to jest akurat mało istotne. Oj, trzeba się będzie kiedyś wziąć za przesłuchanie całej opery Rossiniego, bo właśnie złapałem się na tym, że poza słynnym "ta da tam, ta da tam, ta da tam tam tam, tada dam tada dam tu du dum tum" to nie kojarzę z niej niczego innego. The Waltz Of The Flowers Czajkowskiego to kolejny numer, którego wykonania nie wyobrażałem sobie na gitarze. Lynch poradził sobie jakoś z tym materiałem, lecz nie jestem w stanie stwierdzić, czy mu to doskonale wyszło. Trzeba by się zapytać jakiegoś muzykologa, ale jak dla mnie gitarzysta z "Dziadkiem Do Orzechów" daje sobie radę. W Eine Kleine Nachtmusik, 4th Movement raz jeszcze Mozart. Gitarzysta radzi sobie świetnie z jeszcze jedną zalotną kompozycją Wolfganga Amadeusza. Jak zwykle dodał coś od siebie i najbardziej urzekły mnie tu jego niezbyt szybko grane arpeggia w środku, no i oczywiście zawsze dobrze sprawdzająca się i do wszystkiego pasująca bluesowa pentatonika. Zabieranie się za impresjonistów to niemal jak rzucanie się z motyką na słońce, ale najwyraźniej nie odstraszyło to Lyncha od Clair De Lune Claude'a Debussy'ego. W oryginale bardzo melancholijne nagranie, w przeróbce naszego wioślarza nabrało nieco dynamiki i już nie jest tak nużące. I znów plus dla George'a, bo ja jak wielu innych bym się na coś takiego nie poważył. Dwie ostatnie ścieżki to już coś bardziej współczesnego, gdyż muzyk sięga do dokonań Trans-Siberian Orchestra. Pierwsze nagranie to Wizards In Winter i wydaje mi się ono równie dobre jak oryginał. U Lyncha gitary w podkładach brzmią ostrzej, przez co mniej tutaj tego filharmoniczno-progresywnego nastroju z pierwowzoru. W zasadzie to samo mogę napisać o drugiej ścieżce Christmas Eve / Sarajevo 12/24. Oba wykonania są pełne napięcia, w obu epickie nastroje przeplatają się z bardziej dynamicznymi momentami.

Orchestral Mayhem to pierwsza całkowicie instrumentalna płyta George'a Lyncha, ale i zarazem jeden z najlepszych albumów w jego całej karierze (kto wie, czy nie najlepszy w ogóle). Cholernie dobry krążek, który mogą w ciemno zakupić do swej kolekcji wszyscy ci, którzy już mają "Malmsteena z orkiestrą" i do których przemówił Uli Jon Roth swoimi ostatnimi dokonaniami solowymi. Perełka.

Oficjalna strona artysty: www.georgelynch.com